Błażej Tomaszewski - Jeden, po pierwszym – drugi, po drugim – trzeci, po...
- 2 dni temu
- 7 minut(y) czytania

i jest tak, że przeczesuję brodę, odkrywam włos po włosie, dzielę każdy na czworo, sześcioro, ośmioro, by móc znaleźć źródło, by móc, by tak rzec, znaleźć, gdzie te płyty tektoniczne nachodzą na siebie, gdzie jest zarzewie tego pulsu, co tak dziko anektuje moją twarz, jak swędzenie, zupełnie jak swędzenie, że zmienia lokalizację w zależności od położenia moich palców w tym sztywnym włosowisku, i czasami natrafiam na takie jakby tłuste placki łysiny, gdzie kiedyś były włosy, wyrastały sztywnymi strąkami, zdawały się twarde jak świńska szczecina, szorstkie jak końskie włosie, a jednak coś je złamało, jakiś bakcyl wgryzł się, wżarł w tę strukturę i zaczął podkopywać, podburzać, pompować ropę, białą wydzielinę, tę ciecz o konsystencji zjełczałej maści i te łyse placki przypominają mi, że już tu kiedyś stałem przy tym lustrze, przy tej wannie, w tej łazience i już przeczesywałem brodę, dzieliłem włos na dwoje, na czworo, że to już było, już się wydarzyło i wydarza się wciąż, a ja wciąż czuję tylko to pulsowanie, ten tętent, jak bębny w Jumanji, ale tym pierwszym, z Robinem Williamsem, a nie tym drugim, z Dwaynem „The Rockiem” Johnsonem, chociaż więcej członków obsady wymienię z tej drugiej wersji, z pierwszej pamiętam tylko Williamsa i młodziutką Kristen Dunst i przeczesuję brodę w poszukiwaniu tych, by tak rzec, nadchodzących na siebie płyt tektonicznych pod skórą, szukam napiętego wzgórka, który wcale nie wygląda jak pryszcz, chociaż tego bym się właśnie spodziewał, że to będzie czerwona górka z obmierźle białym kraterem, a z tego krateru przy najmniejszym nacisku zacznie sączyć się żółtawa, bezwonna ciecz, a jest tak, że to wszystko, czego szukam, jest takie nieprzyjemnie miękkie, rozdygotane, jak nieudany suflet, więc tęsknię za tym, co ma twardą powierzchnię, po czym można przejechać paznokciem i usłyszeć ten przyjemny terkot.
bo jest czasem tak, że są strupki po zasuszonych pryszczach i wtedy podważa się tę skorupę, tę kruszonkę krwi, wsuwa paznokieć między nią, a świńskoróżową, nieprzyjemnie wrażliwą część skóry, która jeszcze usiłuje zatrzymać ten strup, który przecież został powołany do bycia warstwą ochronną, naturalnym sposobem ochrony regenerującej się tkanki, a ja, występując całkowicie przeciwko temu systematycznemu działaniu organizmu, rwę chropowatą powłokę strupa i słyszę ten charakterystyczny, wilgotny dźwięk, tak czasem brzmi odrywanie od siebie zlepionych kurzem stron w starych książkach, w dziadkowym Szwejku albo Tomku na Czarnym Lądzie. tak czasem brzmi odrywanie taśmy klejącej od kartonowej paczki wyciągniętej z trzewi paczkomatu, ta satysfakcjonująca nuta chrupnięcia, ta antykadencja rozwarstwienia, której towarzyszy z dala pobrzmiewający perwersyjną ekscytacją dreszcz, że chciałoby się z powrotem przyczepić ten strup i zerwać go znowu, albo chociaż znaleźć drugi i potem kolejny i jeszcze następny. teraz tak niestety nie jest, bo kiedy przeczesuję gąszcz brody ślepymi palcami, wiem, że szukam nie haptycznych doświadczeń satysfakcjonującego sunięcia opuszkiem po strupie, ale obolałej czujki, która przyprawia mnie o ból tak inny niż wszystkie bóle, które czuję gdzie indziej, wiem, że szukam krateru miękkiej skóry sowicie nabitej ropną flegmą, wypustki, czerwieniącej się alarmem stanu zapalnego, wzgórka napinającego skórę, napuchniętego, rozsadzającego nienachalną symetrię twarzy.
gdzie jesteś, kurwi synu, mówię do własnego odbicia w lustrze i wykrzywiam twarz w najróżniejszych minach, żeby tylko utorować drogę świecącej mlecznym blaskiem łazienkowej lampce, aż w końcu czuję, jak pod palcami pojawia się coś, co zdradza powodzenie dotychczasowych poszukiwań, opuszka nieśmiało naciska pulsujące miejsce, a te wysyła mojemu mózgowi priorytet wypełniony bólem tępym jak stara żyletka.
