top of page

Ekonomia ruchu. Wyobrażone strategie bycia razem

  • 12 minut temu
  • 9 minut(y) czytania

fot. Tobiasz Papuczys
fot. Tobiasz Papuczys

Rozmowa z Markiem Gluzińskim, kuratorem projektu „Choreotopie” w Instytucie im. Jerzego Grotowskiego




Kamil Kawalec: Czym jest przyjemność płynąca z ruchu i poszerzania percepcji? 


Marek Gluziński: Przyjemność płynąca z ruchu polega na świadomym, ale też nieświadomym używaniu ciała. Na wchodzeniu głębiej w cielesność zamiast jej unikania, chowania, udawania, że jej nie ma. Żyjemy w kulturze, która bardzo mocno premiuje głowę – słowo, myśl, argument, narrację. Ciało bywa traktowane jak środek transportu dla mózgu…

 

KK: Ciało jako środek transportu. To mnie ujęło. Wydaje się, że współczesna cywilizacja generalnie dzieli się na elementy dotyczące transportu i produkcji. Zgadzałoby się to z twoim podziałem na ciało i głowę. No ale właśnie, taki podział wydaje się... no właśnie jaki? Kapitalistyczny, patriarchalny, oświeceniowy w wypaczony sposób? Co mogłoby być przyczynkiem do zmiany myślenia? Czy wystarczy sobie coś przestawić w głowie?


MG: Wydaje mi się, że podstawowym sposobem na odejście od paradygmatu produkcji i transportu jest poszukiwanie sposobów funkcjonowania innych niż kapitalistyczne, hegemoniczne i eksploatacyjne (nawet jeśli autoeksploatacyjne). Właśnie utopijnych. Zatem chyba nie tyle wystarczy przestawić sobie coś w głowie, co trzeba zintegrować głowę z ciałem, zdetronizować ją. Uznać, że produkcja w głowie nie jest nadrzędna, wobec produkcji ciała. Co by było gdybyśmy uznali, że to, co wyprodukuje głowa, jest jakoś paralelne z tym, co produkuje ciało. Co się stanie, gdy wykonamy takie ćwiczenie myślowe, w którym przyjmiemy, że nasze myśli to w większości tylko pot, łój, łzy, krew, sperma, śluz i kał? I zrozumiemy, że ciało ma swoją wiedzę, swoje pamięci, swoje możliwości budowania relacji z innymi ciałami, których żadne słowo nie zastąpi. Kiedy zaczynamy tego używać – świadomie albo właśnie pozwalając sobie na nieświadomość – otwierają się nowe krajobrazy. Indywidualne i wspólnotowe jednocześnie. I to jest właśnie to poszerzenie percepcji, o którym myślę. 


fot. Tobiasz Papuczys
fot. Tobiasz Papuczys

KK: Czy to jest poniekąd związane z poczuciem komfortu? W sensie: ta wolność do reagowania ciałem? 


MG: Wolnością jest wyzwolenie się z pułapki „rzeczywistości”. Komfortem jest bycie w ciele, z „pustą” głową. Ciekawym jest odkrywanie, jak wtedy ciało decyduje, bez osądów z głowy, o tym czego chce. Zaskakujące jest doświadczenie, że głowa może podążać za ciałem, a nie kierować ciałem. Uwalniający jest powrót do instynktów, spontaniczności. Swego rodzaju podróżą wehikułem czasu jest doświadczenie własnej zwierzęcości. Na tym bym się zatrzymał, bo mam wrażenie, że i tak powiedziałem już za dużo. Słowa oszukują. Tego trzeba doświadczyć. 


KK: W tekście kuratorskim nawiązujesz do Utopii Thomasa More’a, szesnastowiecznego dzieła, w którym autor zaproponował model idealnego społeczeństwa. Oprócz zmian ustrojowych, dotyczących sfery życia codziennego i warunków pracy, More opierał swoją koncepcję między innymi na wspólnotowości i harmonii. Choreotopie częściowo odbijają się od jego wizji perfekcyjnego świata. W jaki sposób?


