top of page

Aniela Sobuś - Mysia nora

  • 8 godzin temu
  • 7 minut(y) czytania
fot. Michał Topolan
fot. Michał Topolan

Patrzę na swoją twarz, świecącą w małym okienku po prawej stronie ekranu. Jest o sekundę spóźniona, wyraża jeszcze mimikę ostatniego słowa. Wydaje się mówić do mnie z przeszłości. Za twarzą chybocze się meblościanka. Stoi na niej plastikowy biały kot, który kiedyś machał łapką, żeby naganiać do domu szczęście i majątek, ale teraz zastygł, ponieważ wypadły z niego baterie. Odwracam wzrok od ekranu i wyglądam przez okno, walcząc z lękiem wysokości. Widok z dziewiątego piętra przyprawia mnie o zawrót głowy. Pod blokiem rozciąga się boisko, otoczone kilkoma kasztanami pamiętającymi lepsze czasy Starego Mokotowa. Niebo wydaje się szerokie i płaskie, jak rozwinięta nad miastem płachta materiału. Blok jest wspomnieniem po szczytowym okresie PRL-u. Miał być nadzieją dla ludu. Nadzieją dla mnie. W porównaniu z oferowaną przez niego panoramą, wnętrze jest klaustrofobiczne. Mój pokój kształtem odpowiada pudełku po butach, meble i ludzie mieszczą się w nim tylko wzdłuż, ale nigdy w poprzek. Zamiast firanki w oknie wisi pomarańczowa chusta, haftowana w czarne wzory przechadzających się słoni. Kupiłam ją w trakcie zagranicznego wyjazdu po maturze. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że w wieku dwudziestu siedmiu lat nadal będę brać udział w niekończących się rekrutacjach. Dziękuję, oddzwonimy. Niestety nie rekrutujemy już na to stanowisko, ale czy mogę zachować pani CV? Moje studia z literatury okazały się mrzonką, która nie pasuje do wielkiego miasta. Niedoszła artystka w pudełku po butach. Teraz chusta wisi na plastikowych zapięciach do zasłon, zepchnięta w kąt, żeby nie było jej widać w trakcie spotkania. Z boiska pod blokiem zaczyna dudnić muzyka, której towarzyszy prymitywny chórek młodych mężczyzn. Obsiedli ławkę niczym wrony w czarnych ortalionowych dresach. Dwóch z nich przycupnęło na oparciu, tworząc plątaninę chudych kończyn i przebiegłych min. Głośnik wcisnęli między siebie, więc tekst piosenki wydaje się wydobywać z ich wspólnego, napiętego ciała. Chciałbym się wyprowadzić i zarobić mannę. Może być kawalerka tylko żeby miała wannę. Osiedle emerytów wcale nie takie normalne. Co się gapisz? Przecież nic ci nie ukradnę.


***


Stoję pod dachem podziemnego przejścia przy stacji metra Centrum. Spadł deszcz, na który nabrzmiewające niebo szykowało się cały dzień. Czuję, jak stopy wykrzywiają mi się w wysokich kozakach. Owijam się szczelniej sztruksową kurtką, bo z podziemia napływa chłodne powietrze. Zapach metalu miesza się z wilgocią. Wiele osób stoi przy ścianach i czeka na umówione spotkania. Próbują wypatrzeć obcych, którzy kupili ich używane rzeczy przez Internet. Ściskają w rękach siatki z podręcznikami, ubraniami i naczyniami. Mną w kieszeniach przygotowane wcześniej banknoty. Rozglądają się i próbują zgadnąć, kto jest ich spóźniającym się nabywcą albo wpatrują się w telefony, czekając na instrukcje. Jestem obok wejścia, mam zieloną czapkę. Czekam przy schodach w czarnej kurtce. Macham do Pani.


Na środku, pod rozkładanym dachem, stoi mężczyzna z biblijnym gniewem w oczach. Wykrzykuje prośby o nawrócenie do mikrofonu podłączonego do przenośnego głośnika. Rozwiesza za sobą wygenerowane przez sztuczną inteligencję, powiększone do kolosalnych rozmiarów podobizny Chrystusa. Sztuka sakralna na moknącej w deszczu plastikowej płachcie nie interesuje zabieganego tłumu. Pan na was czeka!

W głębi przejścia siedzi staruszka. Na kocu przed nią rozłożone są rajstopy w papierowych opakowaniach, pończochy w foliowych workach i złożone w kostkę majtki. Z rysunków na etykietach prężą się anonimowe modelki, bielizna ściska ich ciała, odporne na chłód letniego deszczu. Staruszka mruczy coś do siebie, zajęta toczącą się w jej wnętrzu rozmową nawet wtedy, gdy klientka o poważnej twarzy zawiesza wzrok na poliestrowych pończochach. Zerkam na kobietę. Ma karcące spojrzenie, druciane okulary i czarne pantofle. Będzie z takich emka? Ciemnoróżowa szminka wgryza się w zmarszczki wysuszonych ust. Nie można kartą. Odwracam wzrok, przyłapana na patrzeniu. Sztuczna inteligencja, przebrana za tradycję, błogosławi mnie z namiotu.

