Jakub Skurtys - Krytyka tematyczna (2)

Agenci Lewiatana





Choć Barbara Sienkiewicz, rozpoczynając swój artykuł O wielorybie. Szkic filozoologiczny stwierdza, że „o wielorybie trudno powiedzieć, że jest zwierzęciem szczególnie często przywoływanym przez poetów. I nic dziwnego. Ogromne wielorybie cielsko zdaje się być przeciwne «poetyckości», a już na pewno – «liryczności»”, chyba jednak gruntownie się u podstaw tej tezy myli. Jakże to, chciałoby się zapytać? Jak poradziłaby sobie o(nie)śmielona wyobraźnia Romana Honeta czy Justyny Bargielskiej, gdyby nie unosił się nad nią ten czy ów wieloryb? Jak Andrzej Sosnowski w Rozmowie na wycieczce mógłby inaczej opisać seanse późnej nowoczesności, niż jako „dziś tylko niuanse,/ związki między kometą i wielorybami/ w nurcie Sacramento, akwenach Alaski”, które potem składamy w ofierze snom (te niuanse, albo te związki)?


Może chodzi o to, że Sienkiewicz pisała z głębi polskiego modernizmu, z ducha Herberta i Miłosza, tymczasem dziś mamy raczej do czynienia z projekcją na nasz język i naszą wyobraźnię różnych wariantów modernizmu anglosaskiego i amerykańskiego, a ten – jak przystało na morskie imperia kolonialne – wielorybami stał i stoi? Może, chociaż u Miłosza i Herberta też przecież wielorybów sporo, bo Biblia swoje, a poeci swoje (por. np. prozę poetycką Pogrzeb młodego wieloryba, czysty, rokokowy kamp: „Konie morskie o zadach tłustych i oczach ironicznych, konie, odziane w kapy pomarańczowe, ciągną karawan — czarną cukiernicę, roniąc po drodze domowe pantofle z dużą perłą zamszową, naszytą na ciemne tło”…). Już w Księdze Rodzaju czytamy: „A przetoż stworzył Bóg wieloryby wielkie i wszytko stworzenie żywe ruchające się, które wody hojnie zrodziły wedle rodzaju ich” (wersja Biblii Brzeskiej, podobnie w Gdańskiej i u Wujka; w tych nowszych weszły na miejsce potwory morskie, a nawet wielkie zwierzęta wodne…). Trochę później taki np. poeta Kniaźnin, Franciszek Dionizy, oświecony sentymentalista (rzucę myśl: nie było bardziej kampowego momentu w dziejach estetyki, niż sentymentalizm), pisał: „Sam zaś lutnista po morskim szybie / Płynie bezpiecznie na wielorybie” (Do lutni), godząc jakoś Jonasza, Orfeusza i Ariona, mitycznego greckiego cytrzystę, rzekomo ocalonego przez delfiny… Motyw ten podłapał jeszcze później Gałczyński, Konstanty Ildefons, i też zapragnął się przejechać:


Wodospad szyb. Huragan braw. Gap przy każdej szybie. Od piątej rano gapili się na czczo. I nagle piąta pięć! I ryk. I tak się zaczął mój tryumfalny wjazd na wielorybie.


Stop. Zacznijmy od subwersyjnej alegorii, bo z poezją współczesną jest trochę jak ze słynną grą miejską w niebieskiego wieloryba: każdy o niej słyszał, grało niewielu. Podobno powstała gdzieś w Rosji (czyli w praczasach i poza mapą) i miała charakter wyraźnie społecznościowy (wspólnotowy, plemienny), gdyż wielu ludzi starało się osiągnąć szczyt (parnas) dzięki wykonywaniu kolejnych zadań (np. inkantowaniu pieśni, publikowaniu postów, robieniu spotkań autorskich, życiopisaniu, ubliżaniu kolegom i koleżankom i innym zachowaniom suicydalnym), a szczytem i celem okazywała się mimo wszystko śmierć (najlepiej samobójcza, ze starości, w zapomnieniu albo z głodu, pozdrawiamy Norwida). Następnie mamy fazę oburzenia – że jak to tak, później społeczne potępienie zaniechań, a potem okazuje się, że żadnej gry nie było, podobnie jak tych 130-200 związanych z nią ofiar, a wszystko zostało nadmuchane, bo mediom akurat się nudziło w sezonie ogórkowym (pozdrawiamy prochy Słowackiego). Może dlatego poeci i poetki tak lubią sięgać po tę źródłową figurę i wcale nie jest im straszne ogromne cielsko: wieloryb to wielka alegoria poezji. Mało tego, pamięta ktoś Wieloryba. Wypisy źródłowe Jerzego Limona (1998)? Co prawda była to powieść, ale za to sylwiczna, o całym polskim romantyzmie i mesjanizmie, którego fantazmatyczna tkanka puchnie, wyrzucona na brzeg morza (tu podrzucam kompilację, ale tylko dla czytelników o mocnych nerwach, bo leje się krew i bryzgają flaki – umiarkowana przyjemność, a jednak – 4 miliony wyświetleń).


