Agata Puwalska - Składam ogień* #1
- 2 dni temu
- 13 minut(y) czytania

[nie umiem wam pomóc pokochać tych kwiatków. Jeżeli mnie także nie poruszy ich obecność, czyli w 80 zdań wokół TO JAK I NIC RIP by PIOTR JANICKI]
U Janickiego chyba nie można zacząć od wiersza. Trzeba zaczynać od życia, od zdjęć co jakiś czas wrzucanych przez poetę na Facebooka, na których fotografowany obiekt zdaje się być za każdym razem czymś innym, odległym od swojej istoty. Żywe staje się martwym, człowiek rozmazaną zjawą, ruch chmury niekończącym się tunelem, filar podpierający strop snopem światła, a diabelskie koło przypomina stację kosmiczną, wirującą gdzieś w przestworzach wszechświata. Wszystko wydaje się nie przystawać do rzeczywistości i przyjmuje kształt inny, niż ten podarowany mu przez naturę.
I tak jest też z poezją Janickiego – trudno ją uchwycić, bo powaga nie jest powagą, a wzniosłość wzniosłością, bo banał zyskuje ciężar, codzienność powab, rutyna głębię, a śmiech finiszuje smutkiem. Najnowsza książka Janickiego TO JAK I NIC RIP, zawierająca praktycznie wszystkie jego wiersze (również te, które nie znalazły się we wcześniej wydanych tomach), zdaje się jeszcze tę tezę potwierdzać, począwszy od tytułu, który jest anagramem imienia i nazwiska poety, przez układ (wiersze z różnych książek zostały oderwane od swoich korzeni i z rozmysłem „przesadzone” w nowe miejsca), a skończywszy na pojedynczych utworach.
W TO JAK I NIC RIP nie ma rozróżnienia na wczesnego i późnego Janickiego. Janicki jest jeden i jednocześnie jest ich wielu, poszatkowanych, odmienianych przez kolejne formy i struktury, przez nieprzystające do książek rozdziały, na które zbiór jest podzielony. Każdy z rozdziałów tej książki jest jakby innym wątkiem, innym kątem widzenia, reflektorem oświetlającym odmienną drogę. I choć – biorąc pod uwagę rozmach i ogrom tej poezji – próba uchwycenia całości jest karkołomna, to jednak chciałabym prześledzić choć kilka najważniejszych dla mnie wątków. Zbiór otwiera wiersz W 80 słów dookoła świata, spróbuję więc śladem Janickiego (jak również Verne’a) odbyć podróż w 80 zdań wokół TO JAK I NIC RIP.
kwiaty – czas
(oczywiście kwiaty, wokół dużo kwiatów)
Wiersze Janickiego to ścieżki, które rozchodzą się w różne strony, mylą i wikłają czytających; to ścieżki, którymi ktoś nas ciągle wyprowadza w pole, a tam jest lato, pora żyzna, więc życie – bo te wiersze ciążą ku istnieniu i życiu; tam wreszcie są i kwiaty…
Czym są dla Janickiego kwiaty? Niekoniecznie albo nie tylko rośliną. Choć z pewnością ich pobudzające zmysły zapachy i barwy, podobnie jak ich piękno, są nieodłączną częścią tej poezji, to czasem obecność kwiatów w niektórych miejscach w wierszu, w sąsiedztwie określonych słów, może sugerować, że poeta wyznaczył im jeszcze inną rolę. W utworze Cień Janicki pisze tak (cytuję z omawianego tomu):
Gdzie przez ciasne bramy przechodzą słonie i gdzie piętra chmur nad ptaszętami,
Tam nie spałem i nie przeciwko sobie, a dla nocy nie spałem
(oczywiście kwiaty, wokół dużo kwiatów)
(Cień, s. 83).
