Bartek Zdunek - dwie prozy


ilu. Maciej Tadeusz Bykowski



I’ve never managed to talk with Richard D. James


Oczywiście. Gdybyś przyjechała wczoraj, to zostawiłbym trochę dla ciebie, ale wahałaś się,

więc co miałem zrobić? Wyrzuciłem wszystko i wziąłem się za przygotowanie listy z najlepszymi

kawałkami zespołu. Nieważne którego. Pomyślałem, że to dobre. Zwyczajnie dobre. Kilka chwil

później trzy, dosłownie trzy akordy zagrałem na banjo – czy co tam mam – w różnych pozycjach.

Słabo brzmiało, lecz nie obwiniałem się. Nikogo. Byłem spokojny.

Ciebie też nie winię na Boga. Mogłaś być, to jest prawda, ale równie dobrze mogłaś mieć

inne sprawy na głowie. Na przykład kapitał, c’nie? Spokojnie nie będę ci wytykał twoich

największych wad. Zwłaszcza teraz, kiedy sam prowadzę firmę. Z kolegą skupujemy dużo paliw.

Starych.

Przerabiamy je na kremy. Karmy.

Jest tak, przecież się nie zgrywam. Wiem wszystko o końcowym produkcie. Utrzymuję

kontakt z hurtownikami. Jeżdżę to tu, to tam. Na spotkaniach jestem przygotowany. Mówię

otwarcie co i za ile. Pieniądz w żaden sposób nie krępuje mnie. W biurze sam wybieram meble,

szykuję detal na biurku. Całość oglądam ze wszystkich stron. Obchodzę. Pracowników sadzam.

Każdego dnia w innym porządku. Kierunku. Siedźcie tu, mówię do nich, ja pójdę coś załatwić. I

załatwiam, choć raczej nie w wielkiej hali, naszej dumie. Załatwiam poza halą. Nie że mam w dupie

produkcję, ona jest ważna. Ludzie są ważni i płacę dobrze pariasom ze wschodu. Daję im wolność.

Sami wybierają nadzorcę. Jakoś tak klaszczą przed głosowaniem. Potrafią się kontrolować. Czasem

pokazuje ich kontrahentom, wkładamy wtedy kaski na głowy, przechadzamy się pośród.


Kolega z kolei odpowiada za transport z Chin. Długo płynie. Na monitorach obserwujemy

ruch statku, jaramy się, gdy mija cieśninę. Zgadzamy się z kolegą, że w tych wąskich przesmykach

coś jest. Kolega się zastanawia co, snuje teorię. Bierze laptop, odkłada laptop, bierze kartkę, patrz –

ciąga mnie za rękaw, rozrysowuję. To ciekawe, mówię, zasypiam.


Natomiast ty do kolegi. Tobie się nie chciało z nim zamienić paru słów, o które prosiłem

wychodząc do kibla wtedy, na balu. Wiesz przecież, że sikam non stop. Źle znoszę stres. Wracam,

a kolega stoi sam jak kołek. Ty oczywiście nic, wpatrzona w ekran. W smartfon. I jeszcze z

wczasów historie, ten szwedzki stół, pamiętam go dokładnie tak jak rzeczy, które działy się wokół.

Ale dobra, mogło być gorzej. Przejściowe problemy, one się zdarzają. Nie wpadam w

panikę. Nie przyszłaś, trudno. Następnym razem przemyślę bardziej i kto wie ile zostawię na

później. Przyzwyczaję się, że nie wszystko idzie po moich myślach. Chyba że płynie, bo, sorry, ale

ładunek musi dotrzeć. Najgorsze, co może nas spotkać, to przestój w produkcji.

Po prostu zadzwoń, gdybyś wpadła na inny pomysł, gdybyś wreszcie chciała mieć dzieci.

Rzygam wychodzeniem na miasto do ludzi. Te posiedzenia i drinki. Jedzenie, kurwa, ile

można żreć. Dwudziesta druga, zaczynają dokładki, prześcigają się w płaceniu kartą.

„Teraz ja, tobprzecież moja kolej”, nie mogę tego słuchać. W porządku, może są fajni, dobrze ubrani, spokojnie, widzę, że second hand, ALE ZA TO JAKI?! To najbardziej lubisz powtarzać. Może to jest długi film, ALE ZA TO JAKI?! Może to jest mały posiłek, nie najesz się, ALE ZA TO JAKI?! Potem

dopycham się w domu bułką. Może to jest krótki rejs, ALE ZA TO JAKI?! Od zawsze chciałeś

popłynąć, co jest znowu nie tak?

To prawda, morze. Lekki wiatr, fale niskie. Sól na ustach. Szum, moja twarz w sierpniowym

świetle, pojednanie. Niech będzie, że z nim, ze słońcem. Twoja twarz też, jeszcze piękniejsza w tym

wszystkim. Inny świat. Chodź, szepczę wtedy, to będzie nasza wyspa. Dawaj, rozbijemy się.

I nawet jeśli marzenia gruzują mi drogę do faktów, to, daję słowo, warto. Nie wszystko musi

być namacalne, choć chciałoby się dotykać, ja wiem. Przez wstyd, jak ty, nie wspomnę o palcach.

Poza tym ciężko wierzyć w zawieszenie produkcji, choćby w połowie. Ale słowa dryfują nam

jeszcze jak ryby śnięte prawie, do góry płetwami rekina.