W listopadowym tekście dla "Znaku” (2021) Joanna Guszla pisała o smutnych olbrzymach, niewinnie podkładając nam kolejną, wielką alegorię – literatury jako rozmowy głuchych, orfickiej pieśni rozpaczy, lamentu wręcz, niedającego się jednak usłyszeć:


Wśród wszystkich smutnych olbrzymów szczególne miejsce zajmuje wieloryb. To moje pierwsze i najmocniejsze skojarzenie z uczuciem samotności. Powodów jest wiele. Nigdy go nie spotkam. Jego pieśni brzmią tęskno i melancholijnie, a ruchy naznaczone są ciężarem oceanu. Poza tym kilkanaście lat temu przeczytałam o wielorybie, który z powodu jakiejś wady śpiewa swoje piosenki z częstotliwością 52 Hz, podczas gdy przedział częstotliwości u wielorybów to 15–30 Hz. Pisano wówczas o najsamotniejszym wielorybie świata pływającym po północnych wodach oceanów i bezskutecznie nawołującym swoich wielorybich pobratymców. Żaden z nich nie mógł go jednak usłyszeć.


Tu sobie można posłuchać przez osiem godzin śpiewających wielorybów, w sam raz na tło do czytania. Ale powtarzano też inną historię, o biblijnej jeszcze proweniencji: niejaki Jajonasz, zanim podłożył bity pod „Księgę Tajemniczą. Prolog” (bo epilogu już nie zdążył), zamieszkał w brzuchu wieloryba, o czym całą książkę napisać mógł później świetny poeta i tłumacz Jerzy Jarniewicz (podobno jeszcze o Larkinie, ale nie jest to potwierdzona informacja). Potem – już wiele lat później – Abradab mógł się odwdzięczyć Jajonaszowi, rymując: „Jestem chory na styl pływam jak wieloryb/ Płukam słabych MC jak kryl/ I me liryki do tej pory wchodzą gładko”. Aż się prosi, żeby ten esej dedykować słabym MC, bo że słabych poetów jak krylu w morzu – każdy wie, każdy słyszał.


Z badań biblistów wynika jednak, że o żadną rybę (ani tym bardziej wieloryba, tj. kaszalota, ani białego, ani czarnego) Janaszowi nie chodziło. Herbrajskie „gadowl dag” to po prostu „wielka ryba”, a Jonasz wyłonił się z wody „wypluty” na brzeg przez morze, a nie z rybiego brzuszka. Wpisywał się więc jakoś tam w obowiązujący w Niniwie kult Dagona (Lovecraft forever!), próbując go przechwycić na własną korzyść. O, i to też jest taka jakby alegoria poezji, tylko że tym razem w wodnym, a nie urbanistycznym sąsiedztwie: wieloryba nie było, Jonasz zgapiał z kolegów, a potem wszyscy zginęli. Bóg się wkurzył i zarządził pełne zanurzenie. Koniec. Jonasza i jego wersji mamy w poezji sporo, aż ma się ochotę w tym wypadku przeskoczyć do prozy i zacząć od czegoś z grubej rury i z pogłębianym dnem – od monografii. Pisze badaczka (Magdalena Bauchrowicz-Kłodzińska) tak:


Starotestamentowa opowieść o proroku Jonaszu połkniętym przez morskiego potwora, do której Czesław Miłosz nawiązywał w Ziemi Ulro, doskonale obrazuje problematyczność jego własnej sytuacji poznawczej [...]. Ukrytym tłem wszystkich zabiegów interpretacyjnych pozostaje dla autorki pytanie [...] jak wyjaśnić epistemologiczny paradoks „bycia Miłoszem”, czyli nie tylko podmiotem zanurzonym w nowoczesnym uniwersum, lecz także twórcą konstruującym własne narzędzia do opisywania oraz diagnozowania swojej epoki, tj. wykorzystującym problematykę nowoczesności jako matrycę rozumienia siebie i świata.