MG: Najprościej rzecz ujmując: przynajmniej dla pokolenia osób urodzonych po II wojnie światowej, żyjemy w najbardziej niestabilnym czasie. Nie było wcześniej w życiu pokoleń powojennych takiej kumulacji negatywnych doświadczeń. Czy to pandemia z lockdownami, czy wojna przy naszej granicy, pushbacki na granicy z Białorusią, ludobójstwo i eskalacja konfliktów na Bliskim Wschodzie, kryzys klimatyczny, epidemia depresji – to wszystko powoduje, że stabilny grunt usunął się nam spod nóg. Nie możemy być niczego pewni. Strach zaczął towarzyszyć codziennemu życiu. Minęło ponad pięćset lat od Utopii i raczej nikt dziś nie wierzy, że można zaprojektować idealny świat raz na zawsze. Mnie interesuje coś innego. Interesuje mnie utopia jako hipoteza robocza. Jako kierunek, nie jako cel. Że poprzez myśl przekładaną na ciało możemy zbudować wspólnotę, a nie przez myśl przekładaną na słowo. Albo tak: jeśli na początku było Słowo i Słowo stało się ciałem, to mnie interesuje właśnie to ciało. Kropka. Choreotopie to nie próba stworzenia perfekcyjnego porządku. To zaproszenie do procesu – do przemyślenia na nowo sposobów bycia razem. Przyszłość jako coś, co wydarza się w relacjach, w ruchu, w spotkaniu. Dlatego liczba mnoga — Choreotopie, nie Choreotopia. Zakładam ich wielość. Bo nie ma jednej odpowiedzi. Są poszukiwania, próby wzmacniania się, budowania rezyliencji, odporności, dawania radości i poczucia szczęścia.


fot. Tobiasz Papuczys
fot. Tobiasz Papuczys

KK: Wspólnotowość, bycie razem – to zagadnienia, które są mi bardzo bliskie. Jak w tym kontekście rozumiesz pomoc wzajemną? Nie tyle jako efekt wrażliwości na cudzą krzywdę, ale też jako czynnik rozwoju? 


MG: To bardzo trudne. Nie chcę powiedzieć, że bycie razem ma do niczego nie prowadzić, ma niczego nie obiecywać, ma niczego nie dawać oprócz doświadczenia przyjemności z poczucia jedności, połączenia. Że pieprzyć rozwój, pieprzyć cywilizację, pieprzyć myśl. A może chcę? Na pewno szukam możliwości wyobrażenia sobie innego rodzaju ekonomii niż ta zarządzająca nami, w której wspólnota jest związana wspólnym interesem, rozwój jest rosnącym zyskiem tej wspólnoty, a pomoc jest sposobem na kupienie czystego sumienia. Czy jest możliwy zwrot w stronę bezinteresowności i wsparcia? Utopijnie uważam, że tak. Właśnie wtedy, kiedy uznamy, że warto robić rzeczy niemądre, głupie, bezsensowne, nie prowadzące do niczego. Właśnie wtedy hakujemy system. I być może to jest właśnie jakiś niewyobrażony jeszcze rozwój? Albo zwój? Jakie to ma w ogóle znaczenie?


KK: Piszesz, że „choreografia jest dla nas sposobem myślenia, działania i postrzegania świata”. Czy ruch może być odpowiedzią na współczesne kryzysy i jeśli tak, to co może zaproponować? 


