Piotr Sobolczyk - Białoszewski: pisarz wyobraźni analnej? (Notatki)



moodboard, Mariusz Maślanka



Niniejszy tekst jest appendixem do rozprawy analizującej stabuizowany przez badaczy, a silnie obecny i systematycznie podany wątek analny w Pamiętniku z powstania warszawskiego[1]. Pokazuję tam chrono-topologię wędrówki pisarza przez powstańcze miasto i później, omawiając kolejne toalety i sposoby organizacji wydalania w realiach wojennych, konkluduję, że Białoszewski jest autoetnografem i artystą-antropologiem raczej niż skandalistą fizjologicznym. Pokazuję rozmaite kulturowe mity związane z analnością i wydalaniem. Pamiętnik… jest najpełniejszą, bo skoncentrowaną prezentacją analności u tego pisarza, ale i w dziełach wcześniejszych oraz późniejszych występują rozproszone, nierzadko bardzo ciekawe ujęcia. Przedstawię tu metodą punktowych analiz-notatek kilka najciekawszych, co listy „miejsc” wszak nie wyczerpuje.


Na postawione w tytule pytanie odpowiadam twierdząco – Białoszewski jest wychylony na plus w stosunku do „polskiej normy kulturowej” w zakresie analności. Jest wychylony także w stosunku do polskiej literatury queerowej, wraz z Jerzym Andrzejewskim[2] stanowiąc dwa najmocniejsze czy najjaśniejsze (?) filary w tym aspekcie (choć na pytanie, czy polska literatura queerowa także jest wychylona in plus w stosunku do ogólnie pojmowanej polskiej literatury, nie podejmuję się odpowiedzieć).


1. Cudze to „nieelegancko”. W Dzienniku we dwoje znalazł się zapis zaprzeczający niejako całej „antropologii wydalania” w Pamiętniku…, jaką opisałem. Oto po trzech miesiącach pisania dziennika przez Jadwigę, Miron daje taki komentarz–wskazówkę (opatrzoną adnotacją „już od progu woła”): „- O sraczkach nie pisz w dzienniku, przynajmniej o mojej. To nieelegancko. O swojej to możesz sobie pisać. Chociaż też radzę przykrócić. Kiszka i kiszka”[3]. „Przyganiał kocioł”, rzec by można: przecież to na Mirona obraził się Staszek za scenę „kiblową” w Pamiętniku…: „Staszek akurat siedział w ubikacji. Już bomby. Jakoś w nas nic. Staszek schodzi po iluś minutach: - Wiecie, że jak siedziałem na sedesie, to ten cały sedes chodził razem ze mną i z całym piętrem... Ale jak....[4]. Takie mogło być też podłoże (przynajmniej po części) obrazy Swena. Choćby za taki fragment: „wielka sraczka. Wiem, że najpierw Swen zaczął latać. Do wychodka na podwórku. Z trzeciego piętra. I to co i rusz. Sraczka i rzyganie. Wielkie. To i to”[5]. Mylące byłoby też stwierdzenie, że „z wiekiem” pisarz złagodniał stylistycznie – cytowany zapis dziennikowy pochodzi z 1975 roku, a więc co prawda siedem lat po powstaniu zaakceptowanej do druku wersji Pamiętnika…, ale też rok po zawale i powstaniu „na gorąco” prozy szpitalnej Zawał, gdzie pisarz poszedł przeciwnie, o krok dalej w tzw. wulgarności i skatologii; a dwa lata przed publikacją książkową tej prozy (w istocie proces jej opracowywania redakcyjnego jest omawiany w dzienniku Jadwigi). A może w pisarzu odezwał się chochlik genderowy, naszeptujący, że on jako mężczyzna ma prawo do większej wulgarności, „męskiej gadki”, a kobieta ma prawo mniejsze? Gdyby Białoszewski miał rację co do dziennika swej przyjaciółki – że „kiszka i kiszka” – to krytykowałby, podobnie jak przed laty Żukrowski w recenzji wydawniczej Pamiętnika, że to „pamiętnik przewodu pokarmowego”[6]. Żukrowski się mylił; myli się Białoszewski, „dziennik we dwoje” to nie „dziennik mój i mojej kiszki”, „ja z jednej strony i ja z drugiej strony mej kiszki”.


2. Traumatyczny flashback a tergo. W Tajnym dzienniku pisarz zanotował sen dziejący się zupełnie współcześnie, więc i dający się odczytać jako odnoszący się do lat 70. Jednak opis wychodka przypomina opisane przeze mnie wyżej sceny „zbiorowej organizacji wydalania” w realiach powstańczych i wojennych, a przez to – przez ten szczegół, wątek – każe postawić pytanie o możliwy (traumatyczny?) flashback we śnie (co jest o tyle wyjątkowe, że większość możliwych do rozpoznania tramuatycznych, wojennych flashbacków u pisarza akurat nie wiąże się z wydalaniem)[7].


Wreszcie szukam wychodka. Uniwersytet czy ubezpieczalnia. Na dole nie. Piętro. Korytarz niewielki, drzwi białe. Te nie. Te nie. Jest. Ooo. Wchodzę. Pewnie będzie malutki. Nie. Ileś kabin. Brudnych. Nawet bardzo to wszystko wielkie. Zaniedbane. Tam ktoś jest, tam ktoś… Tu czeka. W ścianach dziury. Wchodzę do jednego sracza, tam za dziurą baba zapina spodnie, wychodzi. Chcę się zamknąć. Nie idzie. Palto zawiesiłem. Widzę, szpara ogromna. Wychodek straszny. Pełno ludzi czeka. Chcę zasłonić czymś szparę, bo chłop za nachalnie patrzy, bo tak czeka. Wieszam długi zielony szalik, ale belka jest taka czarno pomalowana, kostropata, brudna, że rezygnuję. Dokończę kiedy indziej. Sięgam po papier, czyli po zeszyt do palta. Podłazi mi chłop. Chyba inny. Ja mówię

– Zaraz, gdzie?!