Kwiaty, choć wzięte w nawias, są oczywiście niezbędne, by dostać się do tego pomyślanego, wyobrażonego miejsca, w którym przestrzeń jest elastyczna, a prawa fizyki niekoniecznie ograniczają; takiego, w którym brak snu jest działaniem wbrew, ale nie wbrew sobie, a wbrew nocy, wbrew jakiejś bliżej nieokreślonej ciemności. Kwiaty są więc swoistym wehikułem, przenoszącym do miejsca, w którym się nie śpi, tylko żyje. Nie śni na jawie, a doświadcza, choćby śpiewu ptasząt.
Doświadczenie u Janickiego bywa groteskowe i nieporadne, czasem nawet absurdalne:
(…) Na jej wypłowiałej zieleni [koszulki – A.P.] machał nam spomiędzy kwiecia bajkowy krecik i dalej nam macha, kręcąc się w pralce jak w diabelskim młynie.
(Kwiatki, s. 383),
ale wciąż jest namacalne, prawdziwe, nawet jeśli obecne w wierszu tytułowe „kwiatki” są tylko kwiatkami na koszulce, ozdobą krecika, który dopiero co – wraz z koszulką – trafił do pralki (udającej diabelskie koło, oczywiście).
Bywa, że kwiaty odgrywają rolę miejsca, raczej przestrzeni niż przedmiotu: „i w każdej sekundzie mi/ jak w wejściu do wodnego kwiatu” (Trójnóg języków ognia języków fal, s. 91), a bywa, że stają się specyficzną współrzędną, blisko spokrewnioną z czasem koordynatą zdarzeń:
(…) większość godzin rozbłyska obok nas,
kwiaty narwane w zeszłym roku
na serio określiły tamte, których nazrywamy w następnym,
cierpiąc w upalnym dniu
na nieostrej granicy
między czymś trwałym i czymś niepewnym
(Trzy flakony, s. 58).
Kwiaty ze swojej natury funkcjonują bowiem na granicy między trwałością i ulotnością, podobnie jak czas, którego upływ, choć potrafi nas trwale doświadczać, bywa jednocześnie niepewny i niemierzalny. Czas u Janickiego nie jest czasem dokładnym i policzonym, czasem zegarów atomowych, przeciwnie – to czas, który „jeździ windą w opuszczonym mieście” (Jeden z wieczorów, s. 273), który cofa się i rozciąga („że to, co bardziej rozciągnięte w czasie,/ z większą siłą kokosi w naszych głowach się?” z Po ciemku [w jasnym pokoju], s. 33), by nagle skupić całą wieczność w jednym momencie:
lecz ten widok chwili
niosącej ostrożnie szklankę na tacy jak wieczność
wytrącił mnie z powagi (...)
(Zdrowia, s. 67).
Janicki nie poważa czasu, raczej droczy się z nim, pisząc wiersze-apostrofy do „godziny” albo „dnia” („Czy odczuwasz piękno, którym jesteś?/ Jakie są twoje przyjemności?”, „I czasem myślę o tobie tak intensywnie, że mieszasz mi się z czymś innym” z Dniu, s. 261). Zdarza się, że celebruje czas, doceniając wieczory, „(...) których naprężenia równoważą się,/ których immanentny niepokój wiesza się na swobodnych filarach” (Jeden z wieczorów, s. 273). Innym razem: „Zapatrzony w cuda/ wpływa[m] od jakiegoś czasu do jego zatoki/ W nocy stawia[m] słoniowate kroki na krawędzi uczuć” (Między przebudzeniem a zaśnięciem przynieście mi moje szepty ulgę języków ognia języków fal, s. 93) , a uczucia w tej poezji są ważne, bo:
Gdy jem nasiona nasturcji w marynacie,
nie umiem wam pomóc pokochać tych kwiatków.
Jeżeli mnie także nie poruszy ich obecność
(Zupełnie jakby wsłuchać się w płynący rzeką lód, s. 44).
