Agata Puwalska - Składam ogień* #2
- 7 godzin temu
- 9 minut(y) czytania

[Brudna materia, czyli o Brudnym wierszu Ferreiry Gullara w przekładzie Michała Lipszyca]
Chciałabym napisać – kolejna perła, ale to określenie nie do końca pasuje, bo książka, którą mam na myśli, autorstwa brazylijskiego poety Ferreiry Gullara[1], która niedawno ukazała się w serii Wygłosy wydawnictwa Ossolineum, nosi tytuł Brudny wiersz. A to, co brudne, niekoniecznie kojarzy się ze świetlistym i białym.
Brudny wiersz rozpoczynają brzmiące niczym mantra słowa:
mętne mętne
mętna
dłoń oddechu
przed ścianą
ściemniałą
(s. 7).
Nie jest to jedynie efekciarska zmyłka, a zapowiedź tego, co czeka osobę czytającą, gdy „wpadnie” w ten niekończący się wiersz, którego „cielsko” przetacza się przez kolejne strony, meandruje jak rzeka Anil i kluczy niczym uliczki w Sāo Luis do Maranhāo – mieście, z którego pochodził autor, a do którego w tym tekście powraca. Poemat podzielony jest na ledwie widoczne części, nie nadano im tytułów czy numerów, a ich odrębność zaznaczona została niezwykle subtelnie – pustą przestrzenią, początkiem na nowej stronie, oddechem, który uczestniczka tej wyprawy musi złapać, nim podąży za autorem dalej, jeszcze bardziej w głąb tego „mętnego” organizmu.
Bo Brudny wiersz działa jak jeden organizm, a podjęte w nim wątki przenikają się, przeplatają niczym elementy tego samego sytemu, współzależne, wpływające na siebie nawzajem. Splatają się ze sobą też poszczególne części, i chociaż każdej z nich można przypisać konkretny temat (np. druga to powrót do dzieciństwa, a piąta to opowieść o sklepikarzu Ferreirze Newtonie), to jednak tematy te nie dzielą cielska Brudnego wiersza na mniejsze fragmenty. Są raczej punktem wyjścia do przetwarzania i rozwijania głównych tropów poematu. Ten swoisty splot, tę jedność poeta oddaje również poprzez konstrukcję wspomnianych wyżej części – słowa, którymi zaczyna się każda kolejna, można by odnieść do zakończenia poprzedniej.
Gullar, pisząc na jednej z pierwszych stron:
Nie wiem z jakiej materii uszyto moje ciało i ten zawrót głowy
który wlecze mnie po alejach i waginach wśród zapachów gazu
i szczyn które pochłaniają chrust mego ciała bez ognia
(s. 9),
od razu przedstawia nam bohaterów swojego tekstu – miasto i człowieka, przy czym przywołaną we fragmencie frazę: „z jakiej materii uszyto moje ciało” można odnieść zarówno do ja lirycznego (człowieka), do Sāo Luis do Maranhāo (miasta), jak i do samego Brudnego wiersza (poematu).
Ale cofnijmy się jeszcze o krok, tak jak cofa się Gullar, który – oddalając się od ojczyzny, podróżując autobusem czy samolotem – wraca do momentu, gdy „poezja jeszcze nie istniała” (s. 11), do czasów dzieciństwa i młodości. I choć impulsem dla tego powrotu jest próba przypomnienia sobie imienia dawnej miłości („ale jak się nazywała? / Nie Helena ani Vera / nie Milena ani Slava”, s. 8), czyli poszukiwanie słowa, to jednak nie o takie słowo tu chodzi: „Jakie znaczenie ma imię teraz kiedy zmierzcha w Sāo Luis do Maranhāo” (s. 8).