A to nie tylko on, ale i jego żona, elegancko ubrana. Nic, patrzy obojętnie i też

się pcha za mnie do środka. Ja się wściekam

– I gdzie?! Gdzie państwo się pchają? Widzicie, że się podcieram. Do dupy by

wleźli z gównami.

Odchodzą. A ja wiem, że nie wypada, ale dalej wymyślam

– Trzeba się było wysrać gdzie indziej, w domu![8]


Opisana toaleta łączy cechy tych powstańczych – jest bowiem pełna „dziur”, odzierających z intymności, ma wskazywany przeze mnie aspekt „agory”, naraża na patrzenie oczekujących. Przypomnijmy stosowny fragment z Pamiętnika…: „Więc kabiny do kucań wszystkie bez drzwi. [...] Wychodki zawsze wszystkie były zajęte. Więc czekało się na swoją kolejkę. I rajcowało. To, że drzwi nie było, a tylko zawiasy, to nic. Nikt na nikogo nie zwracał uwagi. Ani się nie wstydził. [...] Rajcowało się. Z tymi obok. Co czekali. Co robili kupę. Co już. Co jeszcze”[9]. Ale toaleta wojenna łączy się w zapisie tajno-dziennikowym z inną warstwą czasową, z „czystością” i jakością toalet szpitalnych, o których niżej w osobnym punkcie. Zresztą wcześniej we śnie Białoszewski wsadza w stogi siana [sic!] swój rękopis, co znów zdaje się przebłyskiem sytuacji powstańczej, albowiem jedną z niewielu rzeczy, które przez całe powstanie nosił przy sobie były rękopisy poematów (znów ukrywanie w stogu siana kojarzy się z zakopaniem dokumentów rodzinnych, co pisarz zrobił z ojcem) – oraz książeczka od pobytów w sanatoriach. Może więc chodzić o rękopis Zawału, a może o rękopis niedookreślonego „dzieła”, które w każdym razie wyraźnie łączy się tu ze stanem zdrowia – a to wszystko znów z wydalaniem. Zostaje tu dopowiedziane to, co w Pamiętniku było przemilczane, jak wskazywałem: użycie „zeszytu” w roli papieru toaletowego. To znaczy potencjalnie rękopisu – czego 22-letni Białoszewski wydawał się wówczas obawiać. Jednak to, co było przyjmowane jako naturalny i konieczny obrót rzeczy w realiach powstańczych – zelżenie tabu analności, intymności, publiczne wydalanie – obecnie, w „spokojnych” czasach już przeszkadza, natomiast zniszczenie „rękopisu” wydaje się bezproblemowe, brak tu opisu żalu czy zawahania. Flashback traumatyczny polega tu więc na przeniesieniu doświadczenia przeszłego, ale przeżyciu go jako osoba współczesna, co uwydatnia jednak zasadnicze różnice, tu – rzec by można – wprost lustrzane. Owo lustrzane odbicie, obraz „odwrócony”, a tergo, „od tyłu”, pojawia się też w niesamowitej metaforze „do dupy by wleźli z gównami” (w dopowiedzeniu: cudzej, mojej dupy, ze swoimi gównami) – co nadaje mu wręcz charakter alegorii erotyzmu analnego. Zatrzymanie, odwrócenie procesu fizjologicznego jest oczywiście w ten sposób niemożliwe, śpiący pisarz używa tego wyrażenia hiperbolicznie, aby podkreślić absurd sytuacji. Natomiast w świetle dalszej informacji ze snu, że owa heteroseksualna para ma dziecko i to zdaje się tłumaczyć, czemu musiała skorzystać z toalety (znów: jak w Pamiętniku, gdzie opisano dzieci wydalające podczas bombardowań), metafora ta staje się jeszcze pikantniejsza, albowiem „dzieckiem niemożliwym” jest w tej logice a tergo właśnie „gówno”; ale też może nim być „rękopis”. Choć zaraz pisarz racjonalizuje swoją złość („trzeba było w domu”), bo i on sam równie dobrze „mógł w domu”. Psychoanalitycznie patrząc jednak na owo utożsamienie pisania z wydalaniem oraz dzieła (rękopisu w zeszycie) z gównem, możemy dopatrzeć się tu alegorii autobiografizmu Białoszewskiego. Komunikuje poprzez ten sen nam – bo go zapisał – i sam sobie z głębi nieświadomości, że pokazuje w twórczości tyle, ile chce ujawnić (wiemy, że dużo!), wszak domaganie się więcej jest jak podglądanie go na klozecie, „wpychanie mu się do tyłka” (nb. w chronologii Tajnego dziennika sen ten występuje długo, długo przed zasadniczym coming outem[10]). Może też i nieprzypadkowo opisana toaleta, narażająca na „wpychanie się”, znajduje się albo w „ubezpieczalni” (czyli tam, gdzie załatwia się sanatoria na przykład?), albo na uniwersytecie. Uniwersytet pełen był ludzi, którzy chcieli podejrzeć? Rozkroić, aby był skandal? Którzy nie mogli być świadkami, jak niszczony jest jakiś rękopis (bo chcieliby go przeczytać)? Co było w tym bez mała purloined letter? „Confessiones”? „Confiteor”? (Nawiasem mówiąc, nie wszystkie bruliony Tajnego dziennika się zachowały, choć proszę z tego nie robić sylogizmu). Także i powrót do 22-letniego siebie jest niemożliwy. Za dużo napisał Białoszewski, by żałował jakiegoś rękopisu – za dużo rękopisów dobrowolnie zniszczył – i nazbyt często korzystał z toalet przy zachowaniu prywatności. I jeszcze pendant szpitalne. Przypomnę uwagę Hanny Kirchner, że gdy Białoszewski był w towarzystwie i chciał szybko zapisać coś, co się właśnie wydarzyło, robił to w toalecie[11]. W realiach szpitalnych czy sanatoryjnych (noc, śpiący współpacjenci, pogaszone światła) to właśnie toaleta nierzadko służyła za miejsce twórczości literackiej. Poświadcza to list do Jadwigi Stańczakowej z Inowrocławia, komplementarny wobec relacji z Zawału: „W wychodku na 1 piętrze nie pisałem, bo było za zimno, za ciemno nieprzytulnie. Pisałem tam za to na łóżku przy latarce. Kilka nocy”[12].