Kwiat nie zawsze może stać się pokarmem, zwłaszcza jeśli nie wywołuje poruszenia, tej zmiany w uczuciach, odzwierciedlającej prawdziwe życie, przeżywanie, a nie wegetację. Poezja jest wtedy, kiedy „serce” drgnie – a Janicki serce ma „okropnie łamliwe” (Brudna gadka, s. 173), chociaż warto pamiętać, że „serce” jest też jednym z istotnych napędów jego wierszy:
Dużo z tego, co wymyśliłem,
zrobiłem z potrzeby serca,
trzymając się słów „łudząco podobne”
(Zupełnie jakby..., s. 44).
świat – teatr
(Wymyśliłem świat, który przerósł mnie i wybuchnął tysiącem niedostępnych mi drgań)
Co jest „łudząco podobne”, chociaż nie tożsame? Co Janicki wymyśla i czy rzeczywiście to robi? W wierszu Wasz człowiek [fragm.] pisze tak:
Oto staję przed wami […]
Będę dziś mówił wierszem […]
Od kiedy zacząłem prowadzić uroczystości,
poprzysiągłem nie zdejmować opończy,
dopóki nie ogarnie mnie
już po wszystkim
tajemnica kapłaństwa
(czy czegoś podobnego,
co mi się już wcześniej kilka razy zrobiło)
(Wasz człowiek [fragm.], s. 208).
Janicki jest więc „naszym człowiekiem”, człowiekiem tych, którzy czytają jego poezję, a czytając ją, uczestniczą w uroczystości – w przedstawieniu, misterium, w którym rolę kapłana odgrywa poeta. Uderzające dla mnie w tym wierszu jest ustawienie sceny, rozpoczynające się od słów „Oto stoję przed wami”, a następnie gest, jakim jest mówienie (nie pisanie!) wiersza. Bo Janicki – kapłan – z tych wierszy do nas przemawia, nie pozwala nam ich czytać. Musimy je wprost z książki wysłuchać, a może nawet więcej – w pewien sposób przeżyć, celebrować, bo przecież, jeśli Janicki odgrywa rolę kapłana, to my jesteśmy nie tyle widzami, co uczestnikami misterium, wiernymi w jego kościele.
Do czego to prowadzi? W jakim celu ten teatr? Powtórzymy może pytanie, a pojawi się odpowiedź. Zatem, co Janicki wymyśla?
Wymyśliłem świat, który przerósł mnie i wybuchnął tysiącem niedostępnych mi drgań, chociaż sięgałem uchem aż na jego drugą stronę.
(Wymyśliłem świat, s. 9)
Janicki wyznacza sobie rolę twórcy, ale twórcy nie byle jakiego, bo nie twórcy wiersza czy literackiego dzieła. Wyznacza sobie rolę ponad wszystkie inne i staje się stwórcą świata. Stwarza nie na polecenie czy zamówienie, ale „z potrzeby serca”, przy czym to, co stwarza, nie jest prostym odbiciem, choć jest „łudząco podobne”. A jednak – i to jest niezwykle cenne – od razu siebie jako stwórcę umniejsza. Nie jest stwórcą wszechwiedzącym, bo wymyślony, wykreowany przez niego świat go przerasta, a w jakimś stopniu pozostaje nawet dla niego niedostępny. Niektórych drgań Janicki-stwórca nie poczuje, nie usłyszy, choćby „sięgał uchem na drugą stronę”.
W jaki sposób udaje mu się zatem przekroczyć siebie, wyjść poza własne doznania i doświadczenia? Czy ta teatralność, która z założenia jest sztuczna, koturnowa, pełna patosu, nie powinna negować prawdziwości tego, co powstaje? Czy nie powinna ograniczać aktu kreacji?
A jednak tak się nie dzieje. Janicki patosu w ogóle się nie boi, bo umie go świetnie kontrować, najczęściej poczuciem humoru („Chcę do was mówić patosem ułamanym jak szparag (...)” ze Skargi, s. 404), ale również zaskakującą pointą, tak jak w Historii patosu. Zakończenie (s. 170), w której – po rzekomo poważnych rozważaniach na temat wagi, przydatności i występowania patosu „w przyrodzie” – pojawia się zdanie „Czytała Krystyna Czubówna”.
