Victor Ficnerski - ZANIM ZBRUKAM SIĘ KRWIĄ GŁUPCA


obraz, Mirela Bukała



ZANIM ZBRUKAM SIĘ KRWIĄ GŁUPCA


Mamy XVII albo XVIII wiek i wszyscy ubrani jesteśmy jak Francuzi. Mamy na sobie szustokory, fraki, bardzo obcisłe spodnie i pończochy wpuszczone w buty z klamrą. Nosimy fulary, wstążki, mankiety i drapiemy się pod perukami, próbując wydrapać pluskwy i syfilis. Przez kraj przetacza się epidemia pojedynków, i choć powszechnie obowiązuje nonszalancja, należy skrupulatnie ważyć słowa. W tej właśnie chwili stoimy z moim sekundantem przed gęstym, brzozowym laskiem, a służący sprawdzają pistolety. Powiem wam kilka słów, zanim zbrukam się krwią głupca naprzeciwko.


Po pierwsze strasznie uwierają mnie mankiety. Jeśli jest jedna rzecz, której nienawidzę, są to żabojady i ich pieprzone koronki, które nie mogą być bez znaczenia dla celności. Po drugie idę o zakład, że nasi obecni kronikarze nie są dość drobiazgowi. Bez wątpienia każdy dobrze wychowany dżentelmen ceni sobie dobrą powieść łotrzykowską, dworskie intrygi i jednocześnie gdzieś tam romansuje z ideami oświecenia. Ale nie tak szybko. Ledwie wczoraj, wielka nasza księżna puściła się ze świniopasem na balu maskowym wydanym na cześć naszego pana. Oczywiście bale maskowe to przykrywka, cóż by innego, a orgie są na porządku dziennym. I zapewniam was, że nie uświadczamy braku ani świniopasów ani świń, ni innych, mniejszych lub większych zwierząt hodowlanych. Po trzecie idę również o zakład, że patrzycie na nasze błyszczące fatałaszki, nasze przypudrowane twarze, jak patrzeć potrafią jedynie ludzie z gminu. Ale nie miejcie wątpliwości. Higiena w obecnej chwili pozostawia wiele do życzenia. Nie mówię jedynie o kąpielach. Jeśli w samym Wersalu srają gdzie popadnie i zamiatają gówno po kątach, wyobraźcie sobie, co odchodzi u nas. Po czwarte: lekarze przemilczają temat. Zresztą, zazwyczaj nie mają pojęcia o czym mówią. Ich zawód to w większej mierze improwizacja na usługach Pana. Mają za zadanie krzątać się po dworze i pisać listy za granicę. Jeśli chodzi o dietę, jesteśmy przynajmniej częściowo wolni od francuskiej influencji. Jeśli idzie o nasz codzienny reżim, to pozostajemy sumienni. Nasze dni wypełniamy strzelaniem do przepiórek, zajęcy i bażantów. Urządzamy wyścigi dzikich kaczek. Jemy śniadanie w porze obiadu, oszukujemy w karty, fabrykujemy plotki, knujemy intrygi. Nonszalancja i dowcip to atrybuty każdego młodego dżentelmena, a obrona honoru to obowiązek wobec rodu.


Jak mówiłem, stoimy przed brzozowym laskiem i uwierają mnie koronki. Ale to nie czas na narzekania. Poprawiam te cholerne, francuskie mankiety i mierzę draniowi w głowę. Głupiec naprzeciwko strzela, pudłuje, a potem upada. Trawa szeleści, słońce świeci, a w oddali za laskiem szumi rzeczka. Powód naszego zatargu niech pozostanie między mną, tym martwym idiotą i wszystkimi tutaj zebranymi.