Szymon Domański - Era stokrotki
- 20 cze
- 4 minut(y) czytania

człowiek z różową walizką i gołębiem w klatce
od zawsze towarzyszy mi śpiew karetki.
panie, tyś sprawiedliwy jak udar mózgu.
przez gardło wrócił do domu zaprzyjaźniony
martwy gołąb z ulicy opolskiej.
głos w autobusie glitchował się, gdy
przewracałem strony bardzo białej książki.
pachniało mydłem a zaprzyjaźniony martwy gołąb
z ulicy opolskiej wydobył śpiew
z gardła człowieka z różową walizką.
jadę dziś z nim tą samą trasą po raz trzeci,
rano wszedł sam, po południu ktoś mu pomógł, wieczorem ptak wyleciał z jego trzewi.
Pieśń 2. O gołębiu zdruzgotanym jak włoska papryczka chilli
(feat. Marcin Kaweński)
I
Widziałeś kiedyś, jak srają gołębie?
Różowy odbyt miarowo pulsuje.
II
Każda ławka to mój dom.
Wyznajesz mi miłość mową ptaków
szósty raz w tym tygodniu, piękny sen.
Siódmego dnia skrobię gówno z szyby samochodu.
III
Zdaję raport z otchłani:
kropla drąży asfalt, na zewnątrz burza, w kałuży nurza się dziób gołębia. Obicie podwójne: odbija się w tafli, której kształt widzi w swoim oku, błyska zagubienie. Na zewnątrz dysonans, mam dość doniosłości, potrzebuję rozchełstania. Wąwóz śmierci? Nie, wywóz śmieci. Chcę pofrunąć do lasu, las przede mną ucieka.
IV
Kiedy płonie znicz olimpijski, a w dłoni drży pióro ubabrane liquidem,
płuca zapadają się, para napierdala pod skrzydła, wosk z winyli ściera się
na betonowej płycie osiedlowy igielit. Słowo.
V
O! Drżyjcie pedantyczni despoci,
radujcie się zwichnięte skrzydła,
nadchodzi era bezobjawowego głodu!
Wystarczy iskra, by zająć ogniem osiedle,
tysiąc lat czekałem na przeżute sny i gałęzie pod łóżkiem.
Spisane na straty. Teraz!
Z paznokci błyska dynamo,
kręcimy się jak chomiki.
Myśl czysta, jaźń – wewnątrz jajka –
uderza i pękają sklepienia.
Zlewamy się z zewnątrz.
VI
Majestatyczna trwa biel w iglastym lesie!
Tajemnicza twa srebrzystość na tle nieboskłonu!
Wokół źrenicy twardej i czarnej,
jakby tęczówka chciała nasycić się czernią,
barwy mieszają się niepospolicie.
Kolor: samo życie! Szkoda, że nie możesz tego przeczytać,
mogę wyśpiewać, wyrecytować ci to na głos: Grrruu Uhh, GrrruU Uhhh!
Gołębiu sierpówko!
Przodowniku elegancji wśród całego gatunku!
VII
Gołąb skalny, potocznie szczur przestworzy,
to taki kundel, więc też domaga się numeru ptasel.
Będziemy legitymować ptasich obywateli, znajdziemy okruchy i ziarno,
obrączki z puszek po sardynkach, naszyjniki z obwarzanków,
czy dostojne suknie ślubne ze skórki od chleba, na szczęście
zaproszeni goście wydziobią środek.
VIII
Krakowski ronin;
frunie jak norma tanega,
sprzedaje arbuzy pod synagogą,
zbiera, co zasiali,
wyje jak kojot, jak kot rozdrapuje,
skórę ma gęsią, przełyk skurczony,
faszeruje, maszeruje, pogania przekupy,
patrzy na tramwaj i w oczach ma pytajniki,
wszystko mu jedno, jaki zje chleb,
z boskim wiatrem gna do przodu,
sypią mu sadzą po oczach.
IX
Codziennie o siódmej rano, kiedy gołąb siadał na balkonie mojego pierwszego mieszkania wynajmowanego wraz z pierwszą dziewczyną, a także drugiego mieszkania wynajmowanego wraz z drugą dziewczyną, czułem błogi spokój i taki stan rzeczy utrzymywał się aż do wieczora. Wiedziałem, że jeśli coś jest pewne, to poranne spotkanie z tym ptasim bezdomnym. Moja druga dziewczyna próbowała jednak zlikwidować gniazdo, wyrzucając jaja. Jaja były puste, Podniebny z niej zadrwił, okupując balkon. Mógł to być wygłup albo tragedia, albo wszystko naraz.