Zmierzch w Sāo Luis do Maranhāo, czyli rodzinnym mieście poety, to pobudzająca zmysły chwila. Gullar wraca do momentu, gdy zmysłowość była czymś naturalnym, intuicyjnym, a słowa tkwiły zakorzenione w rzeczach, istniały namacalnie:
Rośliny. Zwierzaki. Zapachy. Ubrania.
Oczy. Ręce. Piersi. Usta.
Zielona szyba, jaśmin.
(s. 11),
że te wszystkie kaczki i woły
Istnieją bez mojego udziału
(s. 23).
Były materią, a Gullar właśnie jej szuka do swojego wiersza, próbuje uchwycić samo życie, we wszystkich jego kształtach i odmianach, w całej jego zmysłowości. A to życie jest nierozdzielnie powiązane z miastem, jego miastem: „To życie eksploduje z wszystkich szczelin miasta” (s. 11).
Powraca dzięki brzmieniom i dźwiękom, dzięki stukotowi pociągu, który znajduje dobicie w całej masie frenetycznych wykrzyknień i powtórzeń („TARAM TARAM TARAM / tuk czuk tu czuk tuk czuk, JUII JUII JUII / laram laram lararam”, s. 20); dzięki dziecięcym wierszykom i wyliczankom, które co jakiś czas pobrzmiewają w tekście; dzięki zabawnym rymom, które zdają się autora prowadzić; wreszcie dzięki obsesyjnym melodiom i melodyjkom, jak ta poniżej, wskazana obok tekstu, niczym instrukcja w partyturze:
pociąg z chłopczykiem jedzie | (Śpiewać na melodię toccaty z Bachianas Brasileiras nr 2 autorstwa Vili-Lobosa) |
życie jak pociąg kołuje | |
jest pląs wkoło i jest przeznaczenie | |
miasto wraz z nocą wiruje | |
(s. 20) | |
Ten powrót nie jest jednak powrotem do dziecięcej sielanki. Nie chodzi o wskrzeszenie mitu, o wykreowanie krainy młodości, która nie ma nic wspólnego z prawdą. Jeśli Gullar chce wrócić do tego, co namacalne i rzeczywiste, jeśli takiej materii i takich słów szuka dla swojego wiersza, musi dotknąć wszystkiego, również tego, co trudne i odpychające:
błyskawica rozświetla kontynenty minione:
(…)
w błocie zagubione głosy
puste niedziele
(s. 17).
Gullar nie idealizuje swojego miasta, widzi je takim, jakim było, ze wszystkim problemami społecznymi i ekonomicznymi, z biedą i brzydotą. Z jednej strony jest to więc miejsce rozbuchanej zieleni, punktów widokowych, jaśminu i margerytek, tętniących życiem sklepików z koszami krewetek i mis z maniokową mąką, a z drugiej – miejsce szczyn i potu, brudu i gnicia, ostrych zapachów unoszących się nad portem, zaśmieconych magazynów i odrapanych zaułków.
Z tego powodu zwraca się do swojego miasta zarówno: „Ach, moje miasto zielone / moje wilgotne miasto (…) moje miasto śpiewne” (s. 53), jak i „Ach, moje brudne miasto / wielkiego bólu zwierzanego szeptem / (…) / moje obłąkane miasto” (s. 55).
Wreszcie obraz Sāo Luis do Maranhāo nie dopełniłby się bez robotników z Fabryki Nici i Płócien Camboa, hutników, tragarzy rozładowujących owoce palm babassu, drobnych sklepikarzy, czyli przede wszystkim po prostu ciężko pracujących ludzi:
tylu ludzi poniżonych
którzy ledwo mają co jeść
a jednak wyszywają kwiatami
swoje serwety na stół
(s. 55).