naciskam opuchnięta skórę, staram się być chirurgicznie delikatny, badam rozgrzany obszar, masuję delikatnie, a gdy zwiększam presję, czerwone zgrubienie obezwładnia mnie bólem, jakbym dźgnął policzek ekstremalnie rozgrzanym nożem, ale jest przyjemność w tym napięciu, w tym bólu przepalającym neurony, bo przecież żeby móc wykonywać twardy restart systemu potrzeba anomalii, a te zawsze są ciekawsze niż prawidłowe działanie, szukam więc innego kąta, pod którym ponownie mogę wywołać to spięcie, zapewnić sobie ułamek sekundy wolności od wszystkiego, co akurat nie jest bólem i myślę, że jako dziecko nagminnie gryzłem lizaki, miażdżyłem zębami landrynki, obgryzałem łamiszczęki, uderzałem górnymi kłami o dolne, wgryzałem się z pasją w kostki lodu, by tylko nadkruszyć, nadpsuć ząb, żeby potem spędzać nieprzespane noce na ciągłym trącaniu go językiem, wargą, innym zębem, palcem, żeby moje receptory nie nadążały procesować, zdawałoby się prostej informacji: boli, boli, boli, boli, i jest w tym bólu coś, czego nie znajdzie się w otwartej ranie na ramieniu czy w stłuczonym kolanie, bo to jest taki ból, który jest bliżej ciebie niż twoje myśli, niż twoje nerwy i krew, czujesz, jak wszystko, czym jesteś, rozszerza się do tego bólu, staje się zegarem atomowym, a każde wahnięcie wskazówki, każdy ruch, to unicestwianie bez początku i bez końca, unicestwianie, które będzie ci towarzyszyć każdego dnia, będzie na dnie oka każdego spojrzenia odbitego w lustrze, każdego oddechu odklejającego się od wilgotnej ścianki płuc, w każdej drobince śliny gęstniejącej pod językiem, więc duszę ten nabrzmiały, ropny krater, aż coś trzeszczy w jego wnętrzu, aż z jego porów wydobywa się rozwodniona jucha, aż moje opuszki stają się różowoczerwone i tracę w nich czucie, a gdy rozrastam się, zwiększam swój ciężar znajdujący się na tym planie egzystencji, to myślę o bólu jako o źródle nadziei, że jest w tym coś uniwersalnie doświadczalnego i akurat w tym momencie krater płonącego zgrubienia otwiera się jak szukający światła kwiat, a z jego nadszarpniętych krawędzi sączy się rzadka krew, a ze środka wystaje czarny jak opona włosek.
i jest tak, że nonszalancja, z którą wystaje ten wrośnięty włos, nawet mi imponuje, próbuję jednak niewzruszony sięgnąć palcami w rozwartą, ziejącą ranę, naciągam skórę i słyszę, jak pęka zainfekowana skóra dookoła ropiejącego krateru, delikatnie dotykam opuszką poszarpanych krawędzi i momentalnie czuję przeszywający mnie prąd, jest więc prąd, jest wszystko, czego potrzebuję, wszystko, czym mogę być, obietnica życia na wyższym poziomie, więc jest prąd, a ja zbliżam palec do epicentrum, słyszę ten przyjemnie odpychający dźwięk, jakbym ściskał surową łopatkę wieprzową, dotykam wystającego włoska i naciskam go, próbuję jakoś chwycić, złapać kciukiem i wskazującym, grzebię w mięsie jak w zbyt głębokiej kieszeni, kiedyś tak szukało się drobnych, czuję, że opuszczam samsarę, wchodzę w osobliwy stan superpozycji kwantowej, podczas którego jestem wszystkim oprócz ciała i jednocześnie jestem wyłącznie ciałem i słyszę, jak nalane tkanki wydają przyjemne dźwięki przypominające klaśnięcia, wciskam więc palce głębiej, ośmielony tą owacją, aż próbuję wymacać miejsce, w którym zaczyna się włos i gdy już jestem palcami u nasady i usiłuję go ścisnąć, aby następnie gwałtownym ruchem ręki wyrwać go z tej rozoranej rany, on jakby zmienia swoje położenie, a ja szczypię zaledwie powietrze piętrzące się obok niego, a on niewzruszenie i zuchwale wciąż siedzi głęboko w warstwach mojej skóry, otwieram więc szufladę i sięgam po pęsetę, kątem oka zerkam w lustro, usiłując zlokalizować włos, czuję się, jakbym grał w tę oszukaną grę z metalowym chwytakiem i górą pluszowych zabawek, ale w końcu udaje mi się odpowiednio namierzyć cel, zacisk metalu, ułamek sekundy zawahania i to takie naiwne ukucie, że mogę, że umiem, że mam, więc rwę, jak rwie się bolące ósemki, ciągnę, szarpię, ściągam rękę, w łokciu, tak, jak mnie uczyli starsi koledzy na prowizorycznej siłowni, która mieściła się w blokowej wózkowni na poziomie piwnicznym, gwałtowne ruchy wywołują osobliwe napięcie, czuję potężny ucisk w policzku, czuję, jak pulsuje i płonie mi cała jedna strona twarzy, aż nagle widzę swoją dłoń w niemałym dystansie od policzka, między zaciśniętą pęsetą a rozwarstwioną raną rozciąga się struna włosa.