3. Szpitalna wulgarność. W Zawale pisarz, może będąc bliżej fizjologii, wprowadza do swojego języka mocniejsze określenia niż we wcześniejszych utworach. Przede wszystkim w Pamiętniku, najbardziej systematycznym pod względem reprezentacji analności, nigdy nie padają słowa „gówno” i „srać” ani żadne ich derywaty; najczęściej używanym tam słowem jest „kupa”. „Wychodek” (określenie takie jak używane dotychczas) najbliżej jego sali jest w złym stanie:


Zalany cały. Trzeci tron zapchany od trzech dni. Pierwszy chodzi cały w posadach, jakby był mleczny, do wypadnięcia. Nie było szczoty ze ścierą, zabrana. Obie kabiny czyste były zajęte. Ktoś już czekał na zwolnienie choćby tej zalańszej. O zapluciu mówić nie warto. Wracam, mówię to swoim, Chrobry coś tłumaczy, że – nie ma gdzie kału oddawać – ja na to – nie ma gdzie wysrać się, a nie oddawać kału! – To oni w śmiech[13].


W innym miejscu zdanie po zdaniu Białoszewski używa wymiennie wersji kulturalnej „ustęp” i „wulgarnej”, niejako je zrównując stylistycznie: „Nie ma tu łazienki, w korytarzu jest wspólny ustęp dla kobiet i mężczyzn. [...] Drzwi do sralni są często nie zamknięte”[14]. Kulminacja „wulgarności” jednak pada przy zestawieniu pożywienia z kałem (a już wizualnie skądinąd bardzo trafna metafora zestawiająca klozet z zębem była sugestywna) – oto Chrobry miał sen, że salowa przyniosła dwie rolki papieru toaletowego i talerz z chlebem; włącza się drugi pacjent, że jemu się śniło, że dostał cztery jajka na talerzu; „- e – ja na to – takie sny, to jawa jest lepsza, poszedłem w nocy do wychodka, a tam na klapie sedesu kula z gówna – dwie! – wykrzykuje nagle rolnik [...] – i to takie spore te kulki, prawie jak jajka – mniejsze – poprawia mnie rolnik”[15]. Jasne, Białoszewski pokazuje, jak w sytuacji abnormalnego zachowania ciała człowiek zwraca większą uwagę na fizjologię, zachowując w mniejszym stopniu tabu; jasne, jest to przykład „humoru latrynalnego”, wyróżnianego przez znawców komizmu jako jedna z istotnych gałęzi[16]; jasne, jest tu rys socjologiczny, jak to źle jest w polskich szpitalach (takich fragmentów jest zresztą bardzo dużo)[17]; mógłby tak scharakteryzowane tematy opisać także i ktoś pozbawiony wyobraźni (śmiałości?) analnej, ale zupełnie inaczej.


4. Lekcja Lu. He. Białoszewski poznał swojego mentora, Ludwika Heringa, podczas okupacji, kiedy był rozpoetyzowanym chłopakiem o skłonnościach romantyczno-ekspresjonistycznych. Co, jak wiadomo, nie bez ironii zaznaczył w Pamiętniku…. Hering kierował jego uwagę w stronę codzienności, potoczności, mniejszej metaforyczności[18], niekiedy nawet tzw. wulgarności. Sam Hering swoją estetykę opierał na naukach Józefa Czapskiego, swojego mentora i partnera życiowego. Znamy z kilku przekazów jego lekcję udzieloną Białoszewskiemu, wykładnię estetyki, która być może przesądziła także i o tym, że Białoszewski zdecydował się ujawnić, dać wyraz swojej wyobraźni analnej w twórczości: „Lu. mi objawiał, że krople w wychodku spadające to większa poezja niż fałszywe nabzdyczenia”[19]. Po latach echem wraca ona w wierszu ogłoszonym w Było i było:


Opowieść Lu. He.


dawno, dawno, na Spokojnej

zapchało się w ubikacji,

zawołali rzeczoznawcę, zbadał,

orzekł:

- za dużo papieru!

za mało wody!

za dużo papieru!

za mało wody!


- a co robić?


- mniej papieru! więcej wody!

mniej papieru! więcej wody![20]


Pierwsze wrażenia są oczywiście komiczne, choć jak na zaawansowane możliwości „humoru latrynalnego” czy „komizmu fekalnego”, jest to tekst bardzo „przyzwoity”, w pierwszym też odruchu sądzimy, że głównym jego celem jest heroikomiczna „kompromitacja” opowieści. Tymczasem mityzująca narracja (stylistycznie realizowana poprzez powtórzenia i paralelizmy składniowe) w zestawieniu z takim tematem odpowiada jednak gatunkowi znanemu jako „legenda miejska”, urban legend. Oczywiście jest coś ironicznego w tym, że tak dramatyczna historia rozgrywa się akurat na ulicy Spokojnej (inna byłaby muzyka ironii przy ulicy Złotej, a zupełnie inna, gdyby w Warszawie, jak w Krakowie, była ulica Kupa). Ironiczne i komiczne jest określanie hydraulika mianem rzeczoznawcy, ponieważ poprzez metonimiczne przesunięcie zdaje się sugerować, że jest specjalistą nie tyle od rur i odpływów toaletowych, co od samej „rzeczy”, czyli „kupy”, tu albo monstrualnie wielkiej, albo bardzo często wytwarzanej; tym samym komiczne okazuje się „badanie” zwieńczone „orzeczeniem” (na poważnie „kupy” są wszak badane w laboratoriach medycznych, a w zakładach higieny wody ze ścieków pod kątem zawartości wirusów, bakterii i innych substancji chemicznych). I jeszcze jedno: zwracałem uwagę na szczególną rolę „papieru” w Pamiętniku…, zdobytego przypadkiem w zbombardowanym biurze[21], który potem pisarz nosił przez wszystkie lokalizacje powstańcze; niniejsza „opowieść” dotyczy czasów zwykłych, nie wojennych, ale zarysowuje kontrast między „oralnością” a zapisem, w całości bowiem tekst niniejszy wydaje się bawić ideą „lania wody” artystycznie – a także ideą scripta manent.


