top of page

Oskar Meller - Smerfa marudy irytacje i zdziwienia

  • 4 godziny temu
  • 31 minut(y) czytania


Szukam nauczyciela i mistrza

niech przywróci mi wzrok słuch i mowę

niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia

niech oddzieli światło od ciemności.

T. Różewicz, „Ocalony”. [1]


Może w końcu zrozumiesz, sens drzemiący w tych tekstach

W końcu coś zmienisz, złe życie besztasz

Chcesz jakoś przetrwać, to twoja racja, czas się przebudzić, 

reedukacja.

Ryszard „Peja” Andrzejewski, „Reedukacja”. [2]


Koleżanek i kolegów nie mam w bańce wielu, więc kapitał symboliczny do zgarnięcia na dyskusji ze mną raczej kiepski. Jednak los się do mnie uśmiechnął. Miałem przyjemność zostać nazwany „kolegą po fachu” przez Łukasza Żurka w – opublikowanym na łamach „Małego Formatu” – tekście „Czy można lepiej?”, czyli o działaniu w „Kwaśnych obolach” Jakuba Sęczyka, który z założenia miał być recenzją wymienionej w tytule książki wrocławskiego poety. Ostatecznie propozycja Żurka wydaje się instrukcją słusznej krytyki literackiej, docierającej do rzeczywistego znaczenia autorskich gestów (również tych przez samego autora nieuświadomionych), a odbierającej znaczenie niemożliwym do zobiektywizowania intuicjom interpretacyjnym. Jeżeli nawet obserwacje z takich krytycznych prób nie są zupełnie przestrzelone, bo przecież Żurek zgadza się z „nie tak małą częścią rozpoznań” z mojego szkicu, to do referowanych wniosków docieram w niewłaściwy sposób. Zatem nie liczy się tylko wynik interpretacyjnej praktyki, jakim miałyby być po prostu celne sądy (wcale nie zakładam, że moje takie są), ale droga, jaką pokonujemy, skoro niekiedy lepiej powiedzieć mniej o samych wierszach, ale w towarzystwie słusznych przypisów i właściwego aparatu pojęciowego. Mam bowiem nieodparte wrażenie, że irytacji i zdziwienia Żurka mogłem uniknąć, gdybym w porę odrobił lekcję z intencjonalizmu i zrozumiał, czego w krytyce (już) robić nie wypada i jakiego słownika używać, aby uniknąć utowarowienia nie tylko przedmiotu analizy, ale także samej analizy, a przy okazji – przekształcenia mojego krytycznego stanowiska w pozycję podmiotową i pretekst do ewokacji politycznej tożsamości, zaprzęgniętej w ten sposób do pracy na rzecz akumulacji kapitału.


W recenzji Żurka trudno znaleźć zaproszenie do dyskusji. To raczej seria upomnień i wyjaśnień, powodowana nie potrzebą rozmowy o kryteriach oceny, a „irytacją”, jaką wywołały u krytyka dotychczasowe propozycje lektury książki Sęczyka. Warto podkreślić, że to uczucie „irytacji” miesza się w „nierównych proporcjach” ze „zdziwieniem”, że można uprawiać taką krytykę, jaką w swoich analizach Kwaśnych oboli zaprezentowaliśmy wespół z Karoliną Górnicką i Jakubem Skurtysem. Przed przystąpieniem do pisania tej odpowiedzi starałem się wyważyć te proporcje, rozpoznać w tekście Żurka, czy moje pisanie bardziej go dziwi, czy wyraźniej irytuje, i czy w ogóle jestem tu traktowany jako partner dialogu. Bowiem skoro to tekst Skurtysa zachęcił Żurka do napisania tej polemiki, a „była to zachęta innego typu niż w przypadku recenzji Mellera i Górnickiej”, to może Meller i Górnicka są za ciency w uszach, żeby z nimi dyskutować, lub z tego, co zaprezentowali, i tak nie da się już nic ulepić. Niestety nie dowiadujemy się, co różni te „typy zachęt”, podobnie jak ostatecznie nie poznajemy proporcji zdziwienia i irytacji. Nie chcę uzupełniać tekstu Żurka, ale już sam fakt, że we fragmentach, w których formułuje swoje zarzuty, zamiast postawić na konkrety, posługuje się ironicznymi nawiasami – „(cokolwiek miałoby to znaczyć)”, dwuznacznymi niedopowiedzeniami i retoryką rekolekcjonisty wydaje mi się nie tylko protekcjonalny i paternalistyczny, ale przede wszystkim śliski. 

Zawsze szalenie imponowała mi retoryka krytycznoliterackich sporów sprzed kilku dekad, zapalczywość polemik, o których skoszarowany w niewygodnej ławce słuchałem na zajęciach z historii literatury. O tych dyskusjach czytałem w podręcznikach, śledziłem ich przebieg post factum w książkach krytycznych starszych koleżanek i kolegów. Życzeniową mitomanią byłoby jednak choćby przypuszczenie, że dziś gramy o podobne stawki, a nasze połajanki mają znaczenie dla kogoś więcej niż dla nas samych i grupy podobnych nam zapaleńców, broniących autonomii konkretnych języków poetyckich z uporem godnym lepszej sprawy. Nie ma więc czym się zanadto podniecać, ale wywołanemu do tablicy wypada pokusić się o wyjaśnienia. Nie twierdzę, że wkładając łapki w to, co nas przecież szalenie pasjonuje, powinniśmy uzależniać swoje zaangażowanie emocjonalne od nośności i zasięgu przekazu czy koniunktury rynkowej na ten skrawek kulturowej piaskownicy, na którym akurat rozkładamy swoje łopatki, grabki i foremki. Wręcz przeciwnie – imponuje mi niebacząca na uwiąd rozmowy o poezji w mainstreamowych mediach obrona jej istotności i roli mapującej ją krytyki. Towarzyszy mi jednak nieodparte wrażenie, że w tak zorganizowanym środowisku gesty krytycznoliterackiej pedagogiki mają w sobie więcej ze złośliwości i resentymentu niż z tak szumnie ogłaszanej przez owych pedagogów troski o jakość dyskusji. 


Nie twierdzę, że resentyment jest w tym wypadku wyrazem zazdrości. W perspektywie instytucjonalnej Żurek nie ma mi czego zazdrościć. Obaj pracujemy na akademickim etacie, a jako wzięty i opiniotwórczy krytyk oraz redaktor prawdopodobnie najważniejszego czasopisma literackiego w Polsce zajmuje w polu zdecydowanie bardziej uprzywilejowaną pozycję ode mnie. Resentyment wynikałby raczej z tego, że mój „kolega po fachu” (jak i kilkoro naszych kolegów i koleżanek o równie polemicznym zacięciu) chciałby, aby dyskusje te toczyły się w splendorze krytycznych sporów Boya i Irzykowskiego (ani ze mnie Boy, ani z Żurka Irzykowski), zmieniały społeczne konwencje czytania literatury, a nie jedynie estetyczne sądy tych, którzy czytają wiersze poniekąd zawodowo. Gdy rozmowa schodzi na temat uszczypliwej retoryki tej pedagogiki, usprawiedliwieniem okazuje się konwencja, mająca w swojej tonacji nawiązywać do złośliwości znamionujących tamte, osławione polemiki. Stwierdziłem, że na potrzeby tego tekstu, respektując tak drogą moim „kolegom i koleżankom po fachu” konwencję, przyjmę podobnie cyniczną strategię. Gdy tylko przeczytałem pierwszy akapit tekstu Żurka, z którego wynikało, że najważniejszą sprawą dla krytyka jest nie potężna książka Sęczyka, a to, co zrobiliśmy z nią przed nim, pomyślałem – „A kto to przyszedł? Pan maruda, niszczyciel dobrej zabawy, pogromca uśmiechów dzieci”. I choć drugą część, a więc tę, w której Żurek wreszcie odbija się od naszych wcześniejszych recenzji, prezentując wykładnię spekulacyjnego charakteru poetyckiej roboty Sęczyka, uważam za intrygujące dopełnienie dotychczasowej recepcji tej książki, przez tę pierwszą połowę nie mogę wyzbyć się wrażenia, że zajęcie pozycji Smerfa Marudy psuje cały efekt.