Epistemologiczny „paradoks bycia Miłoszem” – Miłoszem-Achabem albo Miłoszem-Jonaszem, a więc Miłoszem-który-nie-jest-Miłoszem, jak Rimbaud, lecz jest człowiekiem-rybą, jak Aquaman – oto zagadka wysokiego modernizmu! A można było prościej, bo przecież Miłosz to też nie mniej słynny wiersz Tak mało z 1969, w którym dokonuje się przewartościowanie wszystkich wielorybich kolorów i z całej kuszącej tęczy ostaje się jeno „biały wieloryb świata”:


Serce moje zmęczyło się

Zachwytem,

Rozpaczą,

Gorliwością,

Nadzieją.


Paszcza lewiatana

Zamykała się na mnie.


Nagi leżałem na brzegach

Bezludnych wysp.


Porwał mnie w otchłań ze sobą

Biały wieloryb świata.


I teraz nie wiem

Co było prawdziwe.


My na szczęście jesteśmy już w tym niskim modernizmie, albo nieco obniżonym, więc ani nie musimy leżeć nago na brzegach bezludnych wysp (choć chyba marzy o tym wielu współczesnych poetów), ani nie porywa nas otchłań zwątpienia. Na ratunek przychodzą za to poeci uliczni i górzyści. I tak też Tom Waits zadaje fundamentalne pytanie o istotę sztuki w duchu Jajonasza, czyli po kiego diabła men must „starving in the belly of a whale, belly of a whale, ohhh belly of a whale”, podczas gdy Jacek Podsiadło (tak, ten) tomem To all the whales I'd love before (biblioteka „Kartek”, 1996, z jego własnymi zdjęciami – i jedno jest właśnie tym tytułowym) żegna wszystkie swoje byłe i obecne ukochane, a tych, jak wiadomo, kilka miał. Żegna je, bo „Wszystko odchodzi. Odpływa, rozmywa się” (pozdrawiamy Miłosza). Jeszcze nie tak dawno w Arytmii, w wierszu Tracąc czucie w palcach deklarował: „Nie wierzę w wieloryby. / Wierzę w jadalne robactwo i czterdzieści dni / nieprzerwanej nocy, w kaganek z rybiego tłuszczu”, a teraz kolejne wielkie pożegnanie… Choć na szczęście zanim nastąpi ostateczne rozmycie, podmiot zdąży jeszcze wykonać ostatni gest wybornego harpunnika:


Wetknąłem nos w jej łono, przypomniało mi się,

jak wczoraj dziennikarz wspomniał o „pęknięciach

w łonie koalicji”. Gryzłem jej pośladki, miętosiłem w ustach

miętówki przyklejone do szczytów jej piersi.

Potem oczywiście byłem w niej, tak samo

jak „byłem dziś w sklepie”

albo „nie było mnie w domu”,

byłem czy nie byłem, niewielka różnica;


Tak to już z koalicjami bywa. Pozdrawiamy koalicje i cieszymy się, że poeta przerzucił się jednak na dzwony, bo w nie raczej nosa nie wtyka i nie miętosi ich w ustach. A żeby w „brulionie” pozostać, nie byłby agon z Miłoszem pełny w pokoleniu roczników sześćdziesiątych, gdyby czegoś od siebie nie dorzucił też Marcin Świetlicki. Autor Schizmy to jest poeta szczególnie wielorybi, mniej więcej tak, jak poetą psim jest Wiedemann czy Pułka. Jonasz to jest absolutna klasyka, i to nie tylko dlatego, że została świetnie wyśpiewana przez Świetliki:


Młoda zima. Bezśnieżna. Och, dzisiejszy wieczór uczynił z tej ulicy wnętrze wieloryba. Byłbym nie zauważył, lecz w sklepie warzywnym sprzedawano fragmenty podmorskich zarośli.. I neony w tej chwili zaczęły wysyłać.. ..mgłę i wilgoć. Kałuże pełne tranu i krwi.. Przy krawężniku znalazłem muszelkę i poczułem, że jestem trawiony..