X
Z Wikipedii:
W kraju suszonej łupiny cebuli gołębie pozytywnie wpływają
na wzrost i plonowanie rdzennych obywateli.
Gołąb jest objęty skrawkiem prawa, które żywi się nasionami i odpadkami,
bywa też dokarmiany przez ludzi.
Dwieście pięćdziesiąt tysięcy par krąży nad naszymi dachami lub
zakłada gniazda i próbuje przeżyć w krainie bez perspektyw
dla drobiu z takim umięśnieniem. Chociaż…
XI
Mam pluszowego gołębia imieniem Pitagoras.
Lata po trójkącie w poszukiwaniu okruszków z pępka.
Gdybym miał pluszowego gołębia, nazwałbym go Kawafis.
Wysłałbym go z listem, zaproszeniem dla barbarzyńców.
Kiedyś będę miał szczura imieniem Gołąb.
Gdy umrę, rozerwie mi brzuch i zacznie krztusić się watą.
XII
Widziałem kiedyś w programie kulinarnym kobietę, która rozprawiała się ogniem i rozgrzanym tłuszczem z wychudzonym gołębiem. Kulinarny żart na rozluźnienie atmosfery, dość spiętej, jak zakłada show, czy mimo wszystko podawać zużyte już podczas życia mięso gołębia? A nie gołąbka w pysznym sosie pomidorowym? Cel na dzisiaj: przeżyć tę kolację.
XIII
O! Jakże mylące jest twoje gruchanie, Grzywaczu!
Przytłumione, drżące, wielosylabowe, z akcentem na drugą sylabę.
XIV
Otrzymuję wytyczne:
gdybyś czuł się jak w domu, to byłbyś w domu. Z ulic głodnych spij resztki wysiłku, spojrzyj na dziecko i matkę, na trud i ulgę. Aby być wyżej, musisz wznieść się wyżej, podepcz ranny chodnik, rano łzy zasklepią bruzdy. Żeby zdobyć szczyt, musisz wznieść się ponad, on też ci się osuwa.
acab alba
z pounda na ab-soula,
nastrój płynie jak lean na szesnastowiecznej biesiadzie.
syrena rozdziera nasze dusze na strzępy, miła moja,
kończymy,
gdy noc oddaje pole świtowi. kruki i wrony rozdziobią
nasz womit. napiszę poradnik jak żyć w późnym k.
kolorowo, kosztownie & krótko.
jak linton kwesi johnson idę w dół ulicą,
pragnę zostać psem, nasrać do własnej budy.
Pieśń 3. Miasto powiatowe
Wywołuję przed oczy biel.
Myślę, że tak wygląda przestrzeń.
Spokojne dźwięki muzyki i syreny w tle,
Spacer wałami, szlakiem pierwszego tytoniu.
W głowie zapisuję mapę miejskich toalet,
Mijam stadion i porę roku.
Ulica jest wyściełana płaszczem i szalikiem.
Urosłem, braki czuć na kilometr,
Bramka na boisku przybrała kształt koła,
Nie mam wejścia do biblioteki,
Nie czuję różanej woni, nie wierzę w przemianę.
Czuję konie, ale i fiolet pod okiem,
Czuję kapuśniak i smród niedofinansowanego szpitala,
Widzę wysokie bloki, każdy budynek się rozpada.
Brakuje mi tchu, ale dym to vape o smaku winogronowym.
Leżę w pozycji embrionalnej, macham łapą
do techno jak maneki neko. Uśmiecham się.
wczoraj śniłem, że jestem porcelanowym smokiem
umościłem się w niedoskonałości czarki tak, jak moszczą
się tam resztki herbaty. leciałem nad ryżowym polem,
białym jak papier washi.
wybudzony gęstymi kłębami sadzy, kaszlem kominów,
zacząłem pisać wiersz robotniczy. na widok moich
dickensowsko ciemnych zębów myśl o śmierci wydała mi się śmieszna.
zapadłem się w głębokim śniegu, skarpetki spadły mi ze stóp w wysokich,
czarnych trepach. słuchałem isobel, jakby to był soundtrack do finałowej
sceny mojego życia. pisząc mordowałem komfort, ślady butów
odciśnięte w lodzie pytały.
dziś znów śniłem, że jestem porcelanowym smokiem.
umościłem się w pęknięciach komina tak, jak mości
się tam czarna sadza. leciałem nad upstrzonym błotem śniegiem,
ciemnym jak obraz czasów.




