Wojciech Kopeć - Co Jan widział w Tennessee... (fragmenty)



kolaż, czarny_aksamit




Co Jan widział w Tennessee, prowincji Nowego Królestwa, i jaki to miało wpływ na niego


[...] bo można by powiedzieć: Jan wszedł do kuchni, nawet nie zapukawszy. Hiacynta zaskoczona, rosół wygotowany, kura przemoczona. Ale można by równie dobrze wymigać się od złożonych uprzednio deklaracji i choć raz dać się ponieść teologicznemu żywiołowi. Powiedzieć o sytuacji tak, jak ją Pan Bóg z kołka jesionowego ociosał, z całym dobrodziejstwem drewnianego inwentarza. Ba, powiedzieć - zaintonować! Na jakąś chwytliwą melodię, załóżmy więc, że Jan wracał z nabożeństwa, gdzie akurat śpiewa się tego rodzaju pieśni. W domu wszyscy czekają na Jana ze zniecierpliwieniem, a on mamrocze pod nosem hymny, i to jakie tylko dusza zapragnie: ambrozjańskie, neapolitańskie, przedsoborowe, posoborowe. Niestety w domu tylko babka zdawała sobie sprawę z tego, że to, co najbardziej przepastne i nieskończone, musi być przez człowieka wyśpiewane albo chociaż wygrane na instrumencie. A biedaczce, jak na złość, zmarło się na podziurawione płuco. I to by było na tyle, jeśli chodzi o czającą się za rogiem metaforę człowieka-kobzy. Pozostaje nam tylko wyobrazić sobie oną kobzę jako świat, zadąć w niego i nasłuchiwać jak ten, uderzywszy w najciemniejsze tony, opłakuje swych najlepszych ludzi.


[...] z biegiem lat nabywamy kolejnych umiejętności, ściskamy ręce naszych wychowawców. Wszystko zaplanowane jak w najlepszym dramacie rodzinnym. Ojciec, który kupił taczkę, żeby wozić butelczyny z octem. Matka, która każdorazowo rozpakowuje zwiezione graty ojca (jeśli sprawa udała się) i zapakowuje to, na co natrafi pod szafką (jeśli sprawa się nie powiodła). Trzeba sobie pomagać: dłoń w dłoń i wspólne poruszanie metalu przyspawanego, wydawałoby się, na wieczność. Dla przykładu – bo musimy mieć z tyłu głowy, że umysł człowieka jest umysłem przede wszystkim egzemplarycznym – jest tu taki uchwyt. Uchwyt wystaje z futryny, przez którą wchodzi się do głównej izby, graniczącej z kuchnią, a do podwórza zwróconej plecami. Parę ładnych pokoleń mocowało się z tym uchwytem, aż tu przyszedł ojciec Jana. Nic się nie bał, tylko zakasał rękawy i zdjąwszy jeszcze niedzielne obuwie, wziął się za roboty domowe. Ktoś coś mówił o zatkanym zlewie, proszę bardzo! Nie ma rzeczy zatkanych, są tylko nieprzepustowne rury, by powtórzyć jego słynne powiedzonko. I w tych rurach się gromadzą nasze życia, czasem mniejsze objętościowo, czasem większe. Pieśni, które śpiewał Jan mieściły się przy jego chwalebnym życiorysie akurat, powiedzmy: tak na trzy i pół palca. Inżynieria sanitarna byłaby tu niepotrzebna. Nie będziemy więc używać typowego dla takich sytuacji zwrotu: proszę uzbroić się w narzędziowniki i wypatrywać swojej szansy. Nie tym razem.