Skoro tekst polemiczny powinien mieć ramę, to postaram się ustosunkować do zarzutów w porządku chronologicznym, w jakim krytyk je sformułował, a przy okazji tych wyjaśnień – przedstawić, czego oczekuję od wiersza i w jaki sposób wiersze Sęczyka te oczekiwania spełniają. Nie będę brał w obronę ani Górnickiej, ani Skurtysa, gdyż 1) nie uważam, by popełnili w swoich recenzjach przestępstwo, 2) nie mam w tym żadnego interesu – zawsze wydawało mi się, że krytyk powinien mówić przede wszystkim we własnym imieniu, nie posiłkując się kolegami, stąd nie umieszczam ich ani w przypisach, ani w podziękowaniach na końcu. Nie będę również okopywał się na pozycji obrońcy konkretnej metody czy teorii, gdyż teoretyk ze mnie żaden i w wysokoteoretycznych sporach nigdy głosu nie zabierałem. Postaram się raczej, jako alternatywę dla rekolekcji kolegi, obronić swoją pozycję interpretacyjną, która – wbrew rozpoznaniom Żurka – wcale nie musi być pozycją podmiotową wspierającą neoliberalną kulturę różnicy.


Po krótkim wprowadzeniu, w którym warszawski krytyk wyjaśnia motywacje swojej prometejskiej interwencji, przyznając, że nie chodzi o „czepialstwo”, ale o „wspólny pożytek, który z tego czepialstwa, ma nadzieję [Żurek i ja również ją mam], wyniknie”, czytamy:


[D]la Oskara Mellera „Kwaśne obole” są książką zainteresowaną krytyką, rozmontowywaniem, dekonstruowaniem czy ingerowaniem w specyficzne dla współczesnego systemu gospodarczego procesy i mechanizmy, a Sęczykowi chodzi w niej zarówno o naświetlanie materialnych warunków pracy poetyckiej, jak i o odpięcie się na moment „od trybów kapitalistycznej maszyny” (cokolwiek miałoby to znaczyć). Skoro zaś „Kwaśne obole” przede wszystkim krytykują, rozmontowują, dekonstruują, ingerują, naświetlają i próbują odpiąć (nie zaś: znaczą), to będący remiksem fragmentu z „Fajdrosa” Platona wiersz otwierający książkę, czyli „Nachodźstwo”, jest dla Mellera wierszem krytykującym, rozmontowującym itd.


Na wstępie Żurek zarzuca mi – jak mniemam – przypisywanie wierszom sprawczości w rejestrach innych niż ich zdolność do deponowania znaczenia oraz przechwytywanie pojęć i kategorii zaczerpniętych z pism filozofów i teoretyków, których koncepcje cenię i przywołuję w swoich lekturach poezji najnowszej, a które dla Żurka są raczej obiektem kpin i żartów, jak w przypadku maszynowego kapitalizmu z tekstów Gilles’a Deleuze’a i Félixa Guattariego. A przecież pisząc o kapitalistycznych maszynach i ich scaleniu z innymi ciałami, w ramach którego podmiot nie jest już w stanie odróżnić elementów maszyny od własnych kończyn i organów, a techniczno-przemysłowa organizacja pracy zostaje utożsamiona z organizacją ludzkiej egzystencji, możemy odwołać się nie tylko do Kapitalizmu i schizofrenii, ale także do prac Maurizzio Lazzarato, Antonio Negriego i Michaela Hardta, a nawet do Fragmentu o maszynach z Zarysu krytyki ekonomii politycznej. Właśnie z  następstw schizoanalitycznych i postoperaistycznych diagnoz zmian kapitalistycznego paradygmatu wynikało wykorzystanie przeze mnie metafory „odpięcia się od trybów kapitalistycznej maszyny”. O tym jednak za chwilę, bowiem punktem wyjścia zdziwień i irytacji Żurka pozostaje wybrany przez mnie zestaw orzeczeń, którymi opisuję nie tyle to, co dzieje się z wierszem w ramach interpretacji, ale to, w jaki sposób forma wiersza (w przypadku Sęczyka oparta na repetycjach i cięciach) ewokuje krytyczny stosunek do politycznego i socjoekonomicznego tła wypowiedzi. W taki rodzaj wirtualnej aktualizacji poetyckiego komunikatu wciąż wierzę, jakkolwiek drażniłoby to Żurka. 


Do takiej formy pobudzenia wiersz potrzebuje nie tylko instancji nadawczej, ale także podmiotowości obecnej na drugim brzegu, która odbierałby jakiś impuls tekstu poetyckiego jako zachętę do rozpoznania w nim rozmaitych potencjałów – choćby reakcyjnych. Oczywiście same te potencjały nie mogą być kołem zamachowym rekompozycji pola społecznego i ustroju ekonomicznego, ale mogą zasilać wyobrażenia wyjścia z impasu, sygnalizować potrzebę przemyślenia pochwyconych już przez kapitał form egzystencji. [3] Różnica jest taka, że dla Żurka interpretator stoi po tej samej stronie, po której znajduje się autor. Łatwo mi przystać na to, że odbiorca nie przekształca dzieła, trudniej na fakt, że w ramach takiej projekcji to, w jaki sposób dzieło przekształca samego odbiorcę, nie ma dla naszego postrzegania utworu żadnego znaczenia. Jeżeli poeta nie wygospodarował wystarczająco dużo miejsca, aby krytyk pomieścił się w immanentnej przestrzeni tekstu literackiego ze swoją wizją literatury, polityki, praktyki lekturowej, to utwór 1) nie ma właściwej konstrukcji, 2) dowodzi porażki autora, 3) już stał się towarem. Na tej zasadzie zdaniem Nicholasa Browna w towar przekształca się tylko pozornie niszowa sztuka awangardowa nastawiona na nieinterpretowalność, wcześniej poszukująca autonomii w tym miejscu przemysłu kulturalnego, które Pierre Bourdieu określił polem ograniczonej produkcji. [4] A co jeśli znajdzie się śmiałek, który odnajdzie w tych awangardowych gestach znaczenie/intencję? Czy wtedy kurtyna spektaklu opada i oto znów mamy do czynienia z dziełem autonomicznym? Czy może jest jakaś określona liczba interpretatorów, którzy muszą się ze sobą zgodzić i uznać ten (jeszcze) towar za (już) dzieło sztuki, aby ów proces utowarowienia odwrócić? Czy jest on odwracalny? Kto o tym decyduje? 


Mam wrażenie, że jedynymi siłami obiektywizującymi rozpoznania Żurka, zarówno w warstwie stawiania do pionu dotychczasowej recepcji Kwaśnych oboli, jak i samej książki Sęczyka, są 1) poglądy wywiedzione z prac intencjonalistów, 2) powtarzające się w kolejnych tekstach krytyka przypisy do prac tych autorów, 3) znajomość z Mateuszem Żaboklickim, 4) udział w seminarium Waltera Benna Michaelsa. Równie trudno jest mi odczytać na poziomie metakrytycznym, jakie kryteria pozwoliły Żurkowi uznać moją recenzję za szkodliwą, złą, głupią, nie licząc tego, że uznaje mnie za krytyka szkodliwego, złego i głupiego. Poprawka – jestem w stanie te kryteria rozpoznać, ale zakładam, że nie powinny to być te same sprawy, które wskazałem w punktach jako obiektywizujące rozpoznania z recenzji. Nie powinniśmy przecież gilotynować czyjeś analizy za użycie niewłaściwych orzeczeń, wybór innego słownika pojęciowego, zadłużenie w innych teoriach i metodach, a raczej za interpretacje fałszujące znaczenie w imię jakiegoś zewnętrznego interesu, za używanie książki jako filtra dla opowieści o sobie (własnych traumach, ekstazach czy awansie klasowym), za stosowanie gotowych struktur krytycznych, którymi można przeczytać niemal każdą książkę.  W żadnym wypadku nie twierdzę, że moja interpretacja wierszy Sęczyka jest celniejsza od interpretacji Żurka. Pytam jedynie, dlaczego nie mogę jej mieć. Neoliberalny pluralizm krytyczny, polegający na egalitarnym dopuszczeniu do wesołego współistnienia wszystkich możliwych głosów (co kłóci się nie tylko ze stanowiskiem Michaelsa, ale każdego, kto ma na uwadze prawdziwą, a więc wartościującą dyskusję o dziełach) też wydaje mi się szkodliwy, gdy unikamy wartościowania tego, która recenzja zupełnie mija się z literą tekstu. Zarazem jeżeli już zabieramy się za tego rodzaju przymiarki, swój tekst stawiając na szczycie, a innych wrzucając do ścieku, to upominałbym się o inny zestaw kryteriów niż 1) wzmacnianie własnej pozycji krytycznej, 2) środowiskowe koniunktury, 3) alegacje do tych samych autorytetów. Dlaczego powinniśmy uznać tezy o utowarowieniu z prac Browna za prawdy objawione, a propozycje Lazzarato i innych kontynuatorów myśli Guattariego za naiwne spekulacje? Oczywiście rozumiem, że te koncepcje mogą Żurka po prostu nie przekonywać, co więcej – nie widzę w tym żadnego problemu, ani dla projektu krytycznego kolegi, ani dla mojego pisania. Jednocześnie udzielam sobie prawa do bycia nieprzekonanym do tego, co proponuje mój kolega po fachu.


