Ewa Jarocka - dwa wiersze




tropiki


z gardła wypadła mi ślina i zaśliniła cały dom,

mój dom przypomina teraz wnętrze jamy ustnej.

pokazałabym ci ją chętniej, niż tym mi swój dom, ale

brzydziłbyś się nawet spojrzeć w kierunku śródmieścia.

tak jakbym miała w domu ślinianki i popsute zęby,


których używam, gdy chcę zjeść człowieka. nie jem

ludzi, wykorzystuję ich. robię z nich swoich przyjaciół,

a potem zmuszam, żeby chodzili na moje spotkania autorskie.

gdzie z kolei udaję, że nie pluję śliną, a czytam wiersze.

prawda jest taka, że potopiły mi się w domu tropikalne pająki.



wnętrze:


masz w sercu serce z kamienia, masz głaz

w spojrzeniu i pachniesz żwirem. jesteś martwy

od urodzenia, bo matka, rodząc cię, zainfekowała cię czymś,

pewnie zimnem. to wirus zwany językiem sopli.

mówisz: pisz, gdy jesteś zła. więc piszę, moje zimno,

bo życie mnie nie głaszcze, tylko smaga,

jakbym miała skórę nosorożca, jakby moja skóra była

z metalu, najlepiej twardego jak orzechy. czasem zbieram je

i łupię, i patrzę, a w środku jest ziemia, są ludzie

i jest moje życie w skórze nosorożca. to pomyłka -

mówisz. wiem, ci ludzie z orzecha się mylą

i nawet ja z orzecha mam zagwozdkę.