Świat Mike’a


John – powtórz. Źle. Wystarczy. Pała. „John”, pisz, „to najlepszy sposób, w jaki można

zwrócić się do mężczyzny”. „John” na oparciu wygodnego krzesła. Obok kina. John, tu, pośród

wrzasków małp, sterty patyków i liści, które ptaki ułożyły w ołtarz, przechodził ostatnio taki jeden.

Zatrzymał się, wyciągnął paczkę landrynek. Wziął kilka do ust. Rozgryzając, zaczął mówić, że

dopiero Mike. Świat Mike’a.

Doniesiono mi, gdy obcinałem paznokcie u stóp.

Mike? Już sprawdzam. Weźcie dziecko, uciszcie psa, bo go, kurwa, zabiję. Nie leczy koci

język, kaman. On drapie. Staruszki weźcie. Nie wiem gdzie, zamknijcie w zakładzie. Postawcie go

tam. Zakład. Może być, że z cegieł. To przecież jasne, że wybudowany. Mike... Mam. Piszą, że się

kopie dziurę w ziemi. I to ten świat, wrzucasz i landrynka leci, leci. Pokazywał wam? Mało słońca,

mało cieni.

Ci, co przychodzą przynoszą mi pełno. Podobnych wzruszeń. Otchłannych. Palą przed

wejściem. Potem gaszą nagle. Chcemy do środka, jęczą, w dłoniach ściskają bilet. Tu, pokazują

palcami, dobra data. Odganiam się od szerszeni, krzyczę, że są za blisko. Ale wpuszczam mówiąc:

właźcie tam, na górną widownie. Tracą oddech, ale się wspinają. Gorąco, stękają, pocą się. Mam

dla was wiatrak szerszenie. Bierzcie.

Powinno się zacząć, ale mało mam i nie to, co kiedyś. Biorę wdech, też weźcie. Żadnych

skarg – mówię do szerszeni – zero oświadczeń znaczonych parafką Zamaszystą jakby stalówki

chciały się rżnąć. Żebym to powkładał w klasery, wiem, chcielibyście. Potem przekładał ze stosu na

stos, pomijając rzeczy najważniejsze.


Teraz ja.

Zinedine Zidane. Albowiem futbol – jestem na tak. Nie mam ulubionego. Wszystkie kolory

są fajne. Zwierząt brak. Chyba że sznaucera wziąłbym ze schroniska, aby mi brzmiał jak nazwa

śmiercionośnej broni. Chińszczyzna do żarcia. Dobra, nie z budy. Sterty zakupów normalne. Duże.

Przywiezione autem. Rozpakowane, włożone do lodówki. Upchane. Wnet zgniłe, ale muszą być.

One muszą się w zimnie. Cokolwiek w zimnie i w czasach, że trzeba się chłodzić.

Jeden szerszeń schodzi. I pewnie zdążyłbym do auta. To van. Otworzyłbym van, wziął

dwururkę, to mógłby być mój czas i ogień. Lecz od niedawna mam pilot w ręku. Wystarczy

włączyć. Chipa, co go ma każdy. Myślisz pieprzyk, a to chip. Myślisz rak, a to chip, chip. Myślisz

wsza, a to chip wpięty do mózgu. To był mój najlepszy pomysł. Chipy. Fale wstrząsały statkiem,

gdy płynął z towarem. Mijał cieśniny, piratów. Dotarł. Rozładunek był wielki. Chiński. Procedura

była tajna. Wszczepianie. Receptory – szeptałem. Moja sieć plątała wszystkich.

Nagrywam, to prawda. Od rana w robocie, nie było kiedy się przyznać. Na ulicach, po

drodze, nerwowe auta. Kierowcy źli, zajeżdżają drogę. Wrzask komórek, wibracje, gwałt. Ból, co

jeszcze, i strach. W świecie Mike’a. Po to przyszli. Oraz ja, ja. Zinedine Zidane. Wszystko sam.

Ręką, kamerą myśli! Z Bogiem. Wizja przyjdzie do mnie na krześle. Wysokim, barowym. Siedzę

na.

Cały ból rozgrywa się w głowie. Cały ból w głowie, mógłbym bez końca. Cały ból

rozgrywa się w głowie. Cały ból w głowie.

Siedzę na krześle. Barowym, złym. Niewygodnym. Zamawiam kawę, gdzie ta kawa, pytam,

jest. Słodzę. Biorę łyk, potoki są jak myśli. Pomysły są jak ryby wyrzucone na brzeg, w gęsty piach,

krótki krzak. Wypalone są fajki, zatopione grille, sterty puszek wystawiają się na łup robali.

Ludzkich. Pssst, słychać ciche kroki zwierząt i nagle to mam. Spadam z krzesła. Wstaję. Kawa leje

się po brodzie zimna. Idę tam, gdzie otwiera się widownię. Udostępniam dolną wszystkim. Siadaj

Pan, już potrząsam jakimś dziadkiem. Pani tam. Szybko! Będzie dobrze widać. Świat Mike’a.

Szczegóły i tkanki. Świat Mike’a. Chodźcie. Dam lody. Że nie Haagen Dazs? Bez przesady.

Miejsce jak to, myślę, jest kresem drogi. Prawdy, dobra, rynku. Świat Mike’a, schnie mi ślina,

świat Mike’a, i nie mówię wprost, że istota szerszeni, świat Mike’a, cienie na ścianach, paznokieć i

ból, świat Mike’a, świat Mike’a, nad którymi trudno zapanować, pasą się w ogonie. Na. Komety

sięgającej poza świat Johna. Świat Mike’a. Więc wyobraźcie sobie. W chuj daleko.