Ach, to była moc – zamiast uzewnętrzniać spleen podmiotu i wygrywać noirowe akcenty papierosowym dymem, bo duszno, bo ciemno i smutno, wszystko zostało tu dosłownie wchłonięte do wnętrza, zassane, rozpuszczone przez trawienne kwasy. I nikt już nie ukryje faktu, że bezśnieżna zima w Krakowie pachnie rybimi wnętrznościami, ani że świat jest wszystkożerny, utaplany w nieczystych pobudkach, i nawet jeśli po tej zimie z bałwana znowu wylezie Marcin, to nigdy już nie będzie tym – jak to napisali w Niebawem spadnie błoto Rafał Grupiński z Izoldą Kiec – nieprzyjemnym schizmatykiem, tęskniącym za domem w brzuchu wielkiej ryby. Tak mimo wszystko wygląda wieloryb gnostycki – figura upadku świata, zwiększonej grawitacji.


Skąd przychodzi do naszej poezji, jeśli nie z Biblii? Bywa, że z Anglii, tzn. z morskiego imperium Melville’a, jako wieloryb-samotnik, egzystencjalista. Ale może przyjść też z głębi rzeczywistości, z jej surrealnego rdzenia, np. jako „przypadek obiektywny”. Tak zdarzyło się u Agnieszki Taborskiej, świetnej znawczyni tematu, a przy okazji pisarce, specjalistce od krótkich form „znalezionych” – „znajdek”, które Jan Gondowicz z francuskiego nazwa pięknie truwajami (trouvailles). Jedna z takich truwajów dała tytuł całej książce Wieloryb, czyli przypadek obiektywny:


Galeria sztuki naiwnej na krakowski Kazimierzu miała wieloryba. Wieloryb był drewnianą, metrową rzeźbą, pomalowaną na niebiesko. Zawieszony na zewnątrz nad wejściem, przytwierdzony do muru ciężkim łańcuchem, przyciągał wzrok potencjalnych klientów. Pewnej nocy znikł. Został tylko bezpieczny w środku sklepu Jonasz, przezornie wyjęty z paszczy potwora przed umieszczeniem go w charakterze szyldu. Minęły równo dwa tygodnie, gdy właściciel galerii dostał list od porywaczy. Nie żądali okupu. Zapewniali tylko, że wieloryb jest w dobrych rękach.


Albowiem po prostu nie można mieć wieloryba, w znaczeniu: posiadać go na własność. Nawet drewniane cielsko, jakby by nie było przytwierdzone do muru i jakie łańcuchy by go nie skowały, wyzwoli się i będzie przechodziło z rąk do rąk, aż trafi w dobre ręce, czyli tam, gdzie Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki zwykle oddaje wiersz (susz: nie bez powodu młodszy kuzyn słynnego Moby-Dicka zwał się Moby-Dycki i był autorem jeszcze słynniejszego hitu: „Lordy don’t leave my/ All by myself”).


Ale miało nie być o prozie, wiadomo. To może o teatrze. Na bazie zbioru opowiadań Mateusza Pakuły (Lokator, 20016) powstało świetne przedstawienie teatralne Wieloryb The Globe, z tytułową rolą Krzysztofa Globisza jako wieloryba (zresztą dla niego pisany był źródłowy tekst; reżyserowała Eva Rysová). Krytycy oglądali ze łzami w oczach i z nie mniejszą egzaltacją pisali potem: „Wieloryb grany przez chorego na afazję Krzysztofa Globisza jest najbardziej wstrząsającą kreacją w polskim teatrze od czasu tej, którą stworzył w Ja, Fauerbach w 1990 roku Tadeusz Łomnicki – największy polski aktor drugiej połowy XX wieku” (Jacek Cieślak); „Globisz w środku siebie dalej pozostał transformistą, umie zmieniać nastroje i osoby, które nam pokazuje, na pstrykniecie palca, tylko że pstryknąć już się nie da. Trzeba ten start do transformacji pokazywać inaczej. Więc w swoich monologach-niemonologach jest jak dziecko, które nie poznało jeszcze wszystkich słów. Jak muzyk bez instrumentu, grający na czym popadnie” (Łukasz Drewniak). Bardzo mi się to szekspirowskie otwarcie całości podoba, widzę je wręcz jako motto czyjegoś tomu:


The world is the stage. My brain is the stage. I am the stage. Bywa że odczuwam wszystko. Przez chwilę jestem bardziej różnorodny niż przypadkowy tłum. Wszystkie epoki przez chwilę do mnie należą. Wszystkie dusze przez chwilę mają swoje miejsce we mnie. Lecz są takie fale takie nawałnice i szkwały które powodują że ocean się cały oddziela ode mnie. Wtedy zostaje się z niczym. Jakby woda rozstępowała się cudownie a ja zostaję w tym rozstępie w piachu pomiędzy ścianami wody i nie mogę iść bo nie mam nóg bo jestem jebaną rybą. Po brzegi wypełnioną pustką.