Biorąc pod uwagę, jak często Żurek odwołuje się w swoich tekstach do ujęcia socjologicznej ontologii sztuki z pism Browna, mogę podejrzewać, że obawia się o to, w jakim stopniu moja ucieczka od „znaczenia” w kierunku wirtualnego/potencjalnego wymiaru oddziaływania wiersza, jak i mój słownik opisu relacji między strukturą utworu a tłem politycznym, na którym się pojawia, przyczynią się do zatarcia różnicy między poezją Sęczyka a towarem. Nie wydaje mi się, aby o utowarowieniu Kwaśnych oboli mogła przesądzić moja lektura, podobnie jak o autonomii poezji Małgorzaty Lebdy lub tejże autonomii braku nie decyduje fakt, że poetka wzięła udział w sesji zdjęciowej promującej linię odzieżową marki założonej przez jej koleżankę (dopóki do zamówionych tekstyliów nie dorzucają w prezencie nowego tomu autorki). Zdaniem Browna o możliwym jedynie w procesie interpretacji odróżnieniu utworu literackiego od towaru decyduje immanentna dla dzieła sztuki intencja, która jest tożsama ze znaczeniem, a gwarantem jej obecności jest sam fakt interpretowalności tego dzieła i jego odróżnialność od innych tekstów złożonych z językowych znaków, które dziełami sztuki nie są. Co istotne, intencja nie jest ekwiwalentem ekspresji wewnętrznego stanu autora czy tego, na jakich warunkach podejmuje on dialog z odbiorcą, ale samego faktu, że autor ów komunikat sformułował ze znaków językowych i zdecydował się zamknąć ten komunikat w formie, którą intuicyjnie rozpoznajemy jako literacką. Słowem – w dzieło sztuki wpisana została celowa forma jego użycia, rozpoznawana właśnie w formie tekstu, podczas gdy przedmioty wytwarzane w ramach kapitalistycznej produkcji tejże celowości nie posiadają, przez co mogą być wykorzystane na różne sposoby, a zakres tych sposobów interesuje wytwórcę o tyle, o ile podniesie rynkową wartość lub zwiększy liczbę użytkowników – czyli wyłącznie w zakresie ilości zastosowań. [5] Powiedzenie, że tekst literacki, który można przeczytać zarówno narzędziami posthumanistycznymi, ekokrytycznymi, jak i schizoanalitycznymi czy nowomaterialistycznymi, jest nastawiony na zaspokajanie pragnień i interesów związanych z wieloma, ale bardzo konkretnymi pozycjami podmiotowymi, choć ma obnażać neoliberalną kulturę różnicy, w rzeczywistości wspiera jej trwanie – uznając, że kwestia zainteresowania takimi, a nie innymi językami sztuki jest przypisana zdefiniowanym na te potrzeby tożsamościom. Przypomina to trochę dzielenie lewicowej krytyki literackiej przez samą lewicową krytykę literacką na tę prawdziwie lewicową i tę, która rozmija się z lewicowymi ideałami. Taki słuszny podział znajdziemy również w tekście Żurka.


Absolutnie rozumiem, że z pozycji intencjonalistycznej, negującej sensowność wykorzystywania rozmaitych teorii i metod jako przedinterpretacyjnych założeń, które wtłaczają samą praktykę interpretacyjną w przygotowane wcześniej matryce [6], trudno przejść niewzruszonym obok uzbrojenia wiersza w tego rodzaju afektywność i sprawczość, ale nie zamierzam rezygnować z przypisywania liryce zdolności do „krytykowania”, „rozmontowywania” i „dekonstruowania” formacji społeczno-ekonomicznych i zastanej polityki podmiotowej tylko dlatego, że Żurek i jego znajomi tego nie akceptują. W swojej recenzji (albo odpowiedzi na recenzje) Kwaśnych oboli warszawski krytyk podkreśla wagę słabego, zaniechanego działania, sugerując, że najwięcej o kapitalizmie mówią te wiersze, w których poeta nie mówi o kapitalizmie wprost, a raczej – w ramach samozwrotności – opowiada o samym procesie twórczym i tym, w jaki sposób na to poetyckie wytwórstwo wpływ wywiera spekulacyjny charakter wszelkiego działania w reżimie kapitalizmu. Wiem, że Żurek ma o mnie jak najgorsze zdanie, ale nie sądziłem, że jest aż tak źle. Nie! – naprawdę nie uważam, że pod wpływem samego wiersza Sęczyka ustrój upadnie, pracownicy najemni przejmą środki produkcji, kapitaliści oddadzą ich rodzinom własne majątki, a doraźne zastrzyki gotówki dla poetów nagradzanych zostaną zastąpione powszechnymi stypendiami. Na wszelki wypadek, następnym razem, aby nie irytować Żurka, przed każdym orzeczeniem, w którym obdarzam wiersz innym wariantem aktywności niż znaczeniem, postawię orzeczenie „próbuje”, aby wiersz już nigdy więcej nie dekonstruował i nie rozmontowywał, ale przynajmniej „starał się” to robić. 


Mam nieodparte wrażenie, że akurat ten zestaw pojęć strwożył Żurka nieprzypadkowo. Egzorcyzmowaniem pogrobowców poststruktualizmu zajmuje się od dawna, a przynajmniej od czasu dołączenia do szkoły intencjonalistów (bo wcześniej, o czym szybko zapomniał, przekładał artykuły Josepha Hillisa Millera, bynajmniej nie po to, by „rozmontowywać” dyskusje o dekonstrukcji). [7] Nie sądzę jednak, by można było przypisać mi w recenzji Kwaśnych oboli sięganie po metody Derridy, de Mana czy Lacoue-Labarthe’a tylko dlatego, że nazywam jakiś proces negatywnej rozbiórki „dekonstruowaniem”. Można przecież dekonstruować czyjąś wypowiedź, ale też budowlę z klocków LEGO czy przepisy kulinarne. Można „krytykować” jakiś wariant estetyki, nie sięgając po Adorno i Horkheimera. Rzecz jasna pewne określenia zlały się w dyskursach krytyczno- i teoretycznoliterackich z metodami, które z perspektywy opisu współczesnych zjawisk poetyckich okazują się anachroniczne, ale może przypomnijmy, że te słowa działają też poza akademickimi ramami pojęciowymi, więc nie musimy od razu wywieszać w oknach czosnku. Nie przeczę, że widzenie wiersza wyłącznie jako wiersza, za co Żurek chwali Rafała Derdę (nie omieszkując skrytykować również jego recenzji, tym razem za banalność), może okazać się ożywcze dla dyskusji o samozwrotności poetyckiego kodu i nowych odmianach autotematyzmu. Także w tych najwyraźniej samozwrotnych wierszach Sęczyka, które za ową wsobność Żurek chyba ceni (na co wskazuje punkt wyjścia i punkt dojścia jego recenzji), poeta pokazuje, że wiersz może nie tylko „znaczyć”, ale również „upominać się” choćby o zmianę zastanego układu stosunków pracy:


Ten wiersz upomina się o trzydziestogodzinny tydzień pracy.

Ten wiersz upomina się o likwidację majątku kościelnego.

Ten wiersz upomina się o natychmiastowe zaprzestanie pracy.

Ten wiersz upomina się o konwersję narodowców na buddyzm.

Ten wiersz upomina się o zaprzestanie podziału Księżyca.

Ten wiersz upomina się o ograniczenie potrzeb i produkcji.

Ten wiersz będę powtarzał do porzygu i znudzenia. [8]


Wciąż wierzę, że wiersz może być również aktem sprzeciwu, gestem oporu, próbą krytyki, manifestem określonej estetyki czy wirtualną projekcją możliwej gramatyki, odmiennej od tej, która zamyka podmiot w maszynowych algorytmach działania. W taki właśnie sposób, poszukując innych relacji morfologicznych między podmiotem i zewnętrzem, oswajając syntaktykę snów i narkonautycznych tripów, Tomasz Pułka starał się projektować nowe formuły ekspresji, które w ramach deleuzjańsko-guattariańskich terytorializacji podmiotowości mocowałyby w naszym wyobrażeniu formuły egzystencji niesprowadzone jeszcze przez kapitał do pozycji podmiotowych. Żurek pewnie powiedziałby, że im bardziej wiersz chce tego pochwycenia unikać, tym łatwiej daje się przekształcić w towar, ale optyki Browna nie uznaję za sankcję, a jedynie propozycję pewnego widzenia związków między sztuką i polityką.


