top of page

Andrzej Graul - Między zmianą a nirwaną

(o debiucie poetyckim Święta pracy Jakuba Sęczyka)





Niezwykle przyjemnym powrotem do krytyki poezji jest praca przy takiej książce, jak nagrodzony pierwszym miejscem w konkursie „Nowy Dokument Tekstowy” debiut Jakuba Sęczyka – Święta pracy. Jest to przyjemność nie tylko dlatego, że książka ta jest kolejną wrocławską pozycją, która została nagrodzona w ostatnim czasie. Wiele się dzieje w liryce w stolicy Dolnego Śląska – by wspomnieć choćby Wieżę Gabba Kamila Kawalca, nagrodzoną nagrodą główną w X Konkursie Poetyckim Fundacji Duży Format w kategorii „przed debiutem” czy wiśni mi się Luli Sarniej, zwyciężczyni Nagrody Głównej im. Jacka Bierezina. Takie debiutanckie zagęszczenie daje sporo nadziei, choć jednocześnie każe na naszą lokalną scenę patrzeć z pewnym niepokojem – ponieważ oprócz książki Sęczyka, żadna z tych trzech wymienionych nie doczekała się jeszcze wyczerpującej, krytycznej recepcji ze strony recenzentów.


Tym samym, postanawiam to zmienić, przerywając długą – prawie dwuletnią – ciszę z mojej strony i zabrać się do roboty, biorąc na warsztat debiut Sęczyka. Jeśli wracać do krytycznej harówki, to przecież tylko z patronatem… Świętej pracy? Świąt pracy?


Tu pojawia się pierwsza przyjemność obcowania z tym tytułem – jego wieloznaczność, której nie sposób przeoczyć. Moje próby odczytania zmierzały w trzech możliwych kierunkach i, co ciekawe, każdy z nich zdaje się być solidnie umocowany interpretacyjnie, zależnie od kontekstu, w którym się pojawia.


Po pierwsze, co zdaje się pojawiać na pierwszy rzut oka, chodzić może o „te Święta pracy”, rozpatrywane w liczbie mnogiej dni specjalne, uroczyste wydarzenia mające na celu uczcić pracę. To znaczenie wydaje się umocowane najsolidniej, jeśli weźmiemy pod uwagę całościową konstrukcję tomu. W tej książce każdy wiersz zdaje się być osobnym, pojedynczym świętem pracy (świętem przeklętym, o czym później). Pracy poetyckiej oraz pracy interpretacyjnej, dokonującej się „w wierszu” oraz „poprzez wiersz”. Pracy, której owocem jest ujawniające się znaczenie. Kluczową figurą formalną jest tutaj powtórzenie, do czego niebawem powrócę.


Po drugie, Święta pracy to można być ona, ta Święta, patronka błogosławiąca wszystkich znoszących znój i kierat codziennej harówy, tych robiących na kilka zmian i tych, dla których praca nie jest błogosławieństwem, tylko wręcz przeciwnie – przekleństwem, piekłem rutyny i trudu, podążania za chlebem, czynszem, chwilą wytchnienia. To byłaby postać patrząca na nas z okładki. Ta Święta, o wzroku poważnym, zasmuconym wręcz, skamieniałym. Jednakże na spoglądaniu się nie kończy – moim zdaniem zwraca się ona bezpośrednio, jest również instancją mówiącą. Zwraca się jednak do kogo? Poety? Wiersza jako takiego – świętego tworu poetyckiej pracy? Tę ostatnią hipotezę może potwierdzać zamykający książkę utwór:


Zasyp więc, zaśnij, nic tu po tobie, wierszyku, popiołku, perzynko, wszystko już jest. Miękną kolana jak tekturka na wietrze, śpij.