[...] w sukurs przychodzi kosmiczność. Lewitujemy przez chwilę z Janem, zanim w końcu uda mu się postawić nogę na wahadłowcu. To jest jego wahadłowiec, nikt mu już tego nie odbierze. Tak jak poczucia dobrze wykonanej misji. A bywało przecież różnie – raz słońce fatalnie go oślepiało, raz wiatr wypędzał na drugi koniec galaktyki. Nie możemy sprzyjać ludziom z obcego kraju, zdawały się mówić gwiazdy, złośliwie się uśmiechając. Odwiedził nas tu kiedyś mag-czarodziej, zauroczył nas swoją charyzmą w wypowiadaniu zaklęć, pięknie opowiadał o świętych męczennikach, ale jak się okazało robił to tylko po to, by wykraść nam kiszonki dające nieśmiertelność. Rzeczywiście – tu już nasza uwaga – był czas, że o kiszonkach zrobiło się głośno: ni z tego, ni z owego. Zanotowano dwa, trzy przypadki cofnięcia się zabójczej dla bydła choroby św. Bartłomieja, i to wystarczyło, zwłaszcza tym bardziej wyczulonym na wiatr dziejów jednostkom, by połączyć narzucające się fakty. Dla kronikarskiej przyzwoitości przypomnijmy inne prozdrowotne właściwości przetworzonych w ten sposób warzyw: wysoka zawartość błonnika pokarmowego, witamin o działaniu przeciwutleniającym, różnych kultur bakterii o działaniu zbliżonym do probiotyków, pierwiastków takich jak potas, wapń, fosfor i magnez. I tak dalej, i tak dalej. Życie wyśpiewywało Janowi litanie długowieczności, ale Jan zamiast ich słuchać, brał w ręce swój obwoźny sklepik i wyruszał z nim do sąsiedniego miasteczka.


[...] jeszcze wcisnąć jedzenie do pracy. Bezskutecznie. Jan uznawał, że jako statek miotany falami niepowodzeń, powinien być zdany tylko na siebie. W najbardziej mokrym ze światów, a przez to najbardziej prawdziwym, nikt nie poda mu nawet ozdobnego sznureczka, kiedy jego busola wychyli się za bardzo na północ. Oczywiście, można mieć nienajlepsze zdanie o ozdobnych sznureczkach, ale jedno trzeba im przyznać: wprawiają w prawdziwe osłupienie deterministów starej daty. Niech będzie: pytamy ich o skutki wielkiego wybuchu. Dlaczego buraki pastewne przeżyłyby powtórne przyjście zbawiciela, ale nie przeżyłyby wojny nuklearnej? Trudno dyskutować z faktami. Sformułujmy więc, na nasze skromne potrzeby, sąd rodzajowy. Jest Jan, który pcha przed siebie biblioteczkę na kółkach. Jan, który wynajduje prasę drukarską, maszynę parową i jeszcze kilka innych niezłych rzeczy. Ale dodajmy do tego asortymentu słoninę zostawianą w zimie ptaszkom, i zobaczmy jak diametralnie zmienia się układ sił w naszym skleconym naprędce logicznym trójkącie. Jeden ptaszek przyleci i tylko podziubdzia, a drugiemu posmakuje, zachwyci się i z miejsca zawoła swoich towarzyszy. I co, który według waszej teorii, będzie miał w tej sytuacji rację?


[...] do gorących źródeł. Ustawił się między dwoma pagórkami i rósł-rósł aż chmury wezwały go do siebie. Gdzie jesteś? pytał jego lud wędrujący od ujścia do ujścia. Zostawiłeś nas na pastwę lwów i ognistych deszczów. Nie potrafimy tak jak ty odczytywać znaków, by układać je później w koherentne narracje, będziemy błądzić po wieczność. Dopowiedzmy: wieczności wcale nie uśmiechał się taki scenariusz. Ludzie z pochowanymi po kieszeniach lirami, aulosami, fletniami stanowili dla niej nie lada problem. Jak tu zejść na zwykłą, wieczorną kąpiel, kiedy słodka muzyka, niosąc się po górskim świecie, rozwiewa ostatnie przyczółki mglistości i tajemnicy? Jan doskonale wiedział, jak rozmawiać z górami, i to naszą wieczność szczerze niepokoiło. Niejeden raz prosił je o chrust i krzesiwo, kiedy potrzebował ognia. Zupa z soczewicy, zupa kalafiorowa, sześć talerzy, on, Hiacynta i Masyw Śnieżnika. Przyroda nie pozostawała dłużna. Zrywała dla nich całe koszyki świeżych ostrężyn, które, gdy się już ściemniało, układała przed ich stopami w pokaźne stosiki.