Justyna Wysocka - zestaw dwóch wierszy




Bezczasowie w uzdrowisku


Wysoki sezon: tkwisz w wiecznej środzie,

Choroba się wlecze, leczysz skrofuły.

Węzły zapalone. Układy chłonne.


Państwowe Zakłady Zdrojowe padły

ofiarą pętli czasu.

Twój turnus nigdy się nie skończy,

zniknął gradient dnia trzeciego z czwartym.


Czeka cię ciągłe upuszczanie

krwi, bańki i torfy.

Beau monde, proszone herbatki.

Aż staniesz się żywym amuletem.


Windziarka w pijalni wód opowiada ci o księżnej Daisy.

A ty marzysz o zalanych korytarzach metra,

o ssaniu wężowej skórki.



Historia wesołych miasteczek


Chorzowski lunapark, jesień ‘66, Święto Trybuny Rolniczej.

Potężny pionier urządził drobinie ludzkiej festyn.

W pływającej kawiarni „Arizona” zabrakło już miejsc.

Pachniało wysokim woltażem, maszyneria działała ociężale.

Radosny rwetes zmieszał się z krzykiem dzikich gęsi.

Nikt jednak nie patrzył w niebo. Raj był przecież na ziemi.


Piekło też. Bo w pałacu strachu objawił się sam diabeł.

Karuzela ściągnęła pioruny, oszalały błędniki i saturatory.

Autodromy się naelektryzowały, wata cukrowa spopielała.

Z gabinetu luster goście wybiegli w amoku,

przepoczwarzeni, zbliźniaczeni jak figury woskowe.

Twarze rozjaźnione, formy nieostateczne.