To jest poważny wieloryb, wieloryb kresu i bezkresu (do tego ryba, a nie ssak). W poezji dla dzieci mamy inne klasyki: Tuwim i Brzechwa. U tego pierwszego Pan Maluśkiewicz („najmniejszy na świecie chyba”) razu pewnego wyruszył spotkać wieloryba, ale jak to z dzbanami bywa, zamiast wyposażyć się w niezbędny zestaw narzędzi ekokrytycznych (czułość, uważność, język jako oikos, hiperobiekty, hydrofeminizm i gatunki stowarzyszone), zawołał do niego na pełnym morzu: „Cip-cip, wielorybku!/ Gdzie ty jesteś, rybeńko?/ Pokaż mi się choć tylko/ Tyciutko, tyciuteńko…”. Nic dziwnego, że wieloryb nie chciał wyleźć po takim upupieniu, zwłaszcza że znowu nazwano go rybą (och, Melville)... Walory edukacyjne niewielkie, za to wydanie z 2009 od wydawnictwa Dwie Siostry, jak zawsze w tym przypadku – wspaniałe.


Za Brzechwą nucono co prawda, że na wyspach Bergamutach „jest i wieloryb stary / co nosi okulary”, ale były to niewątpliwie plotki, które autor zdementował szybko w „grotesce radiowej” Wieloryb. Za długa, żeby przytaczać, a ponadto w wolnym dostępie, ale świetnie wpasowuje się w nasze czasy fake newsów i medialnego sezonu ogórkowego („Wca­le nie bred­nia. Była prze­po­wied­nia,/ Że gdy wie­lo­ryb wody na­pi­je się z Wi­sły / Na­stą­pi ko­niec świa­ta...” – także ten, jest to wieloryb końca czasów, trochę jak ten u Limona czy Zagórskiego i zupełnie jak ten z Lewiatana Zwiagincewa, więc należy na wszelki wypadek uważać). Można by zresztą na podstawie tego krótkiego utworu dramatycznego nakręcić kolejną część Misia, tak w realiach międzywojennych, PRL-owskich, jak i zupełnie współczesnych.


Nieco nowszym klasykiem poezji dla najmłodszych, a może jeszcze nie klasykiem, ale już klaskiem, jest opowieść o tym, jak smutny Wieloryb zaakceptował w sobie Niedoryba, czyli Joanna Mueller o innościach i nietożsamościach (to z „Piratów dobrej roboty” i ich tzw. „wierszowiązałek”). Piękna to była opowieść, trochę o samoakceptacji i zmianie, trochę o wnętrzu, bo wieloryb ten miał „duszę wielkiego ssaka. / I ssak ten w nim siedział i płakał”, a trochę z ducha leśmianowska, bo jednak zwycięża w niej owo „niedo” – coś, co za Deleuze’em nazwalibyśmy stawaniem się mniejszym lub za Tadeuszem Sławkiem – u-chodzeniem.


A teraz trochę ostrzej. Może Gojira? Proszę – są i „Latające wieloryby” na ostrym kwasie („sounds like a fuckin’ hippie”): “Waters of chaos have invaded all space” i “now I can see the whales/ Looming out of the dark/ Like arrows in the sky/ I can't believe my eyes/ But it's true”. Ten latający, ko smiczny wieloryb znalazł się nawet na okładce całego albumu Form Mars to Sirius, co od razu przypomniało mi jeden z questów do Stellaris, niestety jako płatne DLC: polowanie na kosmicznego wieloryba – Leviathans. Niestety wieloryb nie zawsze wygląda jak wieloryb, a szkoda, bo na grafikach promujących dodatek wyglądał obłędnie…



I tu zaczyna się oskarżycielski ton, trochę kwaśnych deszczów i srogich fraz, niby na wesoło, ale raczej na smutno. Najpierw Grzegorz Wróblewski w tomie Kosmonauci, z diagnozą raczej, niż przepowiednią:


Głosowanie w palarni haszyszu. Tym razem

rzeź wielorybów na Wyspach Owczych. Tradycja

czy ekologia? (Barman jest dziś neutralny.) Fruwające,

niepokojące butelki… Nie dojdziemy nigdy do zgody.