Nawijam go na palec, dookoła ostatniego stawu, jak nitkę z prującej się koszulki zaraz przed ucięciem jej nożyczkami, ale podczas gdy nitka w pewnym momencie zaczyna stawiać opór, włos bez najmniejszego problemu daje się nawijać i nawijać i nawijać i nawijać i już czuję, że to chyba nie jest do końca standardowa sytuacja, i myślę, że może to być nie włos, ale kawałek jakiejś miazgi, albo wyjątkowo cienki fragment skóry i teraz rozpruwam własną twarz, i myślę, że materiał pruje się ściegiem, biegnie od jednej strony do drugiej, że jak jakaś maszyna szwalnicza przeplatała ze sobą nić z nicią, to musiała pokonać jakiś dystans i ja teraz będę ten dystans pokonywał wspak, a tutaj nie ma żadnego dystansu, po prostu wyciągam coś z miejsca, w którym było i tak nawijam i nawijam i nawijam, aż palec zaczyna przypominać malutką pochodnię czekającą na podpalenie, nie ma bólu, ból minął, zostało jedynie nic nieznaczące nawijanie i nawijanie i nawijanie bez końca, dookoła palca, palców, dookoła dłoni, nadgarstka, przedramienia, nawijanie, nawijanie, nawijanie bez końca, dookoła jednej nogi, drugiej nogi, dookoła bioder, dookoła pasa, dookoła klatki piersiowej, w końcu, ani się obejrzałem, jestem cały zawinięty we włos i nawet nie mam chwili, żeby zastanowić się, jak teraz będę korzystał z toalety, albo nakładał na siebie kolejne warstwy ubrania, obiega mnie szmer, taki jakby jednostajnie narastający niski dźwięk odtworzony w zapętleniu, a ja jestem nie w kokonie z włosa, ale w jakimś pokrytym pulsującą materią kanale, i czuję, jak pierścieniowe ruchy ścian, w których jestem zamknięty, nadają mi rytm ruchu przed siebie, to rytmiczny bas trawienia pozbawionego rozkładu materii na drobniejsze elementy, sama rama bez obrazu, poręcz bez schodów, myślę i zaczynam niezgrabnie pełznąć przed siebie, nie wiem, jak, nie wiem, gdzie mam przód, a gdzie tył, jest tylko nacisk i cofanie się nacisku, spływa na mnie niepokojąca myśl, że moje ciało jest jak dworzec albo strefa odprawy na lotnisku, jest tylko na moment, zupełnie niestałe, liminalne i powierzchowne, że wszystko przechodzi przeze mnie, a ja niczego nie zatrzymuję, nawet siebie, nawet ciężaru, nawet temperatury, i pełznę głębiej w pulsujący kanał, i czuję, jak ścianki zaczynają się na mnie zaciskać, jak próbują mnie wyczuć, wybadać, jakby sprawdzały, czy nadaję się do dalszego ruchu, czy jestem kompatybilny z ich rytmem, i słyszę ten dźwięk wyraźniej, nie w uszach, tylko w środku, w jakimś miejscu, które zwykle milczy, i gdy czuję, jak nacisk staje się nie do zniesienia, wszystko, włącznie ze mną, wiotczeje, jakby ktoś odłączył prąd, jakby napięcie było tylko umową, z której można się wycofać, wypływam z tego miejsca, wypadam, ale nie ma upadku, nie ma dołu ani góry, jest rozlanie się, rozsmarowanie, i przez chwilę jestem cienką warstwą, filmem, osadem, który jeszcze pamięta kształt, który miał przed chwilą, i myślę, że tak właśnie musi wyglądać przerwa techniczna, chwila między komunikatami, gdy ekran jest czarny, ale projektor nadal pracuje, i znów słyszę ten sam niski dźwięk, tylko teraz jakby z oddali, jakby ktoś zapętlił go nieco koślawo, na rozstrojeniu, i próbuję się zebrać, złożyć, ale nie wiem, co jest elementem stałym, co podporą, co szkieletem, więc składam się z resztek, z impulsów, z odruchu, i znowu ruszam, bo ruch wydaje się jednynym, co znam i zatrzymuję się w miejscu, które jest dla mnie oswojone, bo znów jestem w swojej łazience, znów patrzę w lustro i jest tak, że przeczesuję brodę, odkrywam włos po włosie, dziele każdy na czworo, sześcioro, ośmioro, by móc znaleźć źródło, by móc, by tak rzec, znaleźć, gdzie te płyty tektoniczne nadchodzą na siebie