Kolejny powód mojej rezygnacji z odmieniania przez wszystkie przypadki słowa „znaczenie”, co w ramach reedukacji proponuje mi Żurek, jest błahy, a w geście samobiczowania dodam, że wręcz prostacki. Chodzi o pewien efekt retoryczny i literacki, który na tego rodzaju redukcji traci. Redaktor „Twórczości” pyta, dlaczego zamiast formuł, w których wiersze „krytykują, rozmontowują, dekonstruują, ingerują, naświetlają”, nie zdecyduję się na formę „znaczą”. Przekujmy te wyobrażenia na konkretne próby: „Wiersz Sęczyka oznacza krytykę…”, „Znaczeniem wiersza Sęczyka jest rozmontowywanie…”, „Gest Sęczyka znaczy dekonstruowanie…”. Sądzę i tego sądu nie zmienię, że brzmi to niesłychanie siermiężnie. Gdyby wyobrazić sobie kilka takich zdań w jednym akapicie, nie miałbym żadnych pretensji do czytelnika, który porzuciłby lekturę po tym fragmencie. W dodatku nie widzę powodów, by gesty krytyki, rozmontowywania, dekonstrukcji, ingerencji i naświetlania jakichś problemów zewnętrzności nie mogły „znaczyć” i nie poddawały się takiej samej praktyce interpretacji jak w przypadku tego, co w swoich tekstach analizują intencjonaliści. Jeżeli jednak się mylę i wszystko rozbija się o użytą formę orzeczenia, to upada jedna z podstawowych tez Against Theory Knappa i Michaelsa, zakładająca, że każda gotowa matryca lekturowa jest tylko kolejną metodą wspierającą wytwarzanie nowych pozycji podmiotowych w ramach neoliberalnej polityki różnicy i celebrowania różnorodności, które ma przysłonić problem ekonomicznych i klasowych nierówności. Mamy tu bowiem do czynienia z dogmatycznym narzucaniem dyskursu, w którym wypada badać poezję najnowszą, co ma załatwić sprawę i spacyfikować możliwość afektywnego dzielenia znaczenia między intencję immanentnie wpisaną w dzieło i jej wirtualne aktualizacje.


Te właśnie afektywno-wirtualne przepływy są trzecim już i ostatnim powodem, dla którego wspomniane u(p)roszczenia wydają mi się koniunkturalne i nastawione na umocnienie konkretnej pozycji krytycznej, która – niezależnie od szlachetnie brzmiących deklaracji – w ostatecznym rozrachunku staje się pozycją podmiotową w polu. Powróćmy teraz do obśmianej przez Żurka metafory odpięcia się na moment „od trybów kapitalistycznej maszyny”. No właśnie – metafory. Do tej pory sądziłem, że ta figura stylistyczna pozwala na „przeniesienie” pewnego znaczenia, którego parafrazowanie byłoby w szkicu czy recenzji działaniem redukcjonistycznym. Kilka lat temu, jeszcze w czasie studiów magisterskich, uczęszczałem na warsztaty krytycznoliterackie prowadzone przez Skurtysa, którego interpretacja Kwaśnych oboli zmartwiła Żurka, ale także na konwersatoria prowadzone przez Martę Koronkiewicz i Pawła Kaczmarskiego, z których poglądami Żurkowi już chyba po drodze. Na każdym z tych kursów powtarzano, że metafora to podstawowe narzędzie krytycznej praktyki, a ja – jako wyjątkowo naiwny gość – uwierzyłem i teraz reprodukuję te przestrzelone intuicje. 


W rozdziale Kapitału poświęconym reprodukcji prostej Marks parafrazuje Edmunda Pottera, byłego prezydenta izby handlowej w Manchesterze, który, choć stawia pracownika najemnego ponad środki pracy, rozróżnia fabrykanta od maszyny jedynie na podstawie jego sposobu spędzania wolnego czasu oraz zdolności do gromadzenia wiedzy i doskonalenia umiejętności (rzecz jasna w zakresie zwiększania efektywności procesu produkcji).


Potter, ów niezrównany przedstawiciel fabrykantów bawełny, odróżnia więc dwa rodzaje maszyn, które zarówno należą do kapitalisty, lecz pierwsze stale się znajdują w fabryce, drugie spędzają noce i niedziele poza fabryką w swych chatach. Pierwsze są martwe, drugie — żywe. Maszyny martwe z każdym dniem się zużywają i tracą na wartości, a ponadto wielka część ich, dzięki ciągłemu postępowi techniki, przechodzi wciąż do kategorji przestarzałych, i to tak szybko, że może być z korzyścią zastąpiona przez maszyny nowe w ciągu kilku miesięcy. Przeciwnie, maszyny żywe tem bardziej się ulepszają, im dłużej trwają, im więcej nagromadzają umiejętności, przekazywanej z pokolenia na pokolenie. [9]


Wcześniej Marks pisze m.in. o tym, że „ciało” fabryki, będące „rozczłonkowanym” zespołem maszyn, „cielskiem wypełniającym budynki fabryczne”, podporządkowuje sobie każdy aspekt egzystencji robotnika, narzucając na organizację dnia pracownika interwałową strukturę pracy samej maszyny. [10] Zarówno w semiokapitalizmie z definicji „Bifo” Berardiego, jak i innych, postindustrialnych paradygmatach z pism Guattariego czy Lazzarato, te interwały zostały zastąpione przez algorytmy. Tego rodzaju algorytmiczność semiotyk systemów kontroli przechwytywali i prześwietlali w swoich projektach poeci, którzy przewijali się wielokrotnie w dyskusji o formach zaangażowania wiersza, m.in. Szczepan Kopyt w poemacie Na giełdach nadprodukcji pikują akcje przetrwania („zewnętrzne algorytmy wciąż wyłapują moje”) [11] czy wspomniany już Pułka w wierszach dysinformatywnych z Zespołu szkół i Autarkii


Można powiedzieć, że w tej wizji Sęczyk robi krok w tył, a algorytmiczność zostaje ponownie zastąpiona interwałowością. Strategie powtórzeń i pętli w niektórych fragmentach obu książek sprawiają, że wiersz zaczyna działać jak maszyna, ale nie w perspektywie informatyzacji zewnętrzności, a raczej w uświadamianiu fizycznego aspektu każdej pracy, również literackiej. To moment różnicy w powtórzeniu, gramatycznego cięcia repetycji, rozpatrywany również poza różnicą Deleuzjańską czy Derridiańskim différance, funduje nam w Kwaśnych obolach ową metaforę „odpięcia od maszyny”, a w domyśle – odcięcia od interwałowej organizacji mowy i działania. Nie musimy więc sięgać ani po heterodoksyjnych marksistów w rodzaju autonomistów czy postoperaistów, ani po autorów Anty-Edypa, aby odkryć, że w dyskursie, w którym Żurek czuje się przecież jak ryba w wodzie, funkcjonują metafory opisujące ciało fabrykanta jako przedłużenie „organów” maszyny, że właśnie te relacje przepracowuje Sęczyk w repetycjach i cut-upach, ale także w wierszach, których tematem jest raz spracowane, innym razem wypoczywające ciało. Nie jestem krytykiem neomarksistowskim i nigdy podobnych rzeczy nie deklarowałem, więc moje operowanie Marksowskimi kategoriami i pojęciami może być bardziej intuicyjne, a przez to obnażać moją niekompetencję w tej materii, ale chyba nie unieważnia to mojego głosu w debacie o poezji najnowszej. Gdyby było inaczej, obawiałbym się, że tekst literacki, który powinien przecież stanowić punkt wyjścia i punkt dojścia krytycznej analizy, stanie się, traktowanym instrumentalnie, narzędziem interpretacji politycznej realności, podczas gdy powinno być chyba odwrotnie i polityczno-społeczne okoliczności, w jakich funkcjonuje utwór, powinny zostać potraktowane jako rodzaj filtra, ale jednak w dyskusji o propozycji poetyckiej, a nie politycznej. Za takim podejściem obstaje chyba sam Żurek, sugerując, że wiersze Sęczyka działają najlepiej wtedy, gdy nie próbują być niczym innym niż właśnie wierszami.