Sukienka drapie mnie w szwach. Spływa po moim ciele wiskozową kaskadą, falbanki trzepoczą wokół odsłoniętych kolan. Jest uszyta z białego materiału w pomarańczowe kwiatki. Uznałam, że to strój, który będzie pasował do tworzenia wspomnień z pierwszego spotkania. Zerkam na zgaszony ekran telefonu, żeby w odbiciu poznaczonym liniami papilarnymi zobaczyć, czy nie rozmazuje mi się makijaż. Zaczynam wątpić w sens wydarzeń, które jeszcze się nie rozpoczęły.


–Asia? – słyszę nagle zza moich pleców.


Odwracam się i widzę chłopaka, który wyciąga przed siebie świecący ekran telefonu. Jaśnieje na nim moje zdjęcie z wakacji, wybrane jako pierwsze na portalu randkowym, boleśnie wyraźne. Asia, dwadzieścia siedem lat, czegoś stałego lub na krótko. Mimo że pośpiech nie zelżał, mam wrażenie, że przez sekundę wszyscy patrzą na fotografię. Widzą mój kostium kąpielowy w kropki i spalony słońcem grzbiet nosa. Rozglądam się poirytowana. Wścibskie miasto uśmiecha się z politowaniem, przyłapane na patrzeniu.


***


Budzę się nad ranem. W pokoju jest duszno, wszędzie unosi się słodkawy zapach. Mam wrażenie, że plakaty zaraz spadną ze ścian, wilgotne od uwięzionego w pomieszczeniu gorąca. Mają zakrywać pełną grudek, nałożoną w pośpiechu farbę. Kartki zwijają się, próbując powrócić do pierwotnego stanu rulonu, jakby były zmęczone prostowaniem pleców. Wszystko jest zatopione w pomarańczowej poświacie. Słońce już wstało i przebija przez materiał chusty, którą zaciągam, mimo że na dziewiątym piętrze nikt nie może mnie podejrzeć. Ze snu wyrywa mnie niezbyt przekonujące wyznanie miłosne chłopaka wychowanego na osiedlu. Zacznij ze mną wszystko od nowa, będę cię kochał, będę szanował. On ciebie zdradzał i manipulował. Proszę, nie będziesz żałować.


– O, leci Kazek – mruczy chłopak z metra Centrum i odwraca się na drugi bok.


Wygląda komicznie, owinięty pościelą w kwiatki, z bladą skórą odbarwioną na pomarańczowo, wciśnięty w kąt jednoosobowego łóżka. Utwór, który słyszymy od sąsiadów przez cienkie ściany, rozbrzmiewa jak niechciany budzik, wypełniając pokój przytłumioną muzyką. Przekleństwa mieszają się z miłością, która pod ich wpływem wydaje się pogardliwa, pełna podejrzeń, tymczasowa. W końcu było siano, pozmieniały się standardy. Nigdy więcej szarych myszek, zawsze już petardy.


Zastanawiam się, kim jest dziewczyna z utworu. Może puszcza piosenkę w pokoju dużo lepiej urządzonym niż ten, skoro kariera jej chłopaka wyrwała ich z nieprzyjaznego środowiska. Nie uciekli przed nim do końca, prawda o ich korzeniach jest zamknięta w słownictwie, marzeniach, jednostajnym rytmie muzyki. Ześlizguję się z łóżka i stawiam bose stopy na skrzypiącej podłodze. Czuję nierówność szczelin, rozjeżdżające się deski jęczą w rytm moich kroków.


Wchodzę do łazienki, przeglądam się w lustrze i przygładzam zmierzwione snem włosy. Nie zmyłam makijażu. Chciałam wyglądać ładnie, kładąc się spać przy świadku. Czarne półkola tuszu do rzęs znaczą przestrzeń pod moimi oczami. Grudki osypały się na policzki. Wyglądają jak brudny deszcz. W majtkach i koszulce Legii Warszawa, zakupionej przeze mnie w lumpeksie, przypominam filmową wizję dziewczyny kibica. Nie mów mamie, że się kochasz w chuliganie. Ale chłopak z metra pracuje w korporacji. Nosi koszulę bez krawata, przemierza dziesiątki szklanych pięter w drogich sportowych butach, ćwiczy na siłowni w tym samym budynku i je dietę pudełkową. Nie wiem, czy był kiedyś na meczu. Sikam i wyobrażam sobie, jak sama zaczynam mieszkać na strzeżonym osiedlu, jeść posiłki przywożone wprost pod drzwi i biegać na bieżni w rytm motywacyjnej muzyki. Przerywa mi zawodzący głos. Zza zaklejonej kratki wentylacyjnej zaczynają się wydobywać dźwięki porannej mszy. Jest siódma rano. Seniorzy modlą się przed telewizorami. Panie obdarz kościół swój jednością i pokojem. Myję ręce i wychodzę pospiesznie. Wstyd mi, jakbym siedziała rozebrana w świątyni.