5. Kupa i kultura. Jak dowodzi Dominque Laporte w swej Historii gówna, nie ma żadnych przesłanek, aby kwestie „smaku” i „niesmaku” wpisywać na oś „cywilizacja – barbarzyństwo”, jednak tak właśnie często „cywilizacje” robią, aby się odróżniać od „dzikości”[22]: „Cywilizacja w rozumieniu zachodnim jest więc nierozerwalnie powiązana ze zniknięciem gówna, a nawet więcej, jego relatywna widoczność czy niewidoczność jest wyznacznikiem poziomu rozwoju danego kraju”[23].Kwestionowali lub potwierdzali to także inni psychoanalitycy – cytowany przez badacza Lacan stwierdzał, że „cywilizacja to Cloaca Maxima[24], Slavoj Žižek zaś dowodził ideologicznych implikacji „kultury toaletowej” w swym słynnym wykładzie[25]. Białoszewski podejmuje ten wątek, opisując swój wyjazd do Paryża na stypendium w 1959 roku. Kwestionuje w ten sposób mit Francji i Paryża jako centrum kultury światowej (mit nb. niepanświatowy, ale bez wątpienia od czasów oświecenia silnie obecny w kulturze polskiej), naonczas już chylący się zresztą ku zmierzchowi. Proza Ja i Artur S. w Paryżu zaczyna się od opisu siusiaka blaszanego (tj. pisuarów publicznych; nb. intrygujące, że pisarz wybrał spolszczony wariant językowy „pisuaru”, wywodzącego się bezpośrednio z francuszczyzny, wiedząc doskonale, że potocznie konotuje on penisa) obok wielkiej kawiarni z lustrami, gdzie miał się spotkać z Sandauerem, a dostrzegł go „przez dziurki w blasze” w „siusiaku” właśnie (tak jak „dostrzegało się” mężczyzn na pikietach – przydała się wprawa[26]). W drugim akapicie pisarz opisuje swoje zdziwienia – że lot samolotem nijak nie wpłynął na lekarstwo w fiolce, oraz: „Drugie objawienie miałem w wychodku. Ciekła woda i zatkane było ścierką. - wszędzie te same sposoby. A przecież trochę byłem Europejczyk...”[27],bo rozpoznał Łuk Triumfalny. „Objawienie” polega na tym, że Polska nie różni się tak wiele od „cywilizacji”; albo „cywilizacja” od Polski. Chwilę później dokonuje odkrycia, że owa domniemana cywilizacja Paryża jest monotonna, „wieje klasycyzmem, Napoleonami”. I niejako po to, by wytknąć temu „klasycyzmowi” nadmiernie uporządkowanemu („analnemu” przez to w takim sensie, jak mówi się w niemczyźnie), upozowanemu, dodaje: „Na bulwarze Saint Germain ani śladu Prousta. Innego dnia wlazłem tu w kupę w biały dzień”[28]. Wspomnienie to wraca niemal dwie dekady później w prozie Cmentarz dla Marsjan (część Rozkurzu), gdy pisarz, prowadząc niewidomą Jadwigę przez Aleje Jerozolimskie, a więc jedną z głównych arterii Warszawy, wdeptuje w kupę:


Po drodze wpadam w gówno. W Alejach Jerozolimskich. Jadwiga nie wie, co się ze mną dzieje, bo ja latam, miotam się, wciąż szukam nowej trawy, żeby wytrzeć. Jadwiga się dziwi. A ja jej mówię: - W Paryżu też dwa razy wlazłem w gówno w biały dzień. Raz na Place de la Concorde. I od razu znalazł się szary papier, o który wytarłem but. Drugi raz w południe na Saint-Germain[29].


Relację nieco bardziej in crudo z tego samego wydarzenia dała także Stańczakowa w swoim dzienniku, po pierwsze komentując: „Jesteś jednym z nielicznych, którzy włażą w gówno w biały dzień w centrum stolic europejskich”; po drugie dodając, że Białoszewski w pierwszej chwili zakrzyknął, że wlazł w „okropne gówno” i ostatecznie, że było nie psie, a ludzkie[30]. Komentarz Jadwigi, zrównujący niejako Paryż i Warszawę jako raz, stolice, dwa, europejskie, a do tego sugerujący, że mało komu się przydarzają takie przygody, podkreśla ów antycywilizacyjny, „barbarzyński” aspekt gówna. Myślę, że Białoszewski, zapisując ten fragment, zamierzył także implicytny dowcip, bo oto on, widzący i prowadzący niewidomą, a nie ona, bardziej predestynowana do wdepnięcia, miał taką przygodę. W prozie o pobycie paryskim w 1959 roku opisuje dalej oburzenie Sandauera, że Białoszewski zatrzymał się w tak drogim hotelu – drogim, ale zarazem tak ciasnym, dodaje pisarz, że aż „w wychodku siedziało się z kolanami na drzwiczkach”[31]. Tak jak cena jest nieadekwatna do wygody (na mitycznym kapitalistycznym Zachodzie), tak i „cywilizacja” nie łączy się z czystością. Echem wątku „Francji elegancji” jest żart olfaktoryczny – gra słów dotycząca wody toaletowej – dwuznaczność nieprzypadkowa – „Soir de Paris”, jakiej miał nadużyć Misio Holender: „Teresa poderwała się do pokoju Leszka. Powąchała, bo wisiało jeszcze. Wróciła z przegibami na boki. – Pissoir de Paris, tak, tak, cha cha – pissoir de Paris”[32].