Jutro trzeba wstać wcześnie, kochany (s. 47)


Jest jeszcze trzecie rozwiązanie. Święta pracy można odczytywać w sposób najbardziej przewrotny, a takie zgryźliwe i ironiczne poczucie humoru przepełnia ten debiut: (o,) Święta pracy! Tytuł czytany w formie wołacza wywołuje tym razem nie „tę” świętą pracy, patronkę znoju i trudu, a pracę jako taką, wyświęcaną, wywyższoną. Takiemu zagraniu mogłoby przeczyć użycie małej litery w słowie „praca”, ponieważ gdy coś czcimy i błogosławimy, to raczej powinniśmy używać zapisu dużą literą, prawda? Ale co jeśli dla Sęczyka jest to wyraz sarkastycznego parsknięcia, w finezyjny sposób zaznaczający, jak bardzo przeklęta, a nie święta ta praca jest dla większości z nas?


Taka złośliwość i zajadliwość (oraz szczególnie warta uwagi autoironia) ujawniają się już od pierwszego wiersza, który zatytułowany jest Warunki wstępu (s. 9):


Zobacz, jakby jaśniej, wstajemy rano, jest niehandlowa. Za oknem Polska, wszystko w gównie. I wtedy wchodzi on, cały na biało, i tak zaczyna się przedstawienie.


Ten wiersz upomina się o trzydziestogodzinny tydzień pracy. Ten wiersz upomina się o likwidację majątku kościelnego. (…) Ten wiersz upomina się o konwersję narodowców na buddyzm. (…) Ten wiersz powtarzał będę do znudzenia i porzygu.


Ten wiersz upomina się o odpowiedzialność za głód, przecież wiesz, (…) Teraz nie powiesz mi, że nie mówiłem: tak działa wiersz, to zaskakujące, ale tylko w taki sposób możesz to powiedzieć.


Warto pochylić się nad tym, jak wiele motywów i wątków przewodnich dla całej książki wprowadza nam ten utwór, co zwraca uwagę na staranność warsztatu poety, wszak są to przecież warunki wstępu do lektury całego tomu. Spróbuję omawiać je po kolei.


Przede wszystkim, wspomniana wcześniej zgryźliwość, złośliwość, autoironia. Sęczyk wprowadza nam swój własny wiersz w roli głównego bohatera żartu, który to dowcip rozgrywa się w dodatku w cyrku. Wszystko w gównie, cała Polska w gównie, a tu wchodzi wiersz, cały na biało (niesplamiony brudną robotą) i zaczyna dyktować warunki wstępu na przedstawienie. Warunki jak najbardziej nie są komiczne (ba, racjonalne, potrzebne i nawet konieczne), jednak poeta zdaje się nam nie bez kozery, w pierwszym akcie, odsłaniać swoje karty – wiersz (a za nim cała poezja) jest tylko komikiem w cyrku obsranym gównem, Polską zwanym. I jedyne, co może, to mówić („Teraz nie powiesz mi, że nie mówiłem: tak działa wiersz,/ to zaskakujące, ale tylko w taki sposób możesz to powiedzieć”). Sprawczości żadnej nie ma.


Ujawnia się tu jedna z „bolączek” współczesnej poezji zaangażowanej – świadomość nieistotności poezji w dyskursie publicznym. Kim są dziś poeci? Czy są romantycznymi patriotami, młodopolskimi pomazańcami, futurystycznymi rewolucjonistami, nowofalowymi komentatorami rzeczywistości? Czy też są przeżutymi (i wysranymi, chciałoby się rzec) przez postmodernizm i kapitalizm idealistami, przepełnionymi niezrozumiałą potrzebą wysławiania siebie i tworzenia własnych form wypowiedzi? Jeśli tak, to Sęczyk zdaje się jak najbardziej rozumieć tę właśnie rolę i mówi nam to wprost, w pierwszym wierszu: to, co powiem, niewiele znaczy, podobnie jak to, że mówię je „ja”. Jednakże same słowa muszą zostać wypowiedziane. Powinien je wypowiedzieć ktokolwiek, a najlepiej każdy z nas. Warunki muszą zostać postawione.


I, jak już wspominałem, są to warunki, z którymi można i trzeba się zgadzać.


