top of page

Karolina Czarnecka - zestaw pięciu wierszy


kamm, MidJourney__cow_playing_golf_with_many_animal_friends_pieter_breugel



twoja rana jątrzy się jątrzy


niepostrzeżenie stajemy się wielkomiasteczkowi

w małych miastach rak pożera mózgi

(wiem bo widziałam panią listonoszkę

z wielkim guzem na głowie jeździła

autobusem taszczyła walizkę pełną listów)

w dużych miastach rak pożera serca

dowodem na to niech będzie koniec

pewnego długoterminowego związku albo

fakt że mój pies się starzeje podczas

gdy mnie nie stać na jego leczenie

patrzę więc na tę ranę która się jątrzy jątrzy się jątrzy

w środku nie czuję goryczy tylko skalisty wodospad

bezradność odbiera mi siły kiedy podnoszę twoją łapę

ty mimo wszystko wolałbyś mojego ojca-kata matkę typu nic nie wiem ale się wypowiem

nawet ty mnie zostawiasz podczas gdy ja dla ciebie wskoczyłabym do morza

pływałabym w nocy w zimnej wodzie w świetle księżyca z syrenami i śpiącymi rybami


przy moim współlokatorze czyli twoim wujku dostaję nerwowego słowotoku

a on się patrzy i nie wiem co myśli


merdasz ogonem co zwiastuje katastrofę w postaci

potrąconej przez ogon doniczki



czy ktoś wie czy świnie potrzebują związków monogamicznych do szczęścia?


gdybym była świnią wylegiwałabym się całymi dniami w błocie i byłabym szczęśliwa sama ze sobą

ostatnio mi powiedziałaś najgorzej jest się bać samotności i wiesz ja jednak trochę się jej boję

ale jeszcze bardziej boję się że ktoś mi ją zabierze

pierwszy raz od dawna mam własny pokój rozumiesz własny pokój gdzie są tylko moje rzeczy i rzeczy ludzi których lubię albo uwielbiam albo nawet kocham

rozumiesz potrafię kochać ludzi wiesz nie jestem taka mono ciebie też kocham

gdy leżałyśmy razem w łóżku chciałam cię pocałować ale wystarczyło że rano mnie przytuliłaś żebym wiedziała że tu wrócę

niedługo tu będziesz i będziemy razem najbardziej lubię w nas to że tak dobrze jebiemy po facetach

żyjemy równolegle symultanicznie byłaby z nas dobra powieść może nawet taka z dobrym zakończeniem krzepiąca chociaż akurat takich nie lubię

lubię jak coś jebnie lubię muzykę przez którą nie mogę spać bo dotyka wszystkich tkanek mojego ciała

dotyka czegoś co się jątrzy od zawsze i co zaczyna znajdować ujście w złości

moja przyjaciółka nauczyła mnie poetyki wkurwu

każde jej słowo siąknęłam aż się ze mnie sączyło

teraz szukam kogoś kto miałby właściwości kojące

położyłby mi rękę na skroni

ale nie czyniłby znaku krzyża



koala


Kątem oka podziwiam, jak zadowolony zasypiasz w fotelu;

budzisz się i myślisz, że widzisz psa,

ale to tylko herbata stygnie na taborecie.

Wcześniej świeciliśmy latarkami na koalę

i była to najbardziej oświetlona koala na tej kupie gruzu.

Bo to jest takie organiczne:

że przyjeżdżasz do mnie, ale zawsze podróżujesz ze sobą;

że wcześniej piszesz, a później mówisz,

i że są takie plany, które szybko się spełniają.

Zeszłej zimy zjeżdżaliśmy razem na sankach,

a później odwiozłeś mnie do domu;

teraz myślę o tym w rekordowym upale,

ale śnieg tak naprawdę jeszcze się nie stopił.

Zapominasz o tym, że za rzeczy się płaci,

ja sobie przypominam, że można coś mieć

bez ponoszenia za to żadnych kosztów.

Można wyciągnąć rękę po skoroszyt, który jest pusty,

wypełnia się go więc zupełnie dowolną treścią.

Lubisz kartki w kratkę i systemy;

według mnie najlepszym systemem jest system bezpieczeństwa,

kiedy wiadomo, czy ktoś wróci do domu,

i czy będzie można się do niego przytulić.

Odchodzisz niedbale i wiem już, że następnym razem,

gdy cię zobaczę, wszystko się odwróci,

bo to ja będę nocowała na twojej kanapie.



zawsze zapominam jaka jesteś piękna


po każdym spotkaniu z tobą mogłabym napisać to samo ten sam wiersz z tymi samymi słowami

chyba jednak jestem z cukru bo gdy siedzę obok ciebie trudno mi się utrzymać w pionie

jesteś taka piękna i pachniesz domem twoja dłoń na moim kolanie zwiastuje kąpiel

samoistnie przekręca się kurek i obmywa mnie wodą

zmywasz ze mnie piętno którym zostałam naznaczona gdy moja mama rodziła mnie w szpitalu świętej rodziny

o ironio moja rodzina nie jest święta rodzina którą tworzę ustawowo nawet nie zasługuje na takie miano

to piętno to nie jest łatka bo niestety nie jestem krową chociaż lubię rzuć zielone

łatka ułatwiłaby mi sprawę na łatce byłoby coś napisane a ja mam pustą kartę

ale wiesz trochę rozmawialiśmy o tym to nie jest tak że zawsze na początku jest pusto bo zawsze jest jakiś bodziec

iskrzy między nami iskrzy mogłabym cię iskać gdy kładziesz głowę na moim kolanie

z tobą wszystko się zapętla ale to nie jest taka pętla na szyi to taka powtarzalność zdarzeń

która sprawia że przy tobie czuję się bezpieczna jakbyś była nadniemeńską pasterką

a ja twoją owcą



szum

(w)spanielowi Plutowi

ty wyjdziesz z parku a ja wyjdę za mąż

będę dotykać białych kwiatów zielonych lian

z wiankiem na głowie tańczę w świetle słońca

czuję to letnie powietrze które osadza mi smog na twarzy

niecierpliwość sprawia że rwę do przodu kiedy ciągniesz do tyłu i na boki

nie potrafię zrozumieć twojej starości tak jakbym miała klapki na oczach

nie mam wyczucia na twój humor (stałeś się bardzo humorzasty rudy psie)

czuję niepokój bo wiem że pewnego dnia przestaniesz wychodzić przestaniesz być

będę za sobą ciągnęła zakurzoną smycz gdy zakopią cię w piachu


Comments


bottom of page