6. Podpis złodzieja. Istnieje kulturowy mit o tym, że złodzieje, którzy okradają jakiś dom, lubią zostawić tam kupę na środku jako rodzaj podpisu „tu byłem”, stempla, albo spotęgowania złośliwości, „jesteś frajer, bo nie tylko cię okradłem, ale i naznaczyłem”. Wielki psycholog złodziejstwa, Jean Genet, opisał to następująco:


[Guy] Być może, jak przy każdym włamaniu, poszedł do sracza. W nocy, kiedy jest ciemno, spuszcza spodnie, zazwyczaj pod bramą albo pod schodami od podwórza. Taka poufałość dodaje mu pewności siebie. Wie, że w żargonie kupę zwie się „wartownikiem”. – Postawię wartownika – powiada zwykle. – Będziemy pracować spokojniej. Jakoś mniej obco się człowiek czuje[33].


W Berlin Alexanderplatz Alfreda Döblina jeden ze złodziei po włamaniu zostawia kupę na środku pomieszczenia:


Dwaj ludzie z szajki byli dziś po raz pierwszy na robocie: Franek i elegancki Waldemar. Więc szybko rzucają jeszcze monetę (orzeł czy reszka?), wygrywa Waldemar, zatem on ma „przypieczętować” dzisiejszy wypad: raz jeszcze schodzi po drabinie do ciemnego, splądrowanego składu, kuca, najspokojniej ściąga portki i pozostawia na podłodze, co miał w brzuchu[34].


Na związki złodziejstwa i zła z „gównem” u Geneta[35] zwracał uwagę Sartre[36]. (Przypomnijmy, że te mechanizmy „genetowskie” wyzyskał do opisu osobowości Białoszewskiego w 1966 roku mściwy Sandauer, któremu chodziło o porównanie Białoszewskiego do Geneta, czyli właśnie złodzieja, który się – pisał polski krytyk nieco eufemistycznie – „wypina” na salon[37]; i jakkolwiek Sandauerowe zwrócenie uwagi na wątek analny w tej twórczości jest trafne, to pozostała część paraleli była napisana, aby po prostu sprawić pisarzowi przykrość; stąd być może wolno spojrzeć na umieszczenie – po wielu latach i od stypendium paryskiego z 1959 i po Poezji rupieci – prozy Ja i Artur S. w Paryżu, z wątkami pisuarowymi także skojarzonymi z Sandauerem, jako na zawoalowaną ripostę pisarza na ten atak). W opublikowanej pośmiertnie Niebeztroskiej balladzie o Le. Białoszewski opisał takie zdarzenie ze złodziejskim podpisem. Ballada wydaje się „niebeztroska” dlatego, że ujawnia dość prywatne – i nieprzyjemne – fakty na temat byłego partnera, jakkolwiek podane najpewniej przez niego samego, acz w konfidencji, być może więc z tej przyczyny pisarz ostatecznie nie zdecydował się upublicznić tego skądinąd zdecydowanie udanego wiersza. Ballada zaś dlatego, że w zgodzie z poetyką romantyczną narratywizuje faktyczną zbrodnię. Historia zaczyna się na Placu Dąbrowskiego, gdzie Leszek mieszka już sam: „Wchył głowy – / Dzielnicowy: / «Niech pan umyje szyby / bo zapuszczone mieszkanie»”. W czasach wspólnego mieszkania, relacjonowali znajomi, mieszkanie także bywało „zapuszczone”, a Leszek oskarżał Mirona, że jest „fleją” i odwrotnie[38]. Wizyta dzielnicowego wynika zresztą z donosu sąsiadów. Tu następuje w balladzie przejście do drugiego wątku, włamania, poprzez [metonimiczne] skojarzenie („rymują się sprawy”), po pierwsze, przez wątek okien – na Placu Dąbrowskiego brudnych, w pustym domu w Żarnowcu wybitych przez włamywacza[39], oraz po drugie przez wątek „brudu” (brudne szyby – zabrudzenie domu, tj. kupy złodzieja). Włamanie jest niesamowite z kilku względów, nie tylko z powodu pozostawienia „podpisu”[40], ale także dlatego, że włamywacz, obok najbardziej oczywistej waluty, zabrał nieoczywiste rzeczy: „Le. rękę pod obrus: / kilka dolarów znikło. / Ale tak - to jest wszystko. / A to wszystko / mdły wiew obrósł”. Zaskakująca jest natomiast kradzież książek, w tym tomiku, ale z wyciętą dedykacją (czyżby samego Białoszewskiego?): „tomik poezji znikł, / dedykacja równo odcięta, / kufer rozbity, / tylko dwie stare książki wzięte, / nic więcej”. Albo więc złodziej uszanował dedykację, która była bardzo osobista i pozwolił ją zachować właścicielowi, albo też uznał ją za nic nie wartą - za „gówno wartą” – a potencjalnie utrudniającą upłynnienie książki na rynku wtórnym. Kradzież książki tak czy owak jest znów bardzo genetowska. Poszukiwanie „mdłego wiewu”, to znaczy smrodu, na tyle widać silnego, że wyczuwalnego mimo wyjętych szyb, prowadzi do odkrycia sygnatury: „Szuka: / w wiadrze kupa, / podtarte pergaminem. / Jeszcze coś mdli. / Szuka. / Portiera opadnięta / i zwinięta. / Odwija: / kupa”. „Podpis” staje się tu niemal niemetaforyczny, a literacki, jeśli wziąć pod uwagę, że złodziej do oczyszczenia się użył „pergaminu”, to znaczy eleganckiego papieru służącego do pisania – druków urzędowych, listów, bądź literatury.