Niemniej, prócz oczywistego zaangażowania (oczywistego w tym utworze, dalej nie jest już tak „prosto w twarz” ani tak manifestacyjnie), Warunki wstępu ukazują nam podstawę metody twórczej wrocławskiego debiutanta – powtórzenie (oraz wyprowadzana z niego akumulacja, nagromadzenie). W zasadzie całe Święta pracy[1] oparte są na repetycji, nierzadko przybierającej postać automatyzacji, mechanicznego wyrobienia, czy nawet (mistycznej) hipnozy znojem. Szczególnie ta ostatnia figura zdaje się szczególnie dobrze uzasadniona i to w dwójnasób – wszak celem hipnozy jest pewien trans, opadnięcie w nieświadomość, zapadnięcie w sen. A choć motyw oniryczny w Warunkach… się nie pojawia, to już w osiemnastu innych wierszach tak. A w czterech z nich ujawnia się w samym tytule… Natomiast jest to sen (trans?) mistyczny, ponieważ bardzo często przyjmuje formę retoryki religijnej, z jednej strony pełnej biblijnego namaszczenia i czci, a z drugiej buddyjskich mantr:


Niech cieplna śmierć zagląda w oczy nadgorliwym, wielki chłód gaszący oczy, łamiący sine karki karłów.


Niech rozogniony będzie ruch jednostronnego ślizgu w obie strony żaru, wyjściowy jak film łzowy, wejściowy.


Niech zadeptany będzie żer, który rozpoczynają chłopcy pod letnią ścieżką słońca, usychający w żółtej plamce słońca.


Niech stygną powoli nasze języki, shantih, shantih, shantih; niech stygną powoli galaktyki, shantih, shantih, shantih.


Niech zaprószony będzie chleb, ujęty i spalony na języku, w ciszy. Odpalmy ostatni okruch pod językiem. No już.

Trajektoria ognia (s. 27)


Zwrotem od razu nasuwającym się po usłyszeniu słowa „niech…” jeszcze do niedawna było oczywiste „… będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Tutaj również jest pochwała, jednak nie Wybawiciela, Syna Bożego. W Trajektoriach ognia Sęczyk dokonuje apoteozy „cieplnej śmierci”, będącej jednocześnie „wielkim chłodem”, „ruchem jednostronnego ślizgu/w obie strony żaru” czy stygnące języki oraz galaktyki (zamierające uniwersum Kultury i Natury – w Kulturze nie ma nic poza językiem, w Naturze nic poza życiodajnym ciepłem galaktyk. Końcem jest „shantih”, śanti – stan wewnętrznego pokoju).


Jest to utwór wywołujący jednocześnie ciarki grozy i zachwytu, wiersz, który mógłby pełnić rolę hymnu nadchodzącego końca. Tu również ujawnia się wysoka świadomość poetycka i warsztatowa sprawność debiutanta – Trajektorie… aktywnie komentują zjawiska społecznie ważne (kryzys klimatyczny), jednak w sposób nie wprost, zrywając z często nadużywaną przez debiutantów poetyką zaangażowanej dosłowności. Wartym wspomnienia jest, że ten wiersz poprzedza inny, Święto ognia (s. 26), w którego dystychach również pojawiają się zwroty takie jak: „Pozłacane topy bazylik zajęte żarem,/ popioły objęte orbitą, skoszone żaglem” czy „popioły objęte orbitą, skoszone żaglem,/ poniesie nas haust dymu i żarliwość”. Jest ogień.