„Maszyna kapitalistyczna” z wykorzystanej przeze mnie metafory byłaby obrazem totalistycznego „cielska wypełniającego budynki fabryczne”. Wskutek kolejnych przekształceń kapitalizmu w stronę podporządkowania wszystkich przejawów życia jednostki subsumpcji pracy pod kapitał ta maszynowa struktura zdążyła przenieść swoje połączenia poza mury zakładu, podpinając do swojego układu również ciała „maszyn żywych” z przywołanej wcześniej Marksowskiej parafrazy słów Pottera, „owego niezrównanego przedstawiciela fabrykantów bawełny”. „Maszyny żywe” pozostają podpięte pod tę totalną konstrukcję także wtedy, „gdy spędzają noce i niedziele poza fabryką w swych chatach”. Współcześnie ta uniwersalność przekształcania się organów ciała w części maszyny, związana z bierną akceptacją utożsamienia organizacji pracy z organizacją codzienności na wszystkich poziomach ludzkiej aktywności, byłaby wypadkową odhistorycznienia kapitalizmu, które w swojej najpopularniejszej książce opisuje Mark Fisher. Realizm kapitalistyczny jest dla Fishera „raczej czymś w rodzaju perswazyjnej atmosfery, która warunkuje nie tylko produkcję kulturową, lecz również reguły zarządzania pracą i edukacją, działając jak swoista niewidzialna bariera krępująca myśl i działanie”. [12] Sięgnięcie przeze mnie po „dictum realizmu kapitalistycznego” też Żurka irytuje, chociaż, o ile mnie pamięć nie myli, jeszcze kilka lat temu współorganizował seminarium poświęcone tekstom K-Punka. Jeżeli Kwaśne obole są dla warszawskiego krytyka książką o różnych formach działania, ich uzależnieniu od spekulacji i znaczenia, którego spekulacja byłaby immanentną częścią, to czemu nie pomyśleć o gestach słabego działania i zaniechania jako proponowanych przez poetę formach reglamentacji i samoograniczania, opisywanych przez Fishera na końcu jego eseju jako alternatywne możliwości polityczne i ekonomiczne, zdolne „wydrzeć dziurę w szarej kurtynie reakcji, która wyznaczała horyzonty możliwości w realizmie kapitalistycznym”. [13]


Jeżeli w Kwaśnych obolach Sęczyka interesują przede wszystkim warunki pracy wiersza i samego tworzenia liryki w tak zaprojektowanej rzeczywistości, to „odpięcie” byłoby rezultatem postrzegania procesu pisania jako praktyki, która dzięki zachowaniu swej autonomii – poza produkowaniem faktycznego obiektu w postaci książki (zdaniem Browna mogącej przy pomyślnych wiatrach ulegać utowarowieniu) – staje się też produkcją niematerialną. Zdaniem Negriego i Hardta produkcja niematerialna „to praca, której wytworami są afekty, relacje społeczne, wiedza, obrazy, informacja, kody, formy życia i podmiotowości”. [14] Samo poświęcenie „roboczogodzin” na pisanie wiersza w warunkach pracy twórczej, których krytykę podejmują Święta pracy, a kontynuują Kwaśne obole,  umożliwiałoby to „chwilowe odpięcie”. Byłaby to wypadkowa marnotrawienia czasu, który można poświęcić na zarobkowanie czy dążenie do klasowego awansu, a jednak trwoni się go na produkcję czegoś, czego wartością kapitał nie jest zainteresowany (oczywiście pod warunkiem zachowania autonomii, ale tej Żurek wierszom Sęczyka akurat nie odmawia). Nieprzypadkowo poemat, w którym Ja spaceruje po Wrocławiu, zbierając z tej zewnętrzności elementy, z których poeta ułożył pozostałe, krótsze wiersze z tomu, nosi tytuł Nieróbstwo. Nie chodzi więc o prostą odmowę pracy w ujęciu Mario Trontiego, a o zastąpienie aktywności na rzecz kapitału praktyką wytwarzania dobra wspólnego, niosącego na swojej powierzchni rozmaite potencjały sprzeciwu, reakcji i kreacji możliwych, alternatywnych form życia (oraz pracy). Między innymi takie formy wytwarzania innego działania, zawieszonego między wolą i możnością, miałem na myśli w swojej recenzji, wykorzystując jako metonimię gestów zaniechania z wierszy Sęczyka figurę kopisty Bartleby’ego, co Żurek z Żaboklickim w niezwykle małostkowy sposób obśmiali w swoim podcaście. [15]


Teorii i koncepcji, po które sięgam, staram się nie traktować dogmatycznie, ale w tym miejscu warto pokusić się o drobne doprecyzowanie. Gdybyśmy przenieśli te rozważania w rejestry maszynizmu Kapitalizmu i schizofrenii (choć w swojej recenzji ani razu nie powołałem się na Anty-Edypa i Tysiąc plateau), metaforę „odpięcia od kapitalistycznej maszyny” musimy zastąpić pojęciem „cięcia” przepływów, jakie nieustanie zachodzą między maszynami pragnącymi. Bowiem dla Deleuze’a i Guattariego sprzężenie ciał i maszyn jest nie tylko nieodwracalne, ale też pozytywne. Zdaniem tego duetu moment historyczny, w którym natura ludzkiego pragnienia, będącego – w przeciwieństwie do potrzeb zdeponowanych w świadomości – dziedziną nieświadomego, upodobniła się do natury maszyn fabrycznych, jest jednocześnie szansą na wykorzystanie maszynowej produkcji pragnienia do skanalizowania nowych wariantów oporu wobec kapitału i produktywnego wykorzystania nieświadomości do kreacji nowych form egzystencji, niepodporządkowanych pomnażaniu wartości dodatkowej. Gdy w wyniku regulacji pracy kapitalistycznej maszyny nastąpi cięcie przepływu, przerwa ta może zostać wykorzystana przez podmiotowość na wspomnianą już wcześniej pracę niematerialną. [16] O tym, w jaki sposób produkcja poetycka może stawać się pracą niematerialną, pisał już Dawid Kujawa, analizując języki Andrzeja Szpindlera, Piotra Janickiego i Miłosza Biedrzyckiego. [17] Uprzedzając zarzut Żurka, przyznaję, że mój sposób postrzegania wiersza jako produktu pracy niematerialnej  wynika bezpośrednio z lektury tekstów Kujawy, z którego tezami na ogół się zgadzam, którego projekt krytyczny imponuje mi konsekwencją i po prostu przekonuje mnie do takiej ontologii poetyckiego działania. Zainteresowanych odsyłam więc do tego precyzyjnego wykładu, gdyż nie widzę potrzeby szczegółowego referowania podejścia autora Pocałunków ludu do kwestii produkowania współczynników podmiotowości, przekształcania podmiotu w kolektywne układy wypowiedzenia i grodzenia przestrzeni dla nowych formuł ekspresji. 


Dlaczego w mojej recenzji dictum realizmu kapitalistycznego i pojęcie kieratu pracy pojawiają się także przy okazji analizy wierszy, które pozornie traktują o czymś zupełnie odmiennym od tematyki dominującej w Świętach pracy, a więc o erotyce, schodzeniu w dół i pochłanianiu rozmaitych słodkości? I jak te relacje przecinają się z metaforą odpięcia ja od trybów mielącej podmiotowość maszyny kapitału? Kilka lat temu miałem okazję przepracować kilka miesięcy jako „kontroler jakości” przy taśmie produkcyjnej w fabryce części samochodowych jednego z największych europejskich koncernów motoryzacyjnych, gdzie z powodzeniem realizowano ideały postfordowskiego reżimu akumulacji. W potężnej hali znajdowało się kilkadziesiąt maszyn, a każda z nich wypluwała innego rodzaju gumowe i plastikowe elementy, wymagające innego rodzaju obróbki ze strony fabrykanta. Każdorazowo przed zmianą szychty brygadziści przydzielali pracownikom konkretne stanowiska. Gdy miało się szczęście, można było trafić kilka dni z rzędu na maszynę produkującą kratki wentylacyjne czy panele deski rozdzielczej. Gdy wylosowało się trudne, przez osiem godzin ściągało się z taśmy parzące w dłonie nadkola do suvów i modeli terenowych. Spędziłem tam ledwie kilka miesięcy, więc każda zmiana warty wymagała ode mnie zaadaptowania się do nowego schematu kontroli. Dla tych, którzy przepracowali tam kilka czy kilkanaście lat, zmiana stanowiska nie stanowiła żadnej przeszkody, obrabiali kolejne części z zamkniętymi oczami. Przy maszynach pracowało się na ogół w parach, i to właśnie rozmowy prowadzone na krótkich przerwach na papierosa z długoletnimi pracownikami fabryki zapadły mi w pamięć najmocniej. Automatyzacja obsługi maszyny fabrycznej, poza alienacją fabrykanta, prowadzi do pobudzenia najbardziej instynktownych dziedzin pragnienia. Interwały obróbki i kontroli części spadających z taśmy produkcyjnej w wielkich molochach upchanych na parcelach podmiejskich stref ekonomicznych sprawiają, że fabrykant nieustannie powtarzający tę samą czynność nie myśli o kondycji klasy robotniczej, sprawczości związków zawodowych, nowych odczytaniach Kapitału, ani nawet o planach urlopowych, ale raczej o podstawowych pragnieniach biologicznych: seksie i jedzeniu. Być może z tego powodu erotyka i rozmaite warianty pochłaniania to tematy i figury dominujące w cyklu Wybudzenia (w ramach tej interpretacji tytuł też nie byłby przypadkowy), który rozgrywa się na – przeciwstawionej katastroficznej wizji miasta ze Śnił się modernizm – bukolicznej, majowej łące, po której „chrabąszcz toczy złotą kulkę światła”. Pod koniec Kwaśnych oboli znajdziemy też Tęczę, łączącą te dwie perspektywy w erotyczno-fagicznej metaforze oralnej: „Robiłem ci laskę, ciepły. O ogrzana w dłoniach / grudko żywicy, Europa to maszyna do mielenia / mięsa” [18]. Pomyślmy więc o podmiocie-poecie z wierszy, w których nie mówi bezpośrednio o kapitalizmie, a o samym procesie twórczym i „tajaniu na słońcu”, jako o kimś udającym się na przerwę wydartą z interwału pracy beznamiętnych powtórzeń. Nie wykluczy to ani mojej propozycji lekturowej, ani interpretacji Żurka. 