Wieloryb jest ssakiem wymarłym.


Potem u Patrycji Sikory „gdzieś na brzegu wieloryb wymiotuje słoikiem po kimchi”, by jeszcze bardziej fatalistycznie zrobić się mogło u Damiana Kowala Pod północnym niebem:


każda gwiazda ma w sobie śmierć – powołując się

na niebiosa, zabiliśmy Żydów, Ormian, wieloryby,

dodo i lasy deszczowe. jesteśmy następni, czujesz?

wodór zmienia się w hel, dotknij zapaści.


A skoro tak, skoro zapaść, to idźmy od razu w The Gamrot Show i jego wiersz z tomu Żółć, który zmienił się w multimedialne coś z Krystyną Czubówną na wokalu – O czym śpiewają pustynne kaszaloty (ile ja to razy już cytowałem):


Morze wyrzuciło na plażę we Włoszech ciało młodego kaszalota.

Z żołądka wyjęto kilogramy plastiku.


A teraz wyobraźcie sobie młodego kaszalota,

który wyrzucił z siebie morze,

a w potężnych aortach zamiast krwi

zorzą płonącego, lepkiego świata –

płynny plastik, pulsar, śpiew.


Austria. Matka i bliźniaczki zagłodziły się na śmierć.

W ich mieszkaniu nie było jedzenia.


A teraz wyobraźcie sobie nas jako śmierć,

którą częstujemy własne dzieci.

A jeśli ktoś przyjdzie,

lub może ktoś przyjdzie po nas,

to napiszą w dzienniku gwiezdnym,

że znaleźli nas martwych, zagłodzonych na śmierć,

a z żołądków wyjęto nam kilogramy plastiku,

a z plastiku – puste ciała naszych dzieci,

wyciśnięte jak tubki pasty do zębów.

I tylko na ścianach jakieś znaki, połamane zęby i próby ostrzeżeń.


Ależ to jest dobry wiersz, tak mimo wszystko i jakby wbrew autorowi. A że coś ciągle wysycha i płonie? Nie każdy lubi, niektórzy już się znudzili i wolą o czymś innym (patrz Rafał Wawrzyńczyk Official). Ja tam cenię, bo w figurze wieloryba mieści się nie tylko alegoryczna opowieść o poezji samej w sobie, ale też ten rodzaj naginania wyobraźni, która rzeczywiście musi dokonać wówczas swoistego przeskalowania – poruszać się między trybami mikro i makro. Tu można zgodzić się z Barbarą Sienkiewicz – gigantyczne cielsko wieloryba funkcjonuje na prawach ukonkretnionego hiperobiektu, a więc staje się znakiem czegoś, czego wyobrazić sobie już nie potrafimy i do czego służy nam właśnie poetyckie przyszpilenie lub alegoryczna, wielopoziomowa rozlazłość. Tak podziałała Anna Adamowicz w wierszu również będącym już ekoklasyką krytyki politycznej nacjonalizmu, a więc „rozpoznaniu” z tomu Animalia:


znam kraj który jest kolonią pąkli


każda pąkla zamknięta

we własnej wapiennej puszeczce

żadna nie wpuści do niej rozwielitki

ni oczlika ni raczka skrzelowego


wąsate pąkle plują naupliusami

które mają przed sobą cały ocean

a przyczepiają się tuż obok siebie

klejem mocnym jak skrzepła krew


znam kraj który jest kolonią pąkli

wyrosłych na skórze wieloryba

biorącego właśnie rozpęd aby

z całej siły otrzeć się o skałę

Egzystencjalna marność, ale jakże nośna w swojej prostocie. A skoro nurt zaangażowany wypłynął, to nie mogłem sobie odmówić w kampowym numerze mistrza Adama Wiedemanna, czytającego pod prysznicem, a właściwie to szemrzącego, swój piękny i niezatapialny wiersz niezaangażowany Wieloryby i słomki. „Czy wieloryb // zmieściłby się w katedrze, skoro bez trudu / mieści się tam Bóg? / Obaj są tak ogromni i połykają nasze słomki (…)” – oto jest kmina godna Poety, który napisał był kiedyś Bajki zwierzęce o tym, jak żmija syczy na robaka. A to przecież nie jedyny wiersz, w którym Wiedemannowi (podobno psiemu poecie) towarzyszyły wielkie ryby, rybo-ssaki i rybo-ludzie. I zawsze równie pięknie niezaangażowane w połykanie słomek.