Buddyjskie inspiracje wielokrotnie przewijają się przez całą książkę, również zasygnalizowane w Warunkach wstępu: „Ten wiersz upomina się o konwersję narodowców na buddyzm”. W tym kontekście warto przyjrzeć się wierszowi Śnił się pochód (s. 28), który również przytoczę w całości, gdyż żal opuścić tu choćby jeden dystych:


Grodzką, od Uniwersytetu, do sal obsługi w Rynku, idziemy w wielki, cichy ogień, niech zostanie z nami;


w dymie, od Żeromskiego po Skwer Skaczącej Gwiazdy, idziemy w wielką, cichą wodę, niech zostanie z nami;


z fuchy przy Irysowej, nad ranem, aż po Różankę idziemy w wielki, cichy ogień, niech zostanie z nami;


w dymie, od Barki Tumskiej przez Bulwar Kaczyńskich, idziemy w wielką, cichą wodę, niech zostanie z nami;


z piwnic pod Dworem Polskim i Błękitnym Słońcem idziemy w wielki, cichy ogień, niech zostanie z nami.


Idziemy w wielką, cichą wodę, niech zostanie z nami, idziemy w wielki, cichy ogień, on zostanie z nami.


Ileż w tym wierszu się wydarza, ileż wykonuje on pracy! Przede wszystkim wypowiada się tutaj podmiot zbiorowy (pracownicy gastronomii, przedstawiciele zawodów społecznie „niezbędnych”), ci, którzy idą „do sal obsługi”, wychodzą „z fuch” i „z piwnic”, tworzą wielki, zwarty, jednolity i anonimowy tłum. Tłum anonimowy, choć lokalny – przemierza on przecież doskonale uwidocznione w wierszu ulice i miejsca Wrocławia. Dokąd idą, dokąd zmierzają? Czy jest to pochód rewolucyjny, protestacyjny? Twierdzę, że nie – w tym medytacyjnym wierszu pochód mas „przechodzi” z brutalnej materii pracy, roboty, znoju i katorgi w metafizyczną przestrzeń spokoju ducha. To wcześniej wspomniane „shanti” – z trudu roboty w „wielką cichą wodę”. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że przenika się tutaj symbolika buddyjskiego wygaszania żądz, spoczynku woli i Arkadii, mitycznej krainy otoczonej „wielką, cichą wodą”[2], to powstanie obraz zgoła dekadencki, pesymistyczny: oto idzie pochód ogromny, pochód kroczący po granicy nocy i dnia, pochód zmierzający nie do przewrotu i gwałtownej rewolucji, a do miejsca ostatecznego spokoju. Idą w wielki ogień, ale cichy, nie porywczy, rozszalały. Taki pochód wyśnił się poecie.

Motyw marszu pojawia się również w wierszu Whole Earth Catalog (s. 11), ponurej trawestacji radosnej, wiosennej pieśni ludowej:


Z brył łazienek, w huku pralek, lud twój, idzie maj. Z elektrowni, z prętem kabla, lud twój, idzie maj. Zza bilbordów, żując papier, lud twój, idzie maj. Zza ekranów, mieląc ziarno, lud twój, idzie maj. Ze spalarni, z bańką prochu, lud twój, idzie maj. Z wysypiska, z żywcem mowy, lud twój, idzie maj. (…)

Z powolnego, miarowego rytmu wyłania się kolejny tłum, kolejny marsz. Znów są to ludzie reprezentujący „klasę ludową”, robotniczą, czy też szeregowych urzędników lub cyfrowy prekariat („zza ekranów”). I po raz kolejny Sęczyk przeciwstawia żywiołowość (wszak maj to już wiosna, entuzjastyczna, roześmiana) spokojowi, który ma jednak naturę zasępioną, wymęczoną, przygnębioną. Styraną. Jest to wiersz, z którego przebija się trudna do uchwycenia groza wywoływana samym rytmem. Wręcz słyszymy miarowy huk kroków, nad którym unosi się gęsta, niełatwa do określenia groźba. Groźba czego, wymierzona ku czemu? To już pozostawię do rozsądzenia każdemu czytelnikowi z osobna.


Jednakże, czy można wysunąć wniosek, że poezja Sęczyka wypełniona jest jedynie powtórzeniem, wymęczeniem, snem i pragnieniem wiecznego spokoju? Cóż, tych motywów z pewnością tam nie braknie, jednak odpowiedź trzeba postawić jasną – oczywiście, że nie. Wytchnieniem dla poety zdają się być dwie odskocznie innej uduchowionej kontrkultury (mowa o hippisach) – czyli miłość i narkotyki.