W dalszej części swoich upomnień krytyk pyta, a nawet sam odpowiada na zadane przez siebie pytanie: 


Skąd u Platona – przechwyconego przez Sęczyka – prekariusz? Dlaczego ten wiersz ma mówić cokolwiek o oderwaniu od „imperatywu dekonstrukcji ekonomicznych nierówności”? Ano stąd i dlatego, że dla Mellera lewicowy światopogląd Sęczyka jest w gruncie rzeczy punktem wyjścia i punktem dojścia całej książki. W efekcie wszystkie interpretowane przez krytyka wiersze okazują się wypowiedziami na temat tego, jak to jest prekariuszowi „[w] dobie realizmu kapitalistycznego”. A wszystko, co dzieje się w książce, jest szukaniem formy protestu wobec „reżim[u] beznamiętnego zarobkowania”, co czyniłoby z każdego wiersza z tomu, z każdej decyzji podjętej przez Sęczyka różne wersje tego samego. Podkreślam: nie uważam, że Meller totalnie przestrzelił swoje odczytanie „Kwaśnych oboli”, zgadzam się z nie tak małą częścią rozpoznań z jego tekstu. Sądzę natomiast, że uległ automatyzmowi, który każe krytykowi literackiemu o lewicowych przekonaniach szukać w wierszach poety o lewicowych przekonaniach potwierdzenia tychże lewicowych przekonań (na marginesie: efektownym przykładem tego automatyzmu jest niedawna recenzja Kamila Figasa z „livestreamu” Jakuba Gutkowskiego).


Przyznaję się do błędnego i uproszczającego odczytania wyimku z Fajdrosa, co w recenzji wytknął mi już Skurtys, a w podcaście – dwaj Panowie Ż. Ostatecznie pocięta przez Sęczyka sekwencja dialogu nie poprzedza bezpośrednio słynnego fragmentu „krytyki pisma”, a składa się na anegdotę o przemianie w piewiki ludzi, którzy zachwyceni śpiewem Muz zapominali o jedzeniu i umierali z głodu, co z biglem w podcaście tłumaczył Żaboklicki.  Mogę to zrzucić z jednej strony na karb braków w mojej edukacji klasycznej, z drugiej – niestety, na intuicyjność i fakt, że ten kierunek „przepisywania” Platona zdał mi się naturalną kontynuacją tego, co w debiucie Sęczyk przerabiał w perspektywie relacji między mową i pismem. Ścieżka interpretacji zaproponowana przez Żaboklickiego jest bardzo interesująca i warto byłoby sprawdzić, jak opowieść o rodzie piewików łączy się z rozmaitymi wierszami oralnymi z tego tomu. Niezależnie od tego, jaka była autorska intencja wyboru akurat tego fragmentu Fajdrosa, obstaję przy tym, że zarówno w Świętach pracy, jak i w Kwaśnych obolach, poetę interesuje relacja pomiędzy mową i pismem w kontekście ilokucyjnego charakteru ponowień i repetycji, które rzecz jasna występują też w refrenicznych wierszach z obu tomów, a więc „na piśmie”, ale zostają podniesione do potęgi w głośnej lekturze: „Jeśli nie możesz / śpiewać, chociaż / przepisz, ale już / nie ma nic / do przepisania. / Jeśli nie możesz, / chociaż powiedz, / idziemy spać”; „powtarzaj, nim poczujesz w słowach, / co rześkie, co rzeźne”. Zresztą Żurek także podkreśla wagę bezokolicznikowych „nakazów”, które w trzech zamykających tom poematach odczytuje jako „prognozy” działania. Obok tych „żądań” i „próśb”, angażujących z jednej strony wiersz, a z drugiej odbiorcę, zmuszających go do ustosunkowania się wobec komunikatu (to mam na myśli, pisząc o wirtualnych potencjałach), Sęczyk prawdopodobnie – również przez anegdotę o piewikach – odwołuje się do melicznego charakteru liryki. 


W końcu tradycyjnie pojmowanego liryzmu, fraz swoją „miękkością” uderzających w tony zbliżone do erotyków z Rewersu Tomasza Pułki, jest w Kwaśnych obolach całkiem sporo, a na pewno więcej niż w pierwszej książce wrocławskiego poety. Zarazem wpisana w strukturę cięć i powtórzeń nieśpiewność wierszy podobnych do Śnił się modernizm zaburza tę płynność, wskazując, że w ramach praktyki poetyckiej uwikłanej w maszynowe interwały, obciążonej dyskursami komunikacji przesterowanej przez kapitalizm kognitywny, całkowity eskapizm, o jakim myślał Eliot, nie jest możliwy. Sęczyk, podobnie jak robiła to choćby Justyna Kulikowska, grając mottem z Audena w Tab_s i wypisem z Pounda w Obozie zabaw, sprawdza, czy o rozmaitych formach systemowej przemocy można jeszcze pisać, korzystając z wysokomodernistycznych zaśpiewów. Byłbym przeciwny redukowaniu Kwaśnych oboli do książki poetyckiej o niemocy napisania książki poetyckiej, ale z pewnością różne (nie)możliwości podniosłości są tutaj ogrywane choćby w wypisach z Platona i Plotyna, modernistycznych projekcjach miasta, ale także w pęknięciu między wierszem napisanym i wierszem przeczytanym. Nieprzypadkowo w okolicach premiery Kwaśnych oboli Sęczyk udostępnił nagranie swojej lektury utworów z debiutu. Na najbardziej podstawowym poziomie chodziłoby zatem o wyjście z potencjałem poetyckiego tekstu poza ramy okładki, o sprawdzenie, w jaki sposób liryka może dziś funkcjonować w przestrzeni, w której jedynie ustawiczne powtarzanie i zapętlanie zdania pozwala wybić poetycki komunikat ponad częstotliwość języków pochwyconych już przez kapitał. Powtórzę – nie, nie chodziło mi o to, że usłyszawszy wiersz Sęczyka tłum ruszy na barykady, a fabrykanci i studenci na śmieciówkach staną przed obliczem pracodawcy, oświadczając „I would prefer not to”. Jeżeli Żurek każdą metaforę z mojego tekstu tłumaczy w tak bezpośredni sposób, to trudno mi powiedzieć, czy coś jest nie tak z moją metaforyką, czy z Żurkiem. I chyba nie ma sensu bym dłużej się nad tym rozwodził, bo nie wycofuję się z żadnego ze swoich rozpoznań (a kwestiom mowy i pisma poświęciłem sporą część swojej recenzji), przyznając się jedynie do zbyt pochopnego wykorzystania fragmentu Fajdrosa jako klucza do ukazania tego, na czym prawdopodobnie zależy Sęczykowi w kwestiach sąsiedztwa śpiewu i formuł sprzeciwu.