A że w każdym odcinku musi być jakiś Afrojax, to tym razem wespół z Afrokolektywem freestyle’owa końcówka z kawałka Alter – mniej więcej o tym samym, co próbował złapać Wiedemann: „To dla Korei, to dla Tybetu, to dla świata, / bo dzisiaj szatan przybiera postać Big Maca, / i zjadamy naszego brata cukra, / robionego z naszego brata buraka, / wszyscy powinniśmy jeździć tylko rowerami, / a autobusy powinny być na olej słonecznikowy, / wszyscy powinniśmy coś zrobić, / kupić buty martensa, założyć bojówki, / dosłownie i w przenośni, / wyciągać wieloryby z Bałtyku i wrzucać je z powrotem, / powinniśmy zrobić coś dobrego, / żeby ta Ziemia była lepsza, / powinniśmy ocalić te lasy śródziem... nie, / puszcze…”. Wieloryby z Bałtyku i z powrotem!


Bardzo też lubię w tonacjach skórno-taksydermicznych wiersz MLB z tomu O O dedykowany Kazimierzowi Biculewiczowi – paleolityczne graffiti w brzuchu wieloryba. Przychodzi to trochę z innego kosmosu, znacznie bliższego rejestrom Stellaris, niż naszym akwatycznym ekwipażom, ale z wierszami Adamowicz i Wiedemanna znajduje podobną powierzchowność pracy mikrourządzeń:


jesteśmy naskórkiem społeczeństwa faktycznie, pozostali, stróże ujarzmiający kurz szlaufami, wtatuowani w garnitury pracze pieniędzy, malinowe w słońcu zakonnice, rowerzystki, blaszane hamburgery aut wrzynające się między plany horyzontu owszem, to jest głębokie taki pan W.: nerka, albo wątroba albo, niech będzie, serce, kupuje i sprzedaje akcje Wólczanki, przemieszcza się w limfocycie arteriami miasta – dla nas pazury zwierza, zwęglający płomień (światło?)


Tak, taki pan W. – rozsmarowuje istnienie długą, szeroką plamą jak topiony serek na bagietce albo zmywa je szlaufem, bo wszystko dzieje się nie we wnętrzu, nie w brzuchu, między neonami i krawężnikiem, jak u Świetlickiego, tylko na powierzchni, na skórze, w limfocycie tak spłaszczonym, jak spłaszcza się świat na mapie. A wiemy, w kogo chciałby się zamienić MLB, gdyby tylko nie była to metamorfoza wtórna i wymagająca częściowego łysienia – nie, nie w wieloryba, bo jak pisał Tomaž Šalamun (w jego przekładzie): „Wszystkie wieloryby / są głupie. Na wszystkie mam dowody”.


I jeszcze kilka wielorybich klasyków: „Klacz wstała, przedreptała kilka metrów, by usiąść pod brzozą. / Z mroku wyłania się kobieta-wieloryb z kroczem jak kajak” (Ryba), „widywałem białego wieloryba tam, / gdzie przebywa biały wieloryb, / widywałem brzozowy las / tańczący walca w brokatowych sukniach” (Jarosław Markiewicz z genialnego Zapisu ognia); Taranek w pisuarze: „byłem w klubie dla gejów / (cały wewnątrz piwnicznego chłodu wieloryba). // uczyłem się głębokich spojrzeń / (w których można zatonąć, zostać bratem ryby)”. No i Lesław Nowara, autor książki nomen omen Ość wieloryba, o której nie możemy zapomnieć. Jest też wątek gastronomiczny. U Basi Klickiej „na monitorze jest się jasnym gąszczem, mięsistym wielorybem” (Cold wave), u Joanny Oparek w Berlin Porn:


tylko popatrz

jak drżą te podniecone dusze

wyeksponowane na poduszkach tiary kolie

wysadzane żywymi kamieniami czaszki Hirsta

brylant jak galareta meduza a bruk jak brzuch wieloryba

ba!

samego Moby Dicka

bo jakieś znaczenie musi kryć się we wszystkich rzeczach

i tłum posiada głębię a jego żądza osadza się

jak plankton

i falowanie tłumu służy temu brud jest jadalny

piękno jest strawne


a potem w wielkim cyklu życia, którego nie może zabraknąć u Julii Fiedorczuk w nagradzanych Psalmach:


(…) wspólne

unoszenie się na wodzie, pokój. i prawie

pomyślałam: tak wpłynąć

w tę nicość o wielu imionach, gdzie miliony

żywią się ciałem wieloryba przez żyzne dekady,

gdzie jego szkielet to solidny dom, tak:


Naprawdę kończyło się dwukropkiem, to nie błąd (co pisał o dwukropku Derrida, a co Deleuze?). I jeszcze na koniec dwa krytyczne kawałki, które jakoś tak mi się napatoczyły, a mają w sobie esencję językowego polowania na walenie. Robert „Ryba” Rybicki z Rybnika o Kup kota w worku Różewicza:


Jaki jest tu więc światopogląd podmiotu? Bardziej może dystans jako światopogląd, a nie część światopoglądu? Parodia sama w sobie zakłada przecież dystans do parodiowanego obiektu. W tym momencie tekst parodiowany jest jak jakiś kryl, który wpada w fiszbiny wolno sunącego wieloryba. I krylowi ciężko się z tego otrząsnąć. O ile coś z niego zostanie.


I Kacper Bartczak z epickiego Świata nie scalonego:


Fizjologiczny dreszcz rozkoszy odczuwany przy kontakcie z dziełem sztuki to manifest kogoś, kto przekracza brak złudzeń ku znalezionej w sobie zdolności do zachwytu, kogoś, kto twierdzi, że ludzie w swojej metafizycznej samotności są o wiele ciekawsi niż demiurgiczne białe wieloryby.


W ten sposób wracamy do Moby Dicka oraz do Czesława Miłosza i jego „białego wieloryba świata”. A w tym kontekście warto polecić dwie pozycje: tytułowy esej z Gramatyki bieli Dariusza Czai (2018) oraz świeżynkę od Adama Lipszyca Melville. Ostatki tożsamości (2022). Ten pierwszy:


Potworność Boga, jeśli rozumiem Heideggera, nie polega na jego genetycznej negatywności czy złośliwości (tak myślał Ahab!), na tym, że wzbudza On tylko grozę czy przerażenie. Polega raczej na Jego radykalnej i nieusuwalnej obcości, na tym, że nie sposób Go oswoić, że niepodobna zarzucić na Niego sieci splecionej z dostępnych języków, że nie sposób zamknąć Go między okładkami ludzkiego słownika. W tym kontekście Moby Dick odsłania się jako potężna parabola teologiczna, jego „potworna” biała potęga staje się trudnym wyzwaniem dla odczarowanego myślenia. Jest straszliwą zagadką, pytaniem skierowanym do nas. Nic nie stoi na przeszkodzie, by zdejmujący trwogą, wypadający poza rutynową teo-logikę obraz białego wieloryba odczytać jako koan zachodniej duchowości.


Nie jest to pomysł zupełnie oryginalny, bo Czaja powołuje się w tym miejscu na pracę Daniela Hermana „Zen and the White Whale. A Buddhist Rendering of Moby-Dick” (2014), której już niestety nie zdążyłem przeczytać, ale okładkę ma przednią. I jeszcze ten drugi, tzn. Lipszyc, ale podążając krok w krok za Melville’em i za 95 rozdziałem jego arcydzieła:


Błazenada błazenadą, ale sprawa jest oczywiście poważna. Izmael nie ukrywa, że ów enigmatyczny obiekt, najdziwniejszy organ wielorybiego ciała, fascynuje uganiających się za kaszalotami mężczyzn. Wielorybnicy – zawistni niczym król Asa – pragną zdobyć ten monstrualny członek, by równocześnie mieć go, być nim i odrzeć go ze skóry. Odziany w dziwaczną sutannę siekacz, godny reprezentant całej załogi, pragnie wydrwić i ostatecznie pokonać cielsko wieloryba, a zarazem w karnawałowym, rabelaisowskim duchu odebrać katolickiego dostojnika, który zgodnie z logiką tego wspaniałego performansu właśnie jako skazany na celibat miałby w fantazji własnej i swojej trzódki ucieleśniać arcyfallus. Niepewni swojej potencji i swoich rozmiarów mężczyźni wpatrują się w ów monstrualny organ, starając się poradzić sobie jakoś z naporem złości i uwielbienia.


Otóż to. Moby Dick, arcyfallus, kaszalot, a z angielskiego sperm whale. Rację miał więc Miron Białoszewski, pisząc możliwie lakonicznie swoją „Bajkę o wielorybie”: „Mignął w szybie”. Arcykrótki moment szczytowania po jakże rozległej i zwalistej grze wstępnej. Poezja.