Używki i haj przewijają się w wierszach takich jak Excelsior („[…] Dzień dobry, nabita/ lufo. Dzień dobry, fioletowa chmurko”, s. 10) czy Życie na kajfie („[…] Polska łapie bucha i już nie jest wierszem,/ Polskę zapija wódą, […]/ I to wszystko, to haj wszystkiego”, s. 33). Po pracy potrzebne jest wytchnienie przynoszone przez używki, oraz bliskość ukochanej osoby, nawet jeśli w międzyczasie kończy się świat, tak jak to zostało przedstawione w opisywanym już Święcie ognia: „Kochaliśmy się, nie było już nic do zrobienia,/ chociaż wrzesień, skup zboża oferuje węgiel”. Co ciekawe, ujawnia się tu kolejna przykra cecha świata opisywanego przez poetę: czas na miłość jest jedynie wtedy, gdy już nie będzie nic do zrobienia…


O samych pojedynczych wierszach z tej książki można by pisać szkice, a co dopiero o całym tomie. Muszę jednak jeszcze wspomnieć o cyklu wierszy o zmianach, na który składają się utwory Pierwsza zmiana (s. 12), Druga zmiana (s. 24), Trzecia zmiana (s. 38), Czwarta zmiana (s. 42) i Nocne zmiany (s. 43). Jest to cykl niezmiernie intrygujący, ponieważ tytułowe zmiany moim zdaniem odnoszą się nie tylko do systemu dobowej organizacji pracy, lecz również do zmian wewnętrznych, które przechodzi podmiot liryczny.


W Pierwszej zmianie osoba mówiąca jest wymęczona, wraca do domu „żeby przespać świt”, ponieważ „było już po wszystkim”, a praca przenika ją tak głęboko, że aż o niej śni. Druga zmiana, w przeciwieństwie do pierwszej, jest pod względem formy całkowicie zamknięta w rytmach powtórzeń, podmiot liryczny otoczony jest totalnością hotelu Novotel, z jego słów przebija irytacja już od pierwszych wersów. Irytacja wywołana różnicą między przywilejem pracy intelektualnej, a przymusem pracy fizycznej:


Kiedy pisaliście nocami wiersze (płomień w lasach Australii i Amazonii) odkurzałem sale hotelu Novotel (płomień w lasach Australii i Amazonii) wynosiłem krzesła z sali hotelu Novotel (…)


Trzecia zmiana natomiast znów jest zupełnie inna od dwóch poprzednich. Tutaj następuje nagromadzenie kolorowego zbytku, pełny, konsumpcjonistyczny szał. Praca daje owoce, jednak są one niewiele warte, puste, choć ich barwami i nazwami marek wypełniony jest w zasadzie cały wiersz. Pod koniec wszystkie te „czarne nespresso”, „niebieskie rollsy”, „zielone armani” i „limonkowe roleksy” okazują się ledwie „bladym pyłem gwiezdnym”, „niczym”. Pod tym względem Czwarta zmiana upodabnia się do Trzeciej..., również na zasadzie wewnętrznego kontrastu: towarzyszka osoby mówiącej prosi o czystą wódkę, podczas gdy sam podmiot zgrzyta „zębami na każdej/ z niepotrzebnych, gorzkich nazw” i wymienia następnie litanię popularnych oraz tych mniej znanych koktajli barowych. Reakcją na krzywdę („Kiedy w barach Hanau padły pierwsze strzały”) jest tylko prostota, mocna i zwykła, zamiast wymyślnych, drogich drinków. To, co luksusowe i różnorodne, okazuje się zupełnie niepotrzebne.


W tym zestawieniu Nocne zmiany są utworem najbardziej pesymistycznym, w którym okazuje się, że po pracy tak naprawdę nie pozostaje już nic:


Nie ma już miejsca na shoarmę we wrocławskim rynku, nie ma miodu i prosecco przy przejściu świdnickim.