W podcaście Żaboklicki „wystawił mi mandat” za użycie sformułowania „ultymatywna interpretacja” w kontekście domniemanej przewagi mowy nad pismem, które właśnie na taki rodzaj ostatecznej interpretacji miałoby skazywać. „Przyznaję, że w recenzji zabrzmiało to niezgrabnie. Czym bowiem miałaby być „ultymatywna interpretacja”? Nie chciałem zawracać kijem Wisły i angażować się w metodologiczną dyskusję, która straciła na aktualności jeszcze przy okazji wyrażenia przez Pułkę znużenia diagnozami Sosnowskiego. Nie chciałem nieudolnie odwracać porządku dekonstrukcyjnej krytyki logocentryzmu. Próbowałem jedynie wskazać, na której formie obecności wiersza zależy Sęczykowi bardziej. I jeżeli jego książka sugeruje, że wiersz z książki wyartykułowany działa na szerszej powierzchni od wiersza do książki wpisanego, to może właśnie w ujęciu osłabienia komunikacji wiersza „pisanego”, a nie wybrzmiewającego poza książką, zamkniętego w ramach lektury „specjalistów” od poezji, Sęczyk spekuluje na temat braku sprawczości lirycznej mowy. Jednak „kolega po fachu” przyszedł mi z pomocą i po lekturze serii zdziwień i irytacji wiem już, czym może być „ultymatywna interpretacja”: wypadkową sugestii, że są interpretacje, które mają prawo zaistnieć, oraz te, które mogłyby funkcjonować, gdyby interpretatorowi udało się zredukować niepożądaną metodę i wstrzelić się w pożądany słownik pojęć. Powtórzę po raz kolejny – nie upominam się tutaj o uznanie mojej interpretacji za lepszą czy celniejszą, a jedynie o to, by Żurek pozwolił mi interpretować na własnych zasadach. Oczywiście jestem za negowaniem i prześwietlaniem krytyki szkodliwej, podtrzymującej przekłamaną wizję świata, imputującej autorowi znaczenie, którego w tomie nie zdeponował, szachującej metodami i nazwiskami wyłącznie po to, aby osiągnąć zamierzony efekt komunikacyjny. Dla mnie istotniejsze od zdania Żurka pozostaje zdanie samego autora, a w rozmowie o recenzji Kwaśnych oboli (być może przez grzeczność) poeta nie zasugerował, bym wkładał mu w usta sensy, których nie chciał w swoich wierszach wyrazić. A jeżeli podoba mu się również interpretacja Żurka, co mnie nie dziwi, to może – wbrew intencji redaktora „Twórczości” – uznał, że i moje i Jego rozpoznania mogą funkcjonować równolegle, nie czyniąc tym przykrości ani książce, ani jej czytelnikom.


Chociaż zgadzam się, że we wsobnych poematach z ostatnich stron Kwaśnych oboli występuje podmiot-poeta, zainteresowany nie krytyką realizmu kapitalistycznego, a opowieścią o samym spekulacyjnym procesie twórczym uwikłanym w realia narzucające tę spekulację na każde działanie ja, to w wielu innych wierszach, również z debiutu, Sęczyk przekształca podmiot jednostkowy w kolektywną podmiotowość, którą określić można mianem „prekariatu”. Odwołuję się tutaj do pojęcia prekariatu z pism Guya Standinga, którego czytałem kiedyś w przekładzie Pawła Kaczmarskiego. Później ten termin spotykałem w wielu recenzjach i szkicach autorów związanych dziś z intencjonalizmem, ale jak widać – znów jestem spóźniony i nie załapałem się na odpowiedni czas, gdy to określenie nowej klasy było nie tyle modne, co choćby akceptowalne. Z „dekonstrukcji” tłumaczyłem się już w poprzednich akapitach, więc tutaj jedynie zaznaczę (w odniesieniu do pozostałych cytatów): stwierdzenie, że w Kwaśnych obolach nie powracają rozpoznane już w debiucie Sęczyka problemy, które Standing przypisuje prekariuszom (ujmowane przez Sęczyka poniekąd generacyjnie): brak ekonomicznej stabilizacji („Powiedz, czy wierzysz w pieniądz”), niepewność zatrudnienia („Byliby o wiele bardziej / szczęśliwi, gdyby pracowali mniej, / myślę”), poczucie uwikłania w konieczność podejmowania kolejnych prac, które mają zapewnić nie stabilizacje i przywrócenie godności, a możliwość utrzymania się na powierzchni („By utrzymać się przy życiu, ścieliłem / prześcieradła” – tu zapewne nawiązanie do pracy boyów hotelowych, którzy pojawiali się już w Świętach pracy) byłoby przymykaniem oka na wiele interesujących wierszy i świadomym selekcjonowaniem tych, które wpisują się w krytyczną narrację o samozwrotności, słabym działaniu i poezjowaniu wplątanym w spekulacje. Umówmy się w ten sposób, że Żurkowi zależało na podkreśleniu tego, co odróżnia Kwaśne obole od debiutu, mi – na pokazaniu pewnej ciągłości i konsekwencji projektu wrocławskiego poety. 


Doskonale zdaję sobie sprawę, co ma na myśli Żurek, zarzucając mi podporządkowanie recenzji ukazaniu tego, „jak to jest prekariuszowi [w] dobie realizmu kapitalistycznego”. W wielu wypowiedziach intencjonalistów odnajdziemy jednoznacznie negatywny stosunek do doświadczeniowego modelu krytyki i ograniczania analizy do parafrazowania wierszy oraz relacjonowania stanów bohatera lirycznego. Nie przeczę, że część z moich analiz dotyczy tego, co dzieje się z podmiotem, w jakich okolicznościach ekonomiczno-politycznych się wypowiada i jak te okoliczności wpływają na formę tej wypowiedzi. Część pewnie reprodukuje klisze, które były charakterystyczne dla krytyki, która dekadę temu poszukiwała w poezji najnowszej rozmaitych wariantów politycznego zaangażowania, a dzisiaj obwieszcza kres tamtego paradygmatu, dokonując bilansu i rehabilitacji. W opozycji do mojego głosu o „przygodach” ja Żurek stawia swój, podkreślający, że bohaterem Kwaśnych oboli nie jest podmiot, ale sam wiersz. Również w moim omówieniu forma staje się nośnikiem znaczenia w perspektywie tego, co genialnie uchwycił w swoich Pieśniach progowych Peter Gizzi, zmierzając w „kierunku zbudowania psychoekologii wiersza, czyli przestrzeni indywiduacji, będącej też aktem oporu wobec świata zewnętrznego” [19]. Nie zgodzę się zatem na kolejną redukcję mojej analizy, bowiem w recenzji z „Dziennika Literackiego” wskazywana przez Żurka opowieść o kondycji bohatera lirycznego/prekariusza – poprzez przechwyconą u Sęczyka od Ważyka podmianę „ciała podmiotu” na „ciało wiersza” –  staje się opowieścią o kondycji samej poetyckiej formy. I chyba o to chodziło mi w ostatnim zdaniu mojego tekstu: „W Kwaśnych obolach Sęczyk (…) wskazuje, czym mogłaby być poezja zaangażowana, gdyby zamiast o niezależność podmiotu upomnieć się o autonomię poetyckiej formy”. Albo Żurek do tego fragmentu nie dotrwał, albo popełniłem błąd, rezygnując ze wstawienia słowa „dzisiaj” między „być” a „poezja”, bo może wtedy doszedłby do wniosku, że ostatecznie interesują nas w Kwaśnych obolach te same rzeczy, ale do podobnych wniosków docieramy w zgoła odmienny sposób. 