MG: No właśnie. Ruch może – ale choreografia jest tu rozumiana szerzej, nie jako ruch w określonym tempie do określonej muzyki. To choreografia rozumiana jako zwrot choreograficzny w sztuce współczesnej. Coś, co wyrasta poza teatr, jest bliższe sztukom wizualnym niż performatywnym. A być może nawet idzie od strony sztuki wizualnej w stronę sztuk performatywnych, a nie na odwrót. I choreografia jest tu czymś dużo więcej niż organizowaniem ciała do muzyki. Jest sposobem organizowania ciała wobec innych ciał, wobec przestrzeni, wobec czasu, wobec historii, polityki, ale też emocji. Choreografia jest rewolucją w sztuce – zwrotem, jak kiedyś zwrot performatywny. Czemu jest odpowiedzią na kryzysy? Bo kryzys jest momentem, w którym stare schematy przestają się sprawdzać, przestają działać. Co jest potrzebne? Nowe możliwości, nowe narzędzia. Zadaniem artysty jest szukanie tych narzędzi. I jeśli artysta może być artystą, a nie musi być żołnierzem, jak aktualnie wielu znanych nam artystów w Ukrainie – to jego zadaniem jest szukanie poprzez sztukę tych nowych możliwości budujących wspólnotę. Bo kiedy stoimy przed niebezpieczeństwem, mamy trzy możliwości: zamrozić się, uciec albo walczyć. Zamrożenie to udawanie, że nie żyjemy. Ucieczka to nałogi, nadmierna praca, świat wyobraźni bez konfrontacji z rzeczywistością. Ale jest jeszcze walka – i nie mówię o walce agresywnej. Mówię o zdrowej walce. O szukaniu nowych sposobów na to, żeby mimo tego wszystkiego móc żyć, móc się kochać, budować bliskość z innymi ludźmi. Nie chować się w indywidualne światy, nie kupować tylko plecaków survivalowych i wody na zapas, ale szukać siebie nawzajem. Przecież potrzebujemy innych ludzi. I właśnie taniec, choreografia eksperymentalna, praca artystyczna mogą być zdrową walką o siebie i dawać możliwość doświadczenia takiej wspólnoty. 


KK: Homo sapiens jako istota wspólnotowa. W jaki sposób przełożyć twoje słowa na praktykę dnia codziennego? Czy przychodzą ci na myśl jakieś proste metody, które pozwoliłyby zwrócić uwagę w tę stronę? 


MG: Nie jestem politykiem, kołczem, sprzedawcą odpowiedzi. Jestem tylko małpą, która patrzy na inne bawiące się małpy. Nie mam odpowiedzi na większość pytań. Improwizuję, prowokuję, głośno myślę, filozofuję, szukam. Czasami nie znajduję niczego więcej. Tak jest tym razem. Nie mam odpowiedzi… 


fot. Tobiasz Papuczys
fot. Tobiasz Papuczys

KK: Projekt zakłada inkluzywne podejście do publiczności, przestrzeni i obiektów, które się w niej znajdują. Czego twoim zdaniem można się nauczyć przez doświadczenie performatywne?


MG: Doświadczenie performatywne, odpowiednio zorganizowane, w odpowiedniej dyscyplinie i jakości – bo nie mówię, że każde – może stać się doświadczeniem transformującym, może być rytuałem przejścia. Może być odkryciem nowych możliwości, których się nie było świadomym. 


KK: Wśród filarów cyklu wymieniasz współodczuwanie i uczestnictwo w „procesie przepływu”. Zastanawiam się, czy aby te pojęcia (nieintencjonalnie) nie tworzą bariery dla osób, których dotychczasowe doświadczenie kulturowe nie wiązało się z braniem udziału w tego typu wydarzeniach? Kapitał kulturowy, który pozwala swobodnie wejść w performatywną sytuację, wymaga odpowiednich kompetencji, które nie są równo rozłożone, a pojęcia, użyte do komunikacji projektu mogą dla niektórych osób stanowić barierę już na poziomie języka. Czy dostrzegasz to napięcie i jak projekt stara się do niego podchodzić?


MG: Tak, oczywiście dostrzegam to napięcie. Jestem artystą rozpiętym między sztukami wizualnymi a performatywnymi – posługuję się językiem przynależnym tym sztukom. I zgadzam się – ten język jest hermetyczny, nieinkluzywny, wykluczający. Zupełnie nie pozwala dotrzeć do odbiorcy o niższych kompetencjach kulturowych. Ale posługuję się nim w mediach, które tym językiem przemawiają do swoich odbiorców. Jeżeli ktoś czyta tę wypowiedź właśnie tu, w „Zakładzie”, „Niezbędniku” itd., wie, gdzie jest, nie trafił tu przypadkiem. Tak myślę. Więc posługuję się językiem, który przynależy do tego świata, w którym jest również odbiorca. Ale chcę powiedzieć teraz bardzo mocno jedną rzecz. Doświadczenie pracy, którą proponuję w Choreotopiach, nie operuje słowem. Operuje w zupełnie innych rejestrach. Ciało wobec ciała. Myśl wobec ciała. Ciało, które myśli. Myśl, która jest cielesna. I w związku z tym każdy, niezależnie od tego, jakie ma kompetencje językowe i kulturowe, może przyjść i doświadczyć tego i poczuć się w tym dobrze. Tacy ludzie już byli na spektaklach w styczniu i w marcu. I niekoniecznie są to osoby, które przeczytały cokolwiek o Choreotopiach. Właśnie dlatego mówię: przyjdź i spróbuj użyć ciała jako języka, bo język słowny, którym operujemy, jest niewystarczający, nieadekwatny do opisu. 