Dopiero w takim obrazie dostrzega pełnię, materię, której można dotknąć i która dotyka. Przy czym konflikty między tym, co „mętne mętne” (s. 7) i „jasne jasne” (s. 17), te różne prędkości życia obecne w całej książce (bo „Każda rzecz miała swoją prędkość / (…) / każda rzecz oddalała się / inaczej / od swojej możliwej wieczności”, s. 60–61), znajdują odzwierciedlenie w działaniu czasu, który przecież nie jest dla wszystkich ten sam, bo zależy również od sytuacji materialnej człowieka. Dla różnych ludzi czas płynie inaczej, a właściwie dla niektórych nie płynie, lecz „szarpie się / połyskując, / w klatce z cieni” (s. 33). A bywa też tak, że zamiera:
A w czymś, co gnije
(…)
czas
nie płynie ani nie krzyczy,
raczej
pogrąża się we własnej otchłani,
gubi się
w swoim omdleniu,
tak bardzo wyzuty z prędkości
że zamiast obrócić się w światło obraca się
w ciemność;
(s. 34).
To obrócenie się w ciemność, w noc, która „nie upływa / nie przebiega: / [lecz] gnije” (s. 34), świadczy o tym, że dla Gullara czas to również organizm, który podlega gniciu podobnie jak miasto i człowiecze ciało; który jest materialny:
Wiele
wiele jest dni w jednym dniu
bo ten sam surowiec
je tworzy
swoim ciałem (lub żelazem
jakkolwiek nazwać tę
materię czasu
brudną lub
nie)
(s. 25).
Gullar, pisząc poemat, wchodzi w to, co minione, zanurza się w ten materialny czas. Ponownie plany w poemacie nakładają się na siebie, materia czasu miesza się z ciałem, a przez to ostatnie przenika z kolei materia miasta, ale i:
Człowiek jest w mieście
jak jedna rzecz jest w drugiej
i miasto jest w człowieku
który jest w innym mieście
(s. 69).
I okazuje się, że ciało człowieka ulepione jest z tej miejskiej materii. Rzeczy, z którymi człowiek ma styczność, odciskają na nim swoiste piętno, niosą w sobie symbolicznie jego życie, są jego siłą bądź ograniczeniem, radością lub smutkiem:
ciało-opał ciało-pustota ciało-istota
przeszyte wonią kurnika i kota
na straganie
gniazdo szczurze
kocie gówno na górze
śniedź sól buty znoszone
brylantyna tani pierścionek
(s. 14).
Poecie, który przebywa na przymusowej emigracji (w latach siedemdziesiątych, gdy powstał poemat, w Brazylii władzę sprawowała dyktatura wojskowa), który przez kilkanaście lat nie może wrócić w rodzinne strony inaczej niż tylko mentalnie, inaczej niż dzięki słowom, pisanie tego „wywrotowego” pod wieloma względami tekstu pomaga rozpoznać również i siebie. Szukając właściwych słów, nie stroniąc od tych „brudnych”, w tej werbalnej materii miasta, ciała i czasu – planów, które intensywnie splecione grają ze sobą w całym poemacie w rytm mantrycznych „mętne mętne mętna”, Gullar wydobywa to, co „jasne jasne”. Rozumie i odnajduje w tym wszystkim siebie, swoje własne ciało; rozpoznaje materię, z której zostało uszyte:
Ale przede wszystkim moje
ciało
z północnego wschodu
mało tego
z Maranhāo
mało tego
z Sāo Luis
(s. 15).
Materia miasta staje się więc materią ciała, a obie – materią wiersza. Odnajdując siebie, odnajduje tak wielu. Ciało, kształtowane przez miasto, przez warunki, w jakich człowiek żyje, mieści w sobie jednocześnie pustkę i pełnię, piękno i brzydotę, galaktykę i wysypisko: „moje ciało-galaktyka otwarte na wszystko pełne / wszystkiego jak wysypisko” (s. 15).