Janicki pisze „(...) Lubię/ teatr. Mogę dowolnie interpretować zagrane w nim zdarzenia i emocje” (ta godzino., s. 15), i trzeba się z tym zgodzić, bo paradoksalnie teatr jest dla niego medium bardzo naturalnym, a wiersze-sztuki z książki 13 sztuk bez problemu wtapiają się między inne i grają z nimi na tych samych zasadach. Teatr jest więc jakimś rodzajem swobody i wolności, przestrzenią, w której dużo może się wydarzyć, bo „(...) cała masa podobnych figur jest do odegrania przez jednego aktora” (5. Coś podobnego, s. 381)
W pewnym sensie teatr w poezji Janickiego wydaje się być nieodłączną właściwością samego świata: „Jezioro gra swój teatr” (Śmierć pieśń, s. 80) i w tym kontekście teatralność jawi się bardziej jako starogreckie misterium prowadzące do katharsis, niż jako sztuczność czy konwencja. Z kolei uczestniczenie w „teatrze świata”, w tym powszechnym misterium, to nie tylko mówienie ze sceny do innych, lecz również czerpanie ze świata i drugiego człowieka:
(…) a jeszcze fajniej, że dałem się ponieść uczuciom tych szeptów, jakby pochodziły ode mnie.
Wcześniej czy później zauważyłem sycącą mgłę między mną i dalszym brzegiem rzeki, bo ufam teraźniejszości, której zazdroszczę.
(Wiersz w świecie, s. 259)
Janicki – stwórca i kapłan, ale też Janicki-poeta wsłuchuje się w głosy innych, nie tracąc własnego, dzięki czemu rozszerza perspektywę, zarówno swoją, jak i – co może ważniejsze – wiersza:
Ja i chyba każdy ma coś do powiedzenia w tym świecie.
Powinno się brać pod uwagę zdanie innych.
(Wiersz protestu, s. 359),
albo:
Człowiek, jak pierwszy poruszyciel, chciałby to czy tamto.
W obu wariantach możliwy jest świat (...)
(Dumna zmierzanina, s. 341).
Wymyślany i w pewnym sensie równocześnie przeżywany świat jest więc zawsze jednym z wielu wariantów, jedną z wielu sztuk do odegrania, przećwiczenia, pomyślenia, a w związku z tym za każdym razem musi się wydarzyć inaczej, bo za każdym razem kreacja jest inna, bo za każdym razem inaczej odprawiane jest misterium:
Każdy nowy świat, który przeciąga we mnie, przy pomocy tych samych gestów też
jest nie do wykarmienia (...)
(Pytanie, s. 334)
Jednak chyba największe przekroczenie w tej poezji polega na świadomości odgrywania roli i jednoczesnej wierze, że rola jest nie tylko rolą, lecz prawdą, na jednoczesnym współistnieniu myśli i emocji, jak w otwierającym fragmencie Wiersza protestu (s. 359):
W takim jednym bezemocjonalnym uczuciu ujrzałem świat, którego granicą był z lewej strony dar, natomiast z prawej daremność.
Tylko takie współistnienie pozwala w jednej chwili zobaczyć i poczuć zarówno dar, jak i daremność świata.
wiersz – życie
(Ledwie spadłem z nieba i już mam rozmaite pomysły, wśród nich pomysł na ŻYCIE)
Więc książka jako scena, a wiersz jako aktor, z którego czasem (s)twórca sobie żartuje:
w sobotę chciałem, żeby wiersz był śmieszny
i w tytule zrobiłem błędy7 gramatyczne
teraz chcę, żeby był dobry
i wstawiam symbol podniesionej brody
Ώ
__________
7 trzy
(Książki są brudne, s. 112).