KK: Jakbym mógł w tym miejscu postawić lajka to właśnie kliknąłbym ikonkę. Sam brałem udział w spektaklu Publika i mogłem doświadczyć przejścia poza sferę swojej codziennej pracy w tekście i przerzucenia się na język ciała. Szczerze, okazało się, że poczułem, że mam bardzo dużo do wyrażenia ciałem i w ogóle nie miałem ochoty tego werbalizować. 


MG: Brawo! I o to chodzi!


KK: W sferze codziennej, nasze ciała ulegają presji bodźców i konwencji. Często spotykam się z określeniem „dziwności” jako opisu performensu albo jako wyraz osobistej niepewności przed uczestnictwem. Czy taniec i ruch mogłyby służyć jako narzędzia animacji kulturowej, które pozwalają tę „dziwność” oswoić?


MG: Tak, oczywiście. Ale żeby oswoić dziwność, trzeba się z nią trochę pogodzić – doświadczając jej, pozwolić sobie na nią, wytrzymać ją. Jeżeli ktoś jest tak sztywny w konwencjach, tak zero-jedynkowy w swojej konstrukcji psychiczno-myślowej, że tego nie jest w stanie wytrzymać – to nie ma w tym momencie szansy się zmienić. Będzie się trzymał sztywnych granic i uciekał od wszystkiego, co dziwne, co wytrąca z równowagi. A przecież od dyskomfortu nie da się, jak widać z naszej historii, uciec. Więc jeżeli pozwolimy sobie na pobyt w tej dziwności, na moment dyskomfortu – to jest właśnie ten moment zawstydzenia, który może coś zmienić. Mam w pamięci feedback po pierwszym spektaklu. Uczestniczka opowiadała: „stałam tam i chciałam się do ciebie schylić, ale pomyślałam, że chyba jednak nie powinnam. A potem: «czemu ja nie robię tego, co czuję? Czemu się krępuję? Kto tak powiedział, że widownia nie może brać udziału?»” I potem zorientowała się, że patrząc na performerów widzi też dookoła innych ludzi z widowni. Że oni patrzą na nią. Że jest sama częścią tego performansu, tego spektaklu. I że właśnie tym bardziej chciałaby robić dokładnie to co czuje. I tak opowiedziany proces wewnętrzny – to jest właśnie ta dziwność. Jest mi dziwnie, jest mi niekomfortowo, ale pracuję z tym. I to mnie czegoś uczy. O mnie samej. O nas jako wspólnocie. Wychodzę nauczona, być może z nowymi możliwościami, być może bardziej otwarta w przyszłości. Więc tak – choreografia eksperymentalna może być narzędziem emancypacji. Co zrobić z tymi, którzy się boją? Spróbować zachęcić na różne sposoby. Jak się uda – super. Jak się nie uda – trudno. Każdy jest odpowiedzialny za swój własny lęk (oprócz tego, czym straszyli go rodzice).


KK: Dziwne jest tak piękne. Dziwnie jest między nami. Bo wspólnota to nie to samo, co kolektyw, grupa znajomych, kooperacja. Wspólnota wydaje się posiadać status, który się z tym pokrywa, ale też wykracza poza te pojęcia. Czy dobrze interpretuję, że wspólnotowość wiąże się jednocześnie z jakąś formą niezrozumienia, zgrzytem? Nie takim wyniszczającym, ale takim pęknięciem, które jak się pojawia, to daje możliwość przyjrzenia się mu z bliska? Celebrowania różnicy? 


