Grzegorz Tomicki - zestaw czterech wierszy
- 20 cze
- 3 minut(y) czytania

Architektoniczne bolero
Burza goniła mnie przez trzy gęste dzielnice
lasu i kilka nieużytkowanych podwórek,
a potem udała, że przechodziła przypadkiem
i w zasadzie w ogóle nie chodziło jej o mnie
(„człowieku, po coś uciekał”?). Nic dziwnego,
zważywszy na dotychczasowe stosunki
człowieka ze światem. Trudno powiedzieć,
jak to się stało, że odnajdując to samo upodobanie
w osobliwościach, ten sam bystry potok melodii,
tę samą naturalistyczną pociechę czerpaną wprost
z okolicznej materii, które musiały już śpiewać
w uskokach zwojów mózgowych, mimo że
nie byłem świadomy ich źródła (nadal nie jestem
sobą), nie miałem już wrażenia, abym był pod
urokiem jakiegoś konkretnego aspektu filozofii
wszechświata, kreślącej na powierzchni rzeczy
figurę czysto linearną niczym architektoniczne
bolero. Studiowałem raczej od wewnątrz
jego zadziwiającą strukturę. Jak ktoś zawodowo
zajmujący się wysnuwaniem z siebie hipotez
– słów, myśli, wrażeń, emocji – aby umierały
za niego, zaznaczając z przytupem swoją
akcydentalną obecność, a jednocześnie
nie pozwalając im mrzeć, jak czyni to muzyk
z dźwiękami. Myślenie jako dyscyplina
produkująca niepewność ma swoją przeszłość
i przyszłość, zwłaszcza w zakresie starannego
manipulowania zastanymi formami.
Zupełnie innego rodzaju awanturą jest
jednak doprowadzanie tych myśli
do końca, czego nikomu się przecież
z czystym sumieniem nie życzy.
Życzę wam burzy,
wszechrzeczni
biegacze.
Poznawcza asceza
Po prawej widok na miasto wielkości
makiety z szynami, lokomotywą i składem
zgranych tematów: kościół ewangelicki
obok katolickiego, klasztor, pałac, rzeka,
deptak i park. Po lewej na wysokiej
poprzeczce Śląski Grzbiet, ten sam
co zawsze: wyniosły i bliski, budzący
dreszcz – i to w zasadzie wystarczy.
Jak to się stało, że przestaliśmy widzieć
przedmioty i kształty, a zamiast tego
w imię „powrotu do źródeł” ćwiczymy się
w praktykowaniu sześćdziesięciostronicowej
medytacji zamieszczonej na szpalcie w dwóch
równoległych kolumnach, które przedkłada się
czytelnikowi do jednoczesnego wglądu, aby tą
okrężnicą myślową choć odrobinę (taka
poznawcza asceza) do nich się zbliżyć?
Powiedzmy, przyjmując wielopłaszczyznową
postawę biednego poety patrzącego na góry,
która od dawna jakoś nikogo nie wzrusza.
Mówi się „liczy się konkret” i fantazjuje się
dalej, podkładając pod słowo coraz bardziej
mgliste pojęcia (aktywa, pasywa, prerogatywy,
neutron, nabuchodonozory, realizm afektowany,
neurobiologiczny dadaizm, feministyczna
asana), dzisiaj bardziej realne niż kamień,
krowa czy pole buraków cukrowych
pod Mysłakowicami, pośród
których kultura zmysłowa
człowieka nabiera
ogłady.
Zbliżenia
Ważne jest to, żeby się spotkać. I zaskoczenie,
które z tego wynika. Niezmiennie odporne
na presję czasu i jej znaczący nonsens. Jeżeli brać
każde życie z osobna, jest nim skradziony z muzeum
obraz, emanujący niezrozumiałą zapalczywością,
który nie wychodząc z ram rzuca: „Jaki ten świat
jest mały” niczym jakiś apostoł awangardowej poezji
na gościnnych występach w zaoceanicznych
zaświatach. Jakby chciał się z tobą zaprzyjaźnić
w akcie ogólniejszego zbliżenia z rzeczywistością,
ale po drodze natrafił na perturbacje. Nie tyle
przy tym nie znosi pożegnań, ile chciałby
je wznieść na wyższy poziom.
I potrzebuje pomocy.
Muqi Fachang, John Ashbery i Wallace Stevens
Śni nam się bardziej złożone („głębokie”)
wyczucie użyć i nadużyć obrazowego
frazesu, jakby w ten sposób dało się uciec
od jego macek. Tymczasem niepokoi nas
płaska powierzchnia rzeczy i obecne
w jej „ukrytej strukturze” napięcia
o wielofunkcyjnych wektorach,
paradoksy, nieciągłości, niekonsekwencje,
perwersyjna niegeografia i ostre, straszliwe
krawędzie między jej wirtualnymi
komponentami – żyjące w szczelinach
vortexowe potwory, odpowiedzialne za plagi,
pożogi, wojny i dezintegrację zbiorową
oraz każdej z osobna osoby. Gdybyśmy
tylko mogli je rozgryźć jak dojrzałą łupinę
orzecha. „Najgłębsze” znaczy bowiem
niezwykłe, a „niezwykłe” oznacza
nierozpoznane i domagające się
rozstrzygnięcia. Niemniej
przebywając wśród japońskich
zbiorów dzieł sztuki o wyjątkowej jakości,
natrafiwszy na zwój trzynastowiecznego
chińskiego malarza, ukazujący baśniowego
ptaka Haha na ponurym tle konarów sosnowych
z dziobem wetkniętym pod skrzydło tak,
że widać mu tylko jedno oko, nie potrafimy
zobaczyć go inaczej, niż jako ilustrację
wiersza modernistycznego poety cytowanego
przez poetę postmodernistycznego:
„Pośród dwudziestu śnieżnych gór / Jedyną
rzeczą w ruchu / Była źrenica kosa”.
A gdzie była wtedy (i teraz)
źrenica człowieka?