Jeśli symbolem „podniesionej brody” jest omega – ostatnia litera greckiego alfabetu, która przecież symbolizuje też Boga oraz początek i koniec wszystkiego, to znaczy, że Janicki świetnie się bawi, a my, uczestnicy misterium, bawimy się razem z nim, bo w końcu „Poezja jest też zabawą/ zabawą a zabawą powtórzeń” („Der wahre Künstler kennt keinen Stolz”, s. 188). Pisząc lub czytając można na początek i koniec wszechrzeczy zareagować dumnym podniesieniem głowy, bo w końcu jest się ponad to, ponad wszystkie początki i końce, a jeszcze lepiej, „(...) gdyby poezja w następnym roku wciąż potrafiła wyrzucać tylną nogę ponad głowę” (s. 333). Przecież głowa może ograniczać, dlatego trzeba sięgnąć wprost do serca, by stwierdzić, że:
Dojrzałe wiersze wyglądają jak gmachy muzeów
na pastwisku pośród porozrzucanych kup.
(Serce, s. 38).
Jakie są te „dojrzałe wiersze”, te „gmachy muzeów”? TO JAK I NIC RIP zawiera całe ich spektrum. Bywają bardziej klasyczne, o średniej budowie, zdarzają się też długie i chude, tuż obok bardziej rozległych. Są też prózki poetyckie i wiersze mini-sztuki, pojawia się nawet jeden ślimak. Są w tej książce wiersze krótkie i w punkt, ale też retoryczne, pisane szeroką frazą, która zbacza w kolejne rejony zwątpień i zachwytów, sama sobie przeczy, czasami rozstrzyga wątpliwości, lecz częściej zawiesza głos tylko po to, by siebie zakwestionować.
Nie w retoryce jednak drzemie prawda, a w drobiazgach. W tych wszystkich niepasujących detalach, które budują opowieści, w codzienności, śmiesznostkach wynoszonych do mistycznej rangi:
Wybiegłem z domu po miętę / trawa była wilgotna // liście wrzuciłem do dzbanka / na
zewnątrz szczebiotały ptaki / wyjrzałem na balkon żeby je uciszyć / natchnione źródło
zmiany
(Połowa lipca, s. 258),
Gdy Kamila śpi,
zjadam jej pudding.
(Ciemny wiersz, s. 218),
1. Gdy tak jechałem rowerem po lesie, to przypomniała mi się kardynalskiej czerwieni
wykładzina z mojego pokoju w mieszkaniu na Zagumiennej.
(Barszcz, s. 360).
Tam drzemie prawda. Janicki o tym wie i tam jej szuka, dla zmyłki tylko podsuwając kolejne obroty zdań, przetaczanie się wersów. Poezja jest też bowiem:
slalom[em] między bramkami
które niewątpliwie są
(„Der wahre Künstler kennt keinen Stolz”, s. 188),
choć może w pierwszej chwili niekoniecznie je widać. Napięcia w tej poezji są subtelne – rozdarcie leży gdzie indziej, nie w ostrych kontrastach, nie w wyrazistych przeciwieństwach, a w harmonii, w jakimś nieoczywistym przymusie celebrowania życia, nawet w tych nudniejszych i zwyczajnych jego odsłonach:
Na kromce razowego chleba
ułożyłem kostki masła.
(…)
Staram się być modny –
często używam przerzutni
(Moja kanapka, s. 103).
I nawet jeśli dużego starania wymaga rozpoznanie w układaniu kostek masła na kromce pewnej formy artyzmu, to przecież formą artyzmu jest też po prostu dla Janickiego samo życie: „Intuicja Doskonałego Życia/ (tak zresztą kiedyś nazwę moje życie)” (Zdrowia, s. 67). Ta intuicja niekoniecznie musi być zbieżna z myślami, bo choć prawie każdy przecież życzy sobie długiego i szczęśliwego życia:
Długie, szczęśliwe życie jako rezultat myślenia o tym, żeby żyć długo i szczęśliwie,
myślenia o innych, żeby w domu były płatki i coś słodkiego.