Jak widać, skojarzenie rękopisu i papieru do pisania z wydalaniem i nieczystością jest u Białoszewskiego stale nawracającym motywem. (Metaforyczny natomiast był Sandauer, albowiem w jego opisie Białoszewski w „salonie literackim” był właśnie kimś takim, jak pokazany w balladzie złodziej). W poincie Leszek opisuje tę niesamowitą historię „przyjacielowi z Holandii” (Henkowi Proememu, znanemu z twórczości Białoszewskiego jako „Miś Holender”, partnerowi Solińskiego, później mężowi), który komentuje to tak, jakby nie słyszał o micie „złodziejskiego podpisu” i racjonalizuje niejako zachowanie złodzieja, sugerując, że rabuś w trakcie napadu dostał rozstroju żołądka z nerwów: „A złodziej? / kiedy kradnie / boi się, / wali kupy / gdzie popadnie”[41]. Choć Genet potwierdza taką możliwość, analizując nerwy odczuwane podczas włamania; Guy po skoku lubi jeść, a „Niektórzy włamywacze idą po robocie do kibla”[42]. Inna możliwa interpretacja, poszukująca psychologicznej motywacji w złodziejskim zachowaniu, mogłaby odsyłać do „symbolicznego skojarzenia złota czy też pieniędzy z gównem [które] jest bardzo stare”[43], to znaczy, oczywiście, skojarzenie jest bardzo stare, ugruntowane już w XIII wieku. W ten sposób można spojrzeć na złodziejską kupę jako na „zapłatę” za wyniesione dobra, co pozostaje w zgodzie z pierwotną dziecięcą psychologią. („A okna w Warszawie Leszek pomył”).


7. Kał i cukier. Wracam do wiersza, który interpretowałem w swoim pierwszym w karierze artykule naukowym, ponad dwie dekady temu – wówczas rekonstruowałem jego ukryte barokowe konteksty[44]: „Ludzie jak muchy w bloku / Każdy w bunkrze / na swoim cukrze”[45]. Potoczna frazeologia – oparta na empirii – podpowiada raczej „(lecisz) jak muchy do gówna”, nie do cukru (słodkości, owoce, cukier lubią muszki owocówki i pszczoły oraz osy). Muchy lecą też do trupa. To kulturowe skojarzenie stale wraca. W wierszu nawet wzmacnia je idea mieszkań porównanych do bunkrów, mimo wywyższenia (bunkry na różnych piętrach) kojarzących się z podziemnością, a ostatecznie – i prawem wyrzutu traumatycznego – z piwnicami (z powstania). Frazeologizm „padają jak muchy”, podkreślający masowość śmierci, także się w tej matrycy tłumaczy – „gdyby w blok trafiła bomba to ludzie padliby jak muchy”. „Cukier” – wiemy z Pamiętnika, że podczas powstania trudno dostępny i „luksusowy”[46] – także się w to może wpisywać. Gdy jednak przepiszemy „cukier” na „gówno”, mamy skojarzenia dużo silniej obecne np. w angielszczyźnie, ale przekładalne kulturowo: (get) your own shit odnosi się do „swoich rzeczy”, zamiast powiedzieć „posprzątaj pokój” (clean your room) można powiedzieć clean your shit, to może zresztą znaczyć „zabierz swoje rzeczy” (gdy jesteś wyrzucany z pracy) itd. Laporte omawia wyrażenie, które po angielsku brzmi to each his own shit![47], powiązane z prywatyzacją odpadów w procesach urbanizacyjnych (i wytwarzających nową intymność i tabuizację). Można więc powiedzieć, że Białoszewski tworzy tu ciąg z implicytnym elementem „bunkier – mieszkanie – toaleta”. Bunkier to kibel; całe mieszkanie jak kibel. Aby podkreślić ideę prywatności i oddzielenia, absurdalną oczywiście w odniesieniu do „much”, które się nie oddzielają, tylko żyją „rojem” („kupą, waszmościowie”). Zamiast siedzieć „na kupie” razem, siedzą „na kupie” każda na swojej. Badacz dodaje, że stąd wynika wyrażenie do one's business, po polsku „załatwiać (grubszy) interes”. Wszyscy w bunkrach „załatwiają swój interes” – to znaczy żyją (życie jest cenne – bo słodkie [jak cukier]); to znaczy, wydalają.


 