***


Widzę po chłopaku z metra, że próbuje powtrzymać krytyczny wyraz twarzy, który wpełza mu na wąskie usta. Nie zauważyłam wcześniej, że na jego policzkach pstrzą się dołki blizn po trądziku. Opiera się plecami o lodówkę. Nie wie, że ściskają ją szwy taśmy izolacyjnej. Wstrzymuję oddech, czekając, aż chłopak zapadnie się do jej plastikowego wnętrza, w którym straszy uschnięty szczypiorek, ser biały i dwa nadgryzione pomidory. Lodówka wytrzymuje jednak napór męskiego ciała. Patrzymy na stary ekspres do kawy, który z rozpaczliwym rykiem zaczyna mielić podskakujące w pojemniku ziarna. Dźwięk zagłusza muzyczną kakofonię wybrzmiewającą z pozostałych pomieszczeń. Kuchnia jest malutka, urządzona w bieli i czerwieni. Jej układ przypomina PRL, który poprzedni właściciele próbowali wypędzić meblami z Ikei. Jedna ze ścian jest zastąpiona ogromną szybą sięgającą niemal do sufitu. Za nią rozciąga się widok na salon, którego nie uprzątnęli dawni lokatorzy. Piętrzą się w nim stare meble – odbarwione na żółto fotele pozbawione okryć, rozpadające się biurko i osiadająca ospale na ziemi niebieska kanapa. Przez oparcie przelewa się porozrzucana pościel. Podłoga usłana jest papierami, które pokrywa wijące się drobne pismo. Na środku stoi duża szpula po kablach. Leżą na niej książki z pociemniałymi okładkami i kilka zmatowiałych szklanek. Nad wszystkim góruje szafa, zwieńczona czaszką jelenia. Trofeum myśliwskie zerka na salon pustymi oczodołami. Bałagan przywodzi na myśl wyobraźnię dziecka, w której odpady przypominają sprzęty domowe, budynki i ubrania. Wszędzie porozrzucane jest zielonkawe siano pozostałe po nielegalnej hodowli myszy. Wygląda jak resztki zniszczonej przez urbanizację łąki. W szafkach dalej stoi karma dla gryzoni. Podczas nielicznych chwil, gdy sąsiedzi są zajęci i nikt nie puszcza muzyki, wydaje mi się, że słyszę ciche skrobanie biegających zwierzątek. Może niektóre z nich ocalały w zgliszczach porzuconej cywilizacji, którą poprzedni właściciele zostawili na zatracenie. Drobiny kurzu unoszą się w powietrzu, wirując w promieniach porannego słońca. Z okien rozciąga się widok na całą Warszawę, zaskakująco prestiżowy i perspektywiczny, w porównaniu z graciarnią, która przywodzi na myśl połączenie antykwariatu i wysypiska śmieci. Wydaje się, że spiętrzone przedmioty napierają na ściany, jakby tworzyły aglomerację, która rozrośnie się i pochłonie pozostałe pokoje, a później także inne mieszkania. Zerkam na chłopaka z metra i zastanawiam się, czy on uważa, że to ja przyniosłam te wszystkie rzeczy. Chciałabym wyjaśnić, że skuszona obniżeniem opłat zgodziłam się na samodzielne uprzątnięcie mieszkania. Ogarnia mnie jednak rezygnacja podobna do tej, którą odczuwam za każdym razem, gdy myślę o naciśnięciu klamki i wejściu do salonu. Ekspres kończy wyć, kawa paruje po skończonym wysiłku.


– Chcesz cukru? – pytam nieoczekiwanie piskliwym głosem.


– Nie, nie – odpowiada pospiesznie i bierze łyk, rzucając ostatnie spojrzenie na salon. Liczę, że nie pójdzie do łazienki, w której zawodzą mszalne pieśni z odległej Jasnej Góry.

Włączam ekspres ponownie, żeby zrobić swoją kawę. Zagłusza to dźwięk zmieszania, zbierania rzeczy, zapinania paska w spodniach.


Kładę się w pościeli, której obcy zapach mnie drażni. Otwieram okna, żeby go wywietrzyć, ale gorąco nie daje mu uciec. Czuję się rozczarowana. Pokój wydaje się skażony romansem, który miał mnie z niego uwolnić, ale tylko napełnił ściany niezręcznością, zmusił do cichego usunięcia kilku wiadomości w telefonie. Wydaje mi się, że konstrukcja bloku skrzypi, rozpychana przedmiotami. Muzyka przebija się przez mury, nieugięta i bezkarna jak jej twórcy, gotowa dźwięczeć cały dzień. Mam tu parę spraw, to mój betonowy las. Kiedy ona mówi „nie”, wtedy ma na myśli „tak”.


Cytaty muzyczne pochodzą z utworów Kaza Bałagane.

ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo
bottom of page