Czy zatem Brudny wiersz jest brudny? Czytając go trafiamy w końcu tam, „gdzie nie ma bieżącej wody” (s. 33), trafiamy do ścieków i rynsztoków, w miejsca pokryte pleśnią i rdzą. A jednak właśnie tam, w tych miejscach ciemnych i cuchnących, w tym trudzie, gównie i znoju, w tym „wszystkim ludzkim” jest również blask:
tam
blask przyczajony pod powierzchnią nocy
nie jest
jak w mieście
zaciśniętą pięścią wody w rurach:
jest pięścią
życia
zaciśniętą w błocie
(s. 33).
Jest też życie, jego pięść zaciśnięta w błocie czy w rurach. Ale czy rzeczywiście? A może inaczej: jakie jest to życie i czy takie właśnie, jakiego byśmy pragnęli? Bo Gullar w swoim poemacie pisze również tak:
bo życie
mijało nas w górze
samolotem.
(s. 59).
Sam też doświadcza obu perspektyw – i tego, który z ziemi patrzy na przelatujący gdzieś w górze samolot i tego, który się w nim oddala, opuszcza ojczyznę i rodzinne miasto, a doświadczając tej drugiej perspektywy, przeżywając emigracyjną samotność, może zapytać sam siebie:
Czego mnie uczyły te lekcje
samotności
między rzeczami natury
i rzeczami ludzkimi?
(s. 18)
I paradoksalnie, to właśnie synteza tych całkiem odmiennych perspektyw, znajdujących się na przeciwległych biegunach, pozwala mu napisać Brudny wiersz. Bo przecież:
miasto jest w człowieku
prawie tak jak drzewo
w odlatującym z drzewa ptaku
(s. 70).
Dzięki temu, że jednocześnie „pozostał” i „odleciał”, albo inaczej, dzięki temu, że tak jak w odlatującym ptaku pozostało w nim Sāo Luis – do Maranhāo, mógł nas poprowadzić przez te wszystkie uchyłki i zaułki ludzkiego istnienia, przez zachwyt i obrzydzenie. Gullar sprawia, że musimy się umniejszyć, schylić pokornie głowę, dostrzec to, co przyziemne, również po to, by zobaczyć gwiazdy:
Pełźniecie wraz ze mną
przez tunele utajonych nocy
pod rozgwieżdżonym niebem ojczyzny
między lśnieniem i trądem
(s. 9–10).
I tak obok trądu jest i lśnienie. Wiersz dotyka trzewi istnienia, nie może się więc nie pobrudzić, a jednak tylko w ten sposób może namacalnie opowiedzieć przeszłość i ludzki los, może spróbować uchronić czas przed gniciem i sprawić, że z tego, co mętne, wydobywa się:
jasne jasne
więcej niż jasne
rzadkie
błyskawica rozświetla kontynenty minione
(s. 17),
wydobywa się to, co świetliste i białe. Kolejna perła. Brud jest tu bowiem drogą do oczyszczenia.
Na koniec nie mogę nie wspomnieć o tym, jak odważnie i mądrze przez Brudny wiersz przeprowadza nas tłumacz. Powyżej powołuję się głównie na to, co robi z wierszem poeta, piszę, że szuka właściwych słów, ale w każdym przekładzie poezji tym, kto szuka właściwych słów, odpowiedniej materii dla wiersza, tym, kto na równi z autorem zszywa „cielsko” wiersza, jest przecież również tłumacz.
Tłumacz, który w swoich poszukiwaniach jest ograniczony znaczeniem, brzmieniem, rymem, melodią utworu i musi podejmować czasem karkołomne wybory. Brudny wiersz miał szczęście do tłumacza, bo Lipszyc „teleportował” do polszczyzny ten poemat w taki sposób, że tekst zachował znaczenie, a nie utracił nic ze swojej melodyjności, lekkości, intrygujących gier językowych czy rymowanych wtrętów. Te decyzje czasem oparte są na subtelnościach, czasem na śmiałych wyborach. I tak „Contra o muro / escuro” zostaje przełożone na świetnie brzmiące „przed ścianą / ściemniałą”, zamiast „przed ścianą ciemną”, a „azul / era o gato / azul / era o galo / azul / o cavalo azul / teu cu” dostaje się do polszczyzny jako migotliwa, rytmiczna wyliczanka „niebiesko / było kotu / niebieski / było kogut / w koniu / niebieskie życie / niebiesko w twoim odbycie”, a nie jako zwyczajne: „niebieski / był kot / niebieski / był kogut / niebieski / koń niebieski / twój odbyt”. Tych tłumackich decyzji i wyborów na przestrzeni poematu jest ogrom. Nie dałoby się ich tu wszystkich przytoczyć, ale wspomnę jeszcze o jednej. W oryginale stoi tak:
corpo-facho corpo-fátuo corpo-fato.