[1] Zob. P. Sobolczyk, „Na kupie nie”. Analne „Pamiętnika z powstania warszawskiego”, „Wielogłos” 2022 nr 3. [2] W. Śmieja, „Pańskie towarzystwo smakuje gorzej niż gówno”. „Po tamtej stronie” Jerzego Andrzejewskiego - opowiadanie dwubiegunowe w: Homoseksualność i polska nowoczesność, Katowice 2015, s. 275–293. [3] J. Stańczakowa, Dziennik we dwoje, Wrocław 2015, s. 73. Zapis podkreślony to dopiski samego Mirona. [4] M. Białoszewski, Pamiętnik z powstania warszawskiego, t. III Utworów zebranych (edycja odcenzurowana Adama Poprawy), Warszawa 2014, s. 10. Dalej cytowane jako III z numerem strony. Irena Prudil wspominając „śmiertelne obrażenie się Swena”, dodała też, że Staszek miał za złe parę rzeczy, np. „kluchy i sedes” (zob. I. Prudil, Znałam kiedyś chłopca... w: Miron. Wspomnienia o poecie, red. H. Kirchner, Warszawa 1996, s. 71). [5] III, s. 151. [6] W. Żukrowski, Mironek w powstaniu, „Nowe Książki” 1970 nr 19; oraz recenzja wydawnicza tegoż autora, którą udostępnił mi Adam Poprawa, za co Mu dziękuję. [7] O flashbackach traumatycznych zob. przede wszystkim J. Niżyńska, Królestwo małoznaczącości. Miron Białoszewski a trauma, codzienność i queer, przeł. A. Pokojska, Kraków 2018, s. 111–115; oraz nowe, nieco odmienne, moje ujęcie traumatyczności u Białoszewskiego: P. Sobolczyk, Destins plus lointaines un traumatisme plus proche. Vers une vue étendu et psychocentrique du “Mémoire de l’insurrection de Varsovie”, “Annales Academie Polonaise des Sciences Centre Scientifique à Paris”, Varsovie-Paris 2021, s. 160–178 (wersja polska - obszerniejsza – ukaże się w „MiroForze” t. III, pod red. J. Niżyńskiej, A. Poprawy i P. Sobolczyka). [8] M. Białoszewski, Tajny dziennik, Kraków 2012, s. 105. Dalej jako TD z numerem strony. [9] III, s. 80-81. [10] W sprawie tego dziennika i miejsca homoseksualności oraz coming outu w nim zob. mój tekst: P. Sobolczyk Dokładka – pogorszenie? Na(d)dawanie? (O „Tajnym Dzienniku” Mirona Białoszewskiego), „Kwartalnik ARTystyczny” 2012 nr 2, s. 161–172. [11] H. Kirchner, Mironie, o Ludwiku, w: Miron..., dz. cyt., s. 278. [12] M. Białoszewski, Listy do Jadwigi Stańczakowej oraz Anny i Tadeusza Sobolewskich, do druku podał i opr. P. Sobolczyk, „Kwartalnik ARTystyczny” 2022, nr 2. List z 14/15 I 1975. [13] M. Białoszewski, Zawał, tom VI Utworów zebranych, Warszawa 1991, s. 65–66. Dalej jako VI z numerem strony. Pisarz dodaje ironicznie: „Chrobry, okazało się, chodzi srać i oddawać kał aż do wyjścia głównego” (VI, s. 66). W innym miejscu (s. 22–23) opisuje „Dziadka”, który głośno woła na salowe „srać mi się chce!” i dodaje: „Podobno był już w trupiarni. na drugi dzień przyszli go ubierać, a on ożył”. To świetny przykład na powiązanie „kupy” z „trupem”, o którym pisałem w Na kupie nie..., ale i to, co podkreślała Mary Douglas, że samo „wydalanie” jest paradoksalnie swoistą afirmacją życia: „obrzędy, które najbardziej otwarcie przypisują moc zepsutej materii, czynią największy wysiłek zmierzający do afirmacji fizycznej pełni rzeczywistości” (M. Douglas, Czystość i zmaza, przeł. M. Bocholc, Warszawa 2007, s. 154).

[14] VI, s. 146. [15] VI, s. 78. Rozmowa „kiblowa” jest dłuższa zresztą. [16] F. Werner, Ciemna materia. Historia gówna, przeł. E. Kalinowska, Wołowiec 2014, s. 60–78. [17] Celnie charakteryzuje te wątki Wojciech Jajdelski w rozprawie Symbolika czystości i brudu w szpitalnej twórczości Mirona Białoszewskiego, „Pamiętnik Literacki” 1999, nr 3, s. 95–106. Nie pomija też wątków ekskrementalnych. Wydaje mi się tylko, że pojęcie „symboliki” jest tu dość mylące. [18] Por. wypowiedź Heringa z audycji radiowej: „I jeżeli mówię, że nie potrafił napisać zdania bez metafory, a potem to, co się stało, że w Powstaniu użył raz metafory, i to z przeproszeniem, to tym określam tamto(L. Hering, Przynosił bruliony, w: Miron...,dz. cyt., s. 20). Hering dowodzi w ten sposób, że to on zawrócił Białoszewskiego ze ścieżki hipermetaforyzacji, ze ścieżki neo- czy post-awangardowej. W innej audycji mówił o Mironie i Swenie: „Metaforyczni, kosztowni. To moje zdziwienie, że tak siedzą w tej kosztownej metaforyce...” (L. Murawska, L. Hering, Kobyłka [z audycji radiowej], w: Miron..., dz. cyt., s. 140). [19] M. Białoszewski, Szumy, zlepy, ciągi, edycja odcenzurowana, tom V Utworów zebranych, Warszawa 2014, s. 230 (proza Transy). Dalej jako V z numerem strony. Komentarz z kontekstem powstania tej wypowiedzi dała H. Kirchner, O Mironie, o Ludwiku w: Miron..., dz. cyt., s. 294. [20] M. Białoszewski, Utwory zebrane, t. I, Warszawa 1987, s. 336. [21] Por.: „A to to było biuro. Przyjrzałem się. Resztkom mebli. Czyli szafce. Zasuwanej na drewnianą harmonię. Odsuniętą. Ale z papierami. Czystymi. Do pisania. Wziąłem sobie plik. To był luksus. Sam fakt. I gatunek. Pamiętam znak wodny. Chyba SIMON i coś tam. Papieru mi brakło, więc bardzo się cieszyłem. I czekałem. Swojej kolejki. Godzinę. Dwie. [...] I poleciałem z wodą i papierem do swoich. Do swoich gruzów” (III, s. 124). [22] D. Laporte, History of Shit, przeł. N. Benabid, R. el-Khoury, Cambridge-London 2000, s. 103. [23] Werner, dz. cyt., s. 9–10. Por. też s. 7. [24] Tamże, s. 56. [25] Zob. Zizek on Toilets, https://www.youtube.com/watch?v=rzXPyCY7jbs (dostęp: 3 III 2022). [26] Wiele gejowskich pikiet w Warszawie, ale i innych miastach, w tym w Paryżu, mieściło się przy publicznych toaletach. Po wyprowadzce na Saską Kępę Białoszewski najczęściej korzystał z pikiety w Parku Skaryszewskim – chodziło o krzaki i sam budynek toalety publicznej tamże, „głupie miejsce”, jak je określił pisarz, co analizowałem kiedyś. Por. też taki zapis snu pisarza, w którym toaleta łączy się z pojawieniem pięknego mężczyzny: „Ale do ubikacji. Słyszę drzwi. Wracam. Siadam na łóżku. Czuję, że ktoś na mnie patrzy. Nie Roman. Ktoś. Stoi. Obracam się. Spodnie. Wyżej. Ktoś wysoki. Nieznany młody mężczyzna, stoi nieruchomo i patrzy na mnie czarnymi mocnymi oczami. Bardzo piękny. Tajemniczy. kto on? Budzę się” (TD, s. 356).