W cytowanym wyżej akapicie  Żurka, w którym przywołuje mnie do porządku, wyjątkowo dziwi mnie logiczna niekonsekwencja, która rzutuje na to, jak do tej pory postrzegałem wypowiedzi tego krytyka. O ile nie zawsze zgadzałem się z jego rozpoznaniami, o tyle niemal zawsze podobało mi się uporządkowanie jego wywodu. Pisze bowiem, że w mojej ocenie wszystkie interpretowane przeze mnie wiersze są wypowiedziami na temat tego samego i że czynię z „każdego wiersza z tomu, z każdej decyzji podjętej przez Sęczyka różne wersje tego samego”. Rzecz jasna są to różne warianty opowieści o losach prekariusza w dobie realizmu kapitalistycznego. Biorąc pod uwagę, z jaką czułością wypomina mi błędy tych interpretacji, sądziłbym, że skopałem na całej linii. Tymczasem nie, w końcu „zgadza się z nie tak małą częścią [moich] rozpoznań”. Teraz już sam nie wiem, którą opcję wybrać: 1) są wiersze, przy których mogę używać konkretnych terminów, i takie, przy których użycie tych ram pojęciowych jest passé, i to Żurek decyduje, które to utwory i które słowniki; 2) czynię ze wszystkich wierszy wypowiedzi na temat tego samego, ale niektóre z nich rzeczywiście są wypowiedziami na temat, który słusznie zidentyfikowałem, co oznaczałoby, że są wiersze, które „znaczą”, ale jednak istnieją i takie, które mogą „krytykować, rozmontowywać, dekonstruować, ingerować  naświetlać”; 3) intencję miałem dobrą, ale wykonanie kiepskie, przy czym Żurek mi tę intencję uświadomił. A przepis na sukces jest dość prosty: kilka orzeczeń „znaczy”, wyzbycie się naiwnych metafor maszynowych, odrzucenie spekulacji deleuzjańsko-guattariańskich na rzecz spekulacji innej maści, odpowiednia garść słusznych przypisów i podziękowania dla kolegów na końcu tekstu, aby wskazać, że w moim zdziwieniu i irytacji nie pozostaję sam, bo „jeżeli kochać, to nie indywidualnie”. Inaczej nie potrafię wytłumaczyć faktu, że w interpretacji książki Sęczyka Żurek przywołał spekulacyjną teorię działania Ludwiga von Misesa, dość skrupulatnie wyjaśnił tę koncepcję, żeby kilka akapitów później napisać, że nie ma ona żadnego związku z tym, co robi Sęczyk, bo sięga on po zupełnie inne spekulacje i działania, ale poeta uświadamia nam, że rację ma Michaels, który na seminarium, w którym Żurek miał przyjemność uczestniczyć, krytykował Misesa. Bardzo podobała mi się metafora gry w kości:


Komentując te fragmenty „Ludzkiego działania” Walter Benn Michaels zauważył, że teoria działania jako rynkowej spekulacji przedstawia każde działanie tak, jakby było ono rzutem kośćmi. Jeśli np. chcę wyrzucić dwie szóstki, a ktoś pyta się mnie, co robię, to bardziej oczywistą odpowiedzią na to pytanie jest: „rzucam kośćmi z nadzieją, że wyrzucę dwie szóstki”, a nie: „wyrzucam dwie szóstki”. Nie mam bowiem żadnej kontroli nad tym, jak potoczą się kości, mogę mieć tylko nadzieję, że potoczą się w taki sposób, aby wyrzucić dwie szóstki.


Przenosząc tę metaforę na teorię działania mojego „kolegi po fachu”, mogę powiedzieć, że zupełnie inaczej zareagowałbym na przytyki Żurka, gdyby – pracując nad swoim tekstem – zapytany, co robi, odpowiedział: „próbuję wytłumaczyć Górnickiej, Mellerowi i Skurtysowi, o czym są Kwaśne obole”, a nie „tłumaczę Górnickiej, Mellerowi i Skurtysowi, o czym są Kwaśne obole”.


Na koniec nieco o tym, co w tekście Żurka najmocniej mnie rozśmieszyło, ale i najbardziej zasmuciło. Sęczyka znam od kilku lat, kilkukrotnie rozmawialiśmy o jego wierszach, kilka razy o moich tekstach krytycznych, nie raz o tym, „jak się sprawy mają, a jak interesy”. Mimo tego nie roszczę sobie praw do kategorycznego rozstrzygania, jaki był jego zamysł przy pracy nad tekstami z nowej książki. Z Żurkiem nigdy się nie spotkałem, wymieniliśmy w socialach dwie wiadomości, ale dzięki precyzji swojego wykładu odkrył nie tylko intencję Sęczyka, ale także moje poglądy polityczne, które podobno projektuje na Kwaśne obole, chcąc dostrzec w tomie to, co z góry założyłem jako „lewicowy krytyk literacki”. Czy trafiliśmy do symulacji, w której docenienie interwencyjnego potencjału poezji autora Świąt pracy w perspektywie niezgody na zastane warunki zatrudnienia, zarobkowania i zamieszkania czyni mnie bojownikiem o godne traktowanie  pracownika najemnego, zwolennikiem dochodu podstawowego czy aktywistą pikietującym na rzecz zamrożenia wzrostu cen nieruchomości? Tak, zgadzam się – te „aktywności” odtwarzają bardzo uproszczoną i naiwną formę lewicowości. W ten sam sposób działa utożsamienie mojej sympatii i zrozumienia wobec krytycznego potencjału wierszy poety z pozycją, jaką miałbym zajmować w debacie o sprawach wykraczających poza kwestie estetyki, poetyki czy języka. Sądzę, że mógłbym sympatyzować z radykalną prawicą, a jednocześnie poświęcać pochlebne teksty zarówno Sęczykowi, jak i Wojciechowi Wenclowi, i wcale nie określać się w ten sposób jako krytyk z tej czy innej mańki. Ludzie, którzy znają mnie dużo lepiej, z którymi spotykam się na co dzień, którzy znają moje poglądy polityczne, a których Żurek przypadkiem wymienił w tym tekście, właśnie z tej „lewicowej” etykiety śmiali się najgłośniej. Nie, nie noszę koszulek z brygadą świętokrzyską, nie mam w pokoju portretu Dmowskiego, nie uczestniczę w marszach niepodległości, ale mógłbym to robić, jednocześnie zachwycając się poezją Konrada Góry. I to nie Łukasz Żurek decydowałby, czy to możliwe. Mógłby oczywiście przez ten pryzmat uznać moje pisanie za nieautentyczne, interesowne, zaprogramowane na pochlebny odbiór przez czytelników o lewicowych poglądach, ale ta polemika nie dotyczy autentyczności krytycznej pozycji. Mam wrażenie, że Żurek zastosował tutaj uproszczenie, przed którym w wielu swoich tekstach przestrzega jak przed dotykaniem rozgrzanego żelazka. Czy dostrzeżenie niesprawiedliwości „dictum realizmu kapitalistycznego”, do czego zdaniem krytyka ogranicza się moja interpretacja tych wierszy, jest równoznaczne z reprezentowaniem lewicowych poglądów na życie i sztukę? To żenujące uproszczenie sugeruje jednocześnie, że wszyscy po drugiej stronie tej dziwnie zaprojektowanej balustrady są tegoż realizmu kapitalistycznego zwolennikami. Prawica nie jest tożsama z kapitałem i nie spodziewam się aż takich logicznych fikołków po kimś, jak widać, dość mocno zainteresowanym identyfikowaniem politycznego aktywizmu języków krytyki.


PS Za „efektowny przykład” projektowania poglądów politycznych na interpretowaną książkę Żurek uznał recenzję Kamila Figasa z livestreamu Jakuba Gutkowskiego. Trudno mi przejść obojętnie nad faktem, że formułowanie zarzutu wobec innego krytyka w nawiasie, bez podania choćby jednego przykładu potwierdzającego tę tezę, jest rzeczą żałosną, tym bardziej, że Figas o Kwaśnych obolach nic nie napisał. W tekście Żurek upomina dwóch moich serdecznych kolegów, Kubę oraz Kamila. Pierwszy był moim wykładowcą, namówił mnie do opublikowania pierwszej recenzji, obecnie jesteśmy kolegami z pracy i ziomkami od Fifki. Drugi był studentem w grupach prowadzonych przez mnie i Kubę, teraz pisze doktorat, a ja jestem jego promotorem pomocniczym. W Fifkę gramy właśnie u niego. Oczywiście możemy uznać, że dobór tej ekipy w tekście Żurka jest zupełnie przypadkowy. Skąd miałby wiedzieć, że mnie, Figasa i Skurtysa łączą relacje towarzyskie. Jeżeli nie takie było kryterium wrzucania Figasa w nawias, to znaczy, że nieświadomie, poza obiegiem instytucjonalnym, stworzyliśmy coś na wzór szkoły krytycznej, skoro powielamy w swoich tekstach te same błędy, mało tego – wszyscy w swoich recenzjach Żurka dziwimy i irytujemy. Gdy pomyślę o sformułowaniu „szkoła krytyki”, od razu przypomina mi się cytat z mojego ulubionego polonisty, Adama Miauczyńskiego, na temat „szkoły poetów”. Skoro jednak dotarliśmy do tego miejsca, korzystając z okazji, powołuję do życia Lewicową Szkołę Krytyki Zadziwiająco Irytującej. Nie dziękujcie! Aplikacje przyjmujemy na adresy naszych skrzynek mailowych. Za zapisanie się do newslettera 10% zniżki na książki Skurtysa, moją i Figasa, jeżeli kiedyś wyjdzie. O dalszych planach organizacji poinformujemy wkrótce.



ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle.png

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury”

WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne.png

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

IK_PL_white.png
logo 0_logo_TAK.png
logoWRo.jpg
bottom of page