Dosłownie mogłoby być:
ciało-belka ciało-głupie ciało-fakt,
ale dzięki Lipszycowi mamy:
ciało-opał ciało-pustota ciało-istota
(s. 14).
Materia wiersza staje się cielesna, bo ciało to też opał – potrafi rozgrzewać i rozpalać. Dzięki Gullarowi i Lipszycowi w polskim Brudnym wierszu pali się ogień, który ja tutaj tylko składam.
* Fraza „składam ogień” pochodzi z wiersza Patryka Kosendy wolałbym tak z tomu Robodramy w zieleniakach, o którym to wierszu pisałam w kwartalniku KONTENT, w rozpoczynającym ten cykl tekście.
[1] Ferreira Gullar, a właściwie José Ribamar Ferreira, to jeden z najważniejszych autorów brazylijskich XX wieku, poeta, eseista, krytyk literacki, autor sztuk teatralnych. Niezwykle ciekawie o jego poetyckiej drodze pisze Łukasz Kraj w zamieszczonym w Brudnym wierszu świetnym posłowiu, wskazując, że poemat ten stanowi apogeum twórczości Gullara, a w książce spotykają się jego poprzednie ścieżki ideowe i poetyckie: ta związana z eksperymentem i konkretyzmem, i ta, której kwintesencją było zaangażowanie polityczne i społeczne. Cieszy więc ogromnie, że jego poezja doczekała się wreszcie przekładu na język polski, i to przekładu z najwyższej półki, którego autorem jest Michał Lipszyc.
Apendyks: fragment Brudnego wiersza Ferreiry Gullara
Ach, moje miasto zielone
moje wilgotne miasto
pod nieprzerwaną chłostą wiatrów
szepczących twoje dni na progu oceanu
moje miasto dźwięczne
huraganowe kule
które toczą się w szale przez punkty widokowe
przez boiska do piłki nożnej
zielone zielone zielone zielone
ach, cień który szepcze za mną
gdy go wlokę przez inne ulice
Głęboko wpada błyskawica
twoich wód w moje ciało,
tak głęboko wpada i rozlegle
a ja wydaję się sobie zbyt mały
na tyle śmierci i żyć
które rozpościerają się
w ciemności blasków,
w moim karku,
w moim łokciu, w arkadach uzębienia,
w grobie ust
na scenie niespodziewanych
zmartwychwstań
(moje miasto
śpiewne)
mroków o których już nie wiem
czy są twoje czy moje
ale w jakimś punkcie ciała (twojego ciała?
mojego?)
lśni
jaśmin
choć brudny od skąpej radości
rządzącej tą pustą ulicą
pełną cieni i liści
Tryskają strugi ścieków
i wloką mnie po twoich rynsztokach
pod krawatem i w marynarce
Staję w twoich lustrach
widzę ciebie w twarzach minionych
widzę ciebie w swoich licznych twarzach
noszonych straconych stłuczonych
odzwierciedlony
nieodzwierciedlony
i margerytki czerwone
które wisiały nad stawem:
wpada głęboko
błyskawica twoich wód w zawrocie
głowy od białych głosów ech mleka
letniej śliny na członku
ciała które szuka ciała