[27] V, s. 64–65. Opowiadanie to w wersji odcenzurowanej ma nieco zmieniony kształt w stosunku do wcześniejszych edycji. Opisywana toaleta znajduje się w hotelu. [28] V, s. 65. [29] M. Białoszewski, Rozkurz, t. VIII Utworów wybranych, Warszawa 1998, s. 63. Dalej jako VIII z numerem strony. [30] J. Stańczakowa, dz. cyt., s. 309 i 308. [31] Tamże, s. 69. [32] M. Białoszewski, Donosy rzeczywistości, edycja odcenzurowana, t. IV Utworów zebranych, Warszawa 2013, s. 106 (fragment prozy Blokada). [33] J. Genet, Dziennik złodzieja, przeł. P. Kamiński, Kraków 2004, s. 179. [34] A. Döblin, Berlin Alexanderplatz. Dzieje Franciszka Biberkopfa, przeł. Izabela Czermakowa, Warszawa 1979, s. 419. Przypomniał mi o tej scenie Adam Poprawa, za co dziękuję. [35] Por. tamże, s. 35, 68. [36] Por. J. P. Sartre, Święty Genet. Aktor i męczennik, przeł. K. Jarosz, Gdańsk 2010, np. s. 173, 244–245 i w innych miejscach. [37] A. Sandauer, Poezja rupieci, w: S. Burkot, Miron Białoszewski, Warszawa 1992, s. 200–202. Zob. też moją analizę tego szkicu Sandauera w książce: P. Sobolczyk, Dyskursywizowanie Białoszewskiego, t. I, Gdańsk 2013, s. 194–200. [38] We wspomnieniu Ewy Berberyusz: „Na Lizbońskiej było jaśniej niż na Placu - choć Gosia zaciemniła wszystkie otwory nieprzeniknionym aksamitem – i mniejszy kurz. Po prostu było czyściej, wbrew opinii rozsiewanej przez Le., że to Miron jest fleja, i że gdy się wyprowadzi, u niego z podłogi będzie można jeść” (taż, Zabrali mi piec, w: Miron..., dz. cyt., s. 210). [39] Znawcy biografii pisarza wiedzą, że motyw „wybitych okien” ma u Białoszewskiego głębsze znaczenie. Adam K., partner Mirona w latach 60., parokrotnie próbował popełnić samobójstwo, raz na oczach pisarza, który go ostatecznie zatrzymał, usiłował wyskoczyć przez okno na Placu Dąbrowskiego – wybił szyby, trzeba je było wymieniać.

[40] W Pamiętniku w kilku miejscach pisarz opisuje kupy w mieszkaniach w kodzie „niesamowitego”. Gdy Białoszewscy zajmują mieszkanie po Żydach: „te mieszkania były nie tyle zdemolowane, ile miały jakiś dziwny wygląd, w naszej kuchni leżała zeschnięta kupa na środku, ludzka oczywiście” (III, s.14). Podobny wątek wraca wiele stron później przy epizodycznej postaci „pani de la coś” (sic, Francuzce lub wdowie po Francuzie), której urządzono awanturę, gdy robiła kupę przed swoimi drzwiami (III, s. 172). I jeszcze zapis o wypaleniznach i kupach, które pozostawiły zapach na wiele lat po wojnie w zbombardowanych kamienicach: „Bo te [wypalenizny] z powstania pachniały znów z pięć lat. I po ośmiu latach jeszcze zalatywały. Tyle że deszcze i to nasiąknięcie, i tyle ludzkich kup, zaschniętych, nowych, wciąż, że trudno mówić, co pachnie” (III, s. 113). [41] Świat można jeść w każdym miejscu, t. XIV Utworów zebranych, Warszawa 2017, s. 213–215. [42] Genet, dz. cyt., s. 122. [43] Werner, dz. cyt., s. 109. [44] Zob. P. Sobolczyk, Leksyka i poetyka. O barokowości Białoszewskiego, w: Z ducha biblioteki. Literatura w interpretacji intertekstualnej, red. E. Konończuk, E. Nofikow, K. Sawicka, Białystok 2002, s. 120–138. [45] VIII, s. 247. Z cyklu „Wiersze ciotki Anieli”. [46] Por.: „Ojciec przyniósł wtedy też mnóstwo cukru. Cały wór. W kostkach. Wór pamiętam. Taki ze sztucznego, rzadkiego, aż w kratkę, płótna. Ten cukier był ważny potem za Alejami” (III, s. 153) oraz: „Zdzisio dał mi kostkę cukru. — Masz. Od razu ją zacząłem ssać. Poczęstowanie kogoś wtedy kostką cukru było czymś znaczącym” (III, s. 205), (Zdzisio był jednym z wczesnych chłopaków Mirona). [47] Laporte, dz. cyt., s. 46.