MG: Dokładnie tak. Niczego więcej nie czuję potrzeby dodawać. Choć chciałbym powtórzyć: celebrowanie różnic, pęknięć, wytrzymywanie zgrzytów. Piękno dziwności. Queerowanie rzeczywistości. To jest prawdziwy bunt w świecie, który na co dzień wzywa nas do polaryzacji, walki z innym i narzuca jeden kanon piękna. 


fot. Tobiasz Papuczys
fot. Tobiasz Papuczys

KK: Za nami już dwa spektakle: Watch me! Magdy Jędry oraz Publika Marii Stokłosy i aleks borys. Czym będzie finałowy pokaz? Jak opisałbyś go komuś, kto jeszcze nie brał udziału w podobnej formule? Co uczestnicy mogą z niego wynieść, zapamiętać? 


MG: Te dwa pierwsze spektakle – Watch me! i Publika – były spektaklami totalnie przełamującymi granice czwartej ściany. Widownia była częścią działań, częścią performansu, współtworzyła choreografię. Była performerami i jednocześnie widzami. Threesome/Trzy Wojciecha Grudzińskiego (29 i 30 maja) jest inny. Uczestniczy się w nim, siedząc i oglądając. Nie ma zadań, nie ma przełamania tej ściany. Jest spektaklem stricte teatralnym – a jednocześnie zrobionym narzędziami choreograficznymi, nie teatralnymi. Jego narracja i dramaturgia są nowoczesne. Wojtek jest pierwszą osobą ze świata tańca, która dostała Paszport Polityki. Pierwszą osobą z choreografii. To ogromne wyróżnienie. Jest to spektakl wykształconego profesjonalnie tancerza, który wraca do czasów swojego klasycznego treningu. Przywołuje polskich baletmistrzów, którzy zrobili ogromną karierę w Polsce i na świecie, wyciąga na wierzch ich nieznaną historię. Przywołuje ich duchy, oddaje im hołd, tworzy rytuał, który eksponuje ich queerowość, jakby ich duchy wchodziły w niego i wykonywały swój taniec, którego nigdy jako ludzie nie mogły wykonać, bo były w gorsecie oczekiwań i norm społecznych w tamtym czasie. Kiedy mówienie o queerowości nie było jeszcze możliwe, choćby dlatego, że nie istniały jeszcze odpowiednie słowa w naszym języku. Co można wynieść? Wspaniałe doświadczenie wizualne. Cielesne, jeśli pozwolimy, żeby neurony lustrzane w naszym ciele reagowały na to, co widzimy. Ale jest to też spektakl rozrywkowy. Tak bym powiedział. I uwaga: to nie jest finałowy pokaz. To trzeci spektakl w cyklu Choreotopie — i będą kolejne, mam nadzieję, że jeszcze w tym roku i w kolejnych latach. Zapraszam.



Najbliższy spektakl:

Threesome/Trzy Spektakl taneczny Wojciecha Grudzińskiego


Choreotopie


Pięćset dziesięć lat po publikacji Utopii Tomasza Morusa wracamy do zasadniczego pytania o to, jak wyobrażamy sobie wspólne jutro. Dziś – w rzeczywistości przeciążonej zmianą, podziałami i przyspieszeniem – nie chodzi już o projektowanie perfekcyjnego świata, ale o przemyślenie na nowo sposobów bycia razem: współistnienia, współodczuwania i współtworzenia.


Choreotopie to projekt artystyczny, który koncentruje się na rozwijaniu nowych modeli partycypacji społecznej oraz na eksperymentowaniu z choreografią jako formą wspólnego myślenia i ucieleśniania przyszłości. Wyrasta on z przekonania, że sztuki performatywne – a w szczególności choreografia, taniec – mogą stać się dla nowych wspólnot narzędziem komunikacji. W szerszym kontekście choreografia jest dla nas sposobem myślenia, działania i postrzegania świata. 


Realizując projekt, chcemy promować wizję społeczności jako dynamicznego procesu przepływu i transformacji, odrzucając statyczne myślenie o tożsamości na rzecz elastyczności. Podstawowym przedmiotem tego programu jest poszukiwanie możliwości zwiększania lokalnej rezyliencji wobec wyzwań współczesności, takich jak polaryzacja społeczna, kryzysy psychiczne i cyfryzacja więzi. Chcemy budować odporność społeczną za pośrednictwem sztuki, dzięki praktyce, twórczemu namysłowi, uważności, przez ruch i spotkanie.


Marek Gluziński

Kurator projektu


Projekt został objęty patronatem medialnym magazynu. 

ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo
bottom of page