(Życie, s. 285),
to u Janickiego w tym zaklinaniu, w tym afirmowaniu, by coś się wydarzyło, jest jednak ukryta ironia, ale też i obawa, bo w końcu nie każde życie musi być udane, jak pisze w wierszu Nie goń swojego latawca:
Ledwie spadłem z nieba i już mam rozmaite pomysły, wśród nich pomysł na ŻYCIE, które nie musi się udać; (...)
(Nie goń swojego latawca, s. 372).
Ten pomysł na „ŻYCIE, które nie musi się udać”, niesie w sobie jednak dużą dozę wyzwolenia od lęków, od niepożądanego wartościowania: dobre, lepsze, od sprowadzania życia do jakiegoś egzaminu, który można zdać na wyższą bądź niższą ocenę, gdy tymczasem życie – to pisane wielkimi literami, to prawdziwe, zupełnie się od tych kategorii oddziela. Po prostu jest: wielkie i pełne, samo w sobie wartościowe, ponad wszystkie przymiotniki i opozycje, takie jak: długie – krótkie, szczęśliwe – nieszczęśliwe, udane – nieudane. Bo w każdym życiu wszystko się tak naprawdę mieści, bo w każdym jest tak naprawdę wiele bardzo różnych żyć, jak pisze Janicki: „BO nie żyję jednym życiem”.
dusza – kwiaty
(Czy nie za często mówię o tym, czego inaczej nie ma)
Ale czy na życiu kończy się ta poetycka opowieść? Czy nie próbuje ona wykraczać poza, ponad, albo też sięgać w głąb? Janicki pisze:
Czekam na światło z oddali;
tam gdzie zakłuje mnie,
tam ja zanurzę się.
(Gliniane dzwoneczki, s. 75)
I rzeczywiście jest w tej poezji zanurzenie, sięgające jednocześnie ponad życie i głębiej niż wspomniane „serce” (odpowiadające raczej uczuciom). To sięganie o wiele bardziej ryzykowne, bo dotykające elementu z jednej strony ściśle związanego z człowieczeństwem, a z drugiej w pewnym sensie już wypartego, o którym wspomina się niechętnie. Chodzi mianowicie o sięganie do duszy:
na nasze nieszczęście o duszy przestaliśmy rozmawiać akurat wtedy, kiedy
uwiązana łańcuchem do ciała jak pies do budy fikała coraz wyższe koziołki.
(*** [Dopiero kiedy ludzie…], s. 312)
albo:
Ducha w sobie w każdym razie rozdusiłem i dużo w nim miąższu.
Tak dużo w nim ciemnego miąższu.
(Pieczeń i mrożonki, s. 330).
Janicki podchodzi do duszy z dużą dozą humoru, można by powiedzieć, że „biedną” duszę na swój sposób „roastuje”, a jednak zza tych wszystkich żartów i wygłupów wyłania się jakaś tęsknota za metafizyką i transcendencją, nawet jeśli sam Janicki-kapłan nie do końca wierzy („Czy nie za często mówię o tym, czego inaczej nie ma (...)”, Pytanie, s. 334) i jeśli swoje tęsknoty jednocześnie kontruje:
Tylko po co stwarzałem ciało. To znaczy ducha, po co stwarzałem ducha.
No i jaka to właściwie różnica… (...)
(W 80 słów dookoła świata, s. 7)
Mimo wszystko ta tęsknota za czymś więcej, co wykracza poza fizyczność świata i ciała, poza samego człowieka, jednak w tej poezji pobrzmiewa:
Czuję Twoją obecność, mój sceniczny inżynierze, zwykle tylko udając, że nie
Istniejesz, aby moje sztuczki i najszlachetniejsze porywy duszy cieszyły się
większą estymą.