Jest przegrzane mleko dla kończących zmianę, jest kapiący tłuszczem las.


Zaprawdę niewiele zostało do zrobienia: zwracamy hajs z nieszczelnych jelit, zwracamy resztę niedospanym maruderom, żegnamy w blasku słońca przedostatnią zmianę.


Podmiot dotarł do końca swojej podróży: z pierwszego wiersza, spokojnego, wolnego, na końcu którego znajduje się sen i klaustrofobiczne zamknięcie w pełnym harówki Novotelu, przez oszałamiającą hiperkonsumpcję Black Friday oraz koktajlowy przepych aż po „kapiący tłuszczem las” i niedospanych rozbójników, zdzierających z pola walki (pracy) nawet resztę ze z trudem zarobionych pieniędzy. Ziemskie, robocze zmiany wciąż są takie same, przynoszą takie same, gorzkie owoce. Pytaniem otwartym pozostaje, czy to jest też koniec zmian duchowych, buddyjskiej pracy wewnętrznej, przeciwstawionej tej materialnej, zewnętrznej.


Bez wątpienia Święta pracy to zaskakujący jakością debiut, który definitywnie zasłużył na taką nagrodę, jak pierwsze miejsce w „Nowym Dokumencie Tekstowym”. Wiele jest tam utworów, których opracowanie nie zmieściło się w moim tekście (chociażby ponury Drenaż czy minimalistyczne w formie Użycie wiersza), zatem tym bardziej zachęcam do dalszej eksploracji. Jest to książka niezwykle skrupulatnie przemyślana, będąca efektem widocznej, wytężonej pracy poetyckiej. Zawiera elementy świadczące o przenikliwym i dojrzałym warsztacie autora, ukazuje pracę nie tylko jako codzienny znój, lecz również jako proces językowy. Korzystając zarówno z retoryki biblijnej, inspiracji buddyjskich, kolokwializmów, sennego obrazowania, powtórzeń czy zawodowych doświadczeń, wrocławski debiutant napisał tom, o którym jeszcze długo powinno rozmawiać się na łamach poetyckich czasopism, w kawiarniach i akademickich salkach.



PS: Oczywiście, przytoczenie młodopolskiego utworu Kazackiej to swoisty żart, będący jednocześnie dowodem, że jeśli zarzuci się wierszem dostatecznie daleko, to nigdy nie wiadomo, co się złapie na haczyk i wyciągnie.


 

[1] Tej formy będę dalej używał w imię wygody i w ramach przyzwyczajenia, co nie oznacza, że dwa inne rozumienia tytułu pozostają nagle bez mocy.


[2] Warto tu zwrócić uwagę na możliwe nawiązanie do wiersza również inspirującej się buddyzmem młodopolskiej poetki, Marii Kazeckiej Lśni wielka cicha woda pełna bladych cieni:


Lśni wielka cicha woda pełna bladych cieni... Rozedrgana w słabiuchne, łaskocące tętna... Lśni wielka cicha woda czysta, beznamiętna... Jak krysztalne widziadło, śród jasnej przestrzeni... Baśnie białych lotosów swe srebro pajęcze Rozesnuły po falach - bajkowa tęsknota... Oprzędła senne brzegi jak w szklane obręcze I po pianie drzemiącej błękitnie się miota...

(Kazecka Maria, 1904, Akwarelle, Lwów, s. 30)


Jak wskazuje Beata Kuryłowicz, autorka artykułu Młodopolska egzotyka florystyczna, w wierszu tym również pobrzmiewają „Echa buddyjskiej rezygnacji z żądz, wygaszanie namiętności, pogrążanie się we śnie” (cyt. za: Kuryłowicz, B., Młodopolska egzotyka florystyczna, „Białostockie Archiwum Językowe” 2010, nr 10, s. 177-191).

 

Jakub Sęczyk, Święta pracy, SPP Oddział w Łodzi/Instytut Literatury, Łódź-Kraków 2022


Comments


bottom of page