(Czuję, s. 367)
I to ona właśnie pozwala wierzyć, nie wierząc, pozwala odprawiać to misterium życia i wiersza, świata i człowieka, który, żeby dostać się do Nieba, musi stać się „zawieszonym na strunie kwiatem” (s. 202). Janicki kokietuje: „Jestem od prostych olśnień” (s. 166), ale te „olśnienia” tylko pozornie są proste, a tak naprawdę u ich podstaw leży coś bardzo trudnego do pojęcia:
Piaszczysta, słoneczna radość, radość i jej naśladowczynie ratują przed zniszczeniem
zdziwienie, tak jak zdziwienie wcześniej naprawiło zniszczone patrzenie; (...)
(Eseje wybrane, s. 378)
Obecne w tej poezji radość i zdziwienie ratują i naprawiają „zniszczone patrzenie”, dzięki czemu pozwalają dostrzec „bezczasowy[m] wymiar[ze] piękna, którym jest istnienie” (z Najsmutniejszego wiersza kiedykolwiek, s. 401).
Nie pozostaje mi nic innego, jak uczestniczyć w tym misterium, słuchać jak „kwiaty mówią” (s. 37), składać „języki ognia”, składam więc ogień.
_____________________________________________________
*Fraza „składam ogień” pochodzi z wiersza Patryka Kosendy wolałbym tak z tomu Robodramy w zieleniakach, o którym to wierszu pisałam w pierwszym odcinku tego cyklu (jeszcze na łamach „Kontentu”).
Apendyks wierszowy z Piotra Janickiego
Zupełnie jakby wsłuchać się w płynący rzeką lód
Dużo z tego, co wymyśliłem,
zrobiłem z potrzeby serca,
trzymając się słów „łudząco podobne”;
gdy jem nasiona nasturcji i czuję, jak oddala się lato,
krowy pasące się w blasku słońca,
owady zapalające blaski trawy,
mam uwagę:
Gdy jem nasiona nasturcji w marynacie,
nie umiem wam pomóc pokochać tych kwiatków.
Jeżeli mnie także nie poruszy ich obecność,
cóż, takie rzeczy powinno się było
wiedzieć chyba wcześniej.
Zdrowia
Intuicja Doskonałego Życia
(tak zresztą kiedyś nazwę moje życie)
nie trzyma się na razie kupy.
Siedząc za kierownicą chmury, chciałem do was pomachać,
lecz ten widok chwili
niosącej ostrożnie szklankę na tacy jak wieczność
wytrącił mnie z powagi, Gdyby po czymś pewnym
zostawał jakiś nalot, jak szron na gałęziach
nieprzebranego bogactwa Pani Kierownik
(tak właśnie nazwę kiedyś moją intuicję),
dowiecie się o tym pierwsi.
Wiersz protestu
W takim jednym bezemocjonalnym uczuciu ujrzałem świat, którego granicą był z lewej strony dar, natomiast z prawej daremność.
Najwłaściwsze myśli są takie zaskakujące; myśl dojrzewa, odrywa się od swojego drzewa i masz niecałą sekundę, żeby ją zapamiętać.
Ja i chyba każdy ma coś do powiedzenia w tym świecie.
Powinno się brać pod uwagę zdanie innych.
Najsmutniejszy wiersz kiedykolwiek
Po niektórych dniach robi się tak ciemno, że przestają istnieć cienie i panuje taka
cisza, że można pomyśleć o swojej zgodzie na to, co się wydarza, jak o czymś
najprędszym na świecie, co na obrazku przedstawiane jest wizerunkiem
lamparta, natomiast w perspektywie wieczności historią dostatniego życia.
Jestem tu, żeby uporządkować myśli, ponieważ czasami wszystko mi się pierdoli,
bo trochę mi świecie zawracasz dupę swoim nielitościwym punktem widzenia.
I naprawdę na mnie czekasz w tym tak ulotnym, że właściwie bezczasowym
wymiarze piękna, którym jest istnienie?




