Stanisław Tarnowski - Cho na krzaki
- 20 cze
- 5 minut(y) czytania

Zbliżała się moja trzydziestka i nie wiedziałem, że dorosłość planowała dać mi w ryj.
Myślałem, że jeśli już, to nie pięścią, raczej kalendarzem.
Nie krzykiem, raczej światłem.
A nie wiedziałem, że ona kopnie mnie na odwal, przed siebie i z całej siły.
Mokotów. Żyjemy w cieniu brutalistycznego kościoła św. Michała Archanioła. Wygląda, jakby spadł z kosmosu po to, żeby nauczyć ludzi pokory, a potem został na zawsze między Dolną a Puławską, nieco obrażony, nieco święty, trochę jak statek, trochę jak bunkier, trochę jak wielki betonowy organ wewnętrzny dzielnicy.
Dziewięć godzin dziennie pracuję w usługach, z nie swojego mieszkania, na wypożyczonym laptopie. Ekran świeci jak małe przesłuchanie. Mój szorstkowłosy basset tyje na kanapie i wygląda jak mały, kudłaty bożek nadmiaru. Leży bokiem, z łapami wyrzuconymi w powietrze, ciężki, ufny, prawie martwy z komfortu.
Czasem podnosi głowę, kiedy wstaję po wodę. Teraz?
Nie teraz. Po mailu. Po callu. Po szybkim. Po ostatnim. Po niczym.
Któregoś dnia zamykam komputer i widzę swoją twarz w czarnym prostokącie. Jest moja, ale już pracuje dla kogoś innego. Zapomniałem samego siebie. Znam już chyba tylko białe światło. Mieszkam w wierszach i kolumnach.
Mówię:
Cho na krzaki. Przejdźmy dziurą w płocie przy skwerze Małkowskich. Polecę przed siebie jak w dzieciństwie, kiedy jako harcerz zjeżdżałem na tyłku w dół skarpy.
Pod Nawłocią, Łopianem i Pokrzywami odkrywamy starą Warszawiankę: beton, schodki, resztki trybun, mur po boisku, ściany bez wydarzenia. Trawa wchodzi w pęknięcia, mech bierze stadion na własność. Nie ruiny, bo ruiny są zbyt dumne. Raczej pozostałości po pomyśle, że ciało będzie wiecznie młode i zorganizowane. Nad wszystkim góruje czarny obelisk. Jakby na poboczu metropolii rósł w siłę kult jakiegoś plugastwa.
Pies czyta ziemię.
Ja czytam katastrofę.
On: kuna, mysz, mokry patyk, ślad innego psa.
Ja: modernizm, porażka, stalker, enklawa.
Z kolejnymi spacerami wędrujemy dalej przez użytek ekologiczny. Znajdujemy miejsca po ogniskach, śmieci i obozy bezdomnych. Pnie drzew rosną tu w poprzek zamiast uciekać do nieba. Korzenie plączą się w opuszczonych studniach. Wszystko ucieka w nieintuicyjnych kierunkach.
Uczę się tej metody.
Bokiem przez dzień.
Bokiem przez pracę.
Bokiem przez życie.
Nie rosnąć, tylko przechodzić.
Dalej na szlaku jest park Arkadia – bardziej dostępny. Jakby z innego świata. Oczko wodne, ptaki, alejki, ludzie z kijkami, dzieci, psy w ubrankach. Wśród spacerowiczów czuję się nieswój. Oni są w parku, ja w korytarzu ewakuacyjnym. Oni spacerują, ja się ewakuuję.
Z Arkadii odchodzą kanały wodne. Jeden ciągnie się na wschód, prowadzi przez pustostany i ogródki działkowe, aż do Augustówki i Jeziorka Czerniakowskiego. Ale ja myślę o kanale wędrującym na południe. O łąkach. O Szopach Polskich, o trawach przy Wilanowskiej, o dziecięcej mapie, na której siedziba Canal+ miała wielkie białe talerze do kontaktu z kosmosem i abonentem. Myślę o sekretnej metropolii, która wyrosła w pęknięciach na powierzchni Warszawy.
Kiedyś się tam znajdziemy, bassecie, obiecuję.
A potem dorosłość faktycznie daje mi w ryj.
Umiera mój pies z dzieciństwa. (Kurwa!) Felek, stary jamnik szorstkowłosy. Dożył swoich dni, tak się mówi, kiedy język nie umie powiedzieć: ktoś był zawsze, a potem przestał. Skurczył się i wysuszył. Przewracał od najmniejszego podmuchu i nie miał siły wstać o własnych siłach. W domu zostają po nim miejsca. Przy drzwiach. Na kanapie. Pod stołem. Pod kołdrą. W złości. W misce. W pamięci, która ma krótkie łapy i mokry nos.
Przypominam sobie: Żuławy, kanały melioracyjne proste jak cięcia, opuszczone cegielnie po Prusakach, czerwone mury, doły z wodą, ucieczki w korycie Wisły. Jamnik biegnie przede mną przez piach, cały w swoim małym przekonaniu, że świat istnieje po to, żeby go obwąchać.
Więc biorę basseta. Nie na spacer. Na zadośćuczynienie. Żeby miał własną wyprawę. Własną ciemność. Własny kanał. Własny mit. Trzeba go zabrać na krzaki jak żadne inne.
Ruszamy dalej niż zwykle, aż krajobraz zaczyna się rwać. Tam, gdzie pamiętałem łąki, jest budowa. Płoty, kontenery, ziemia przewrócona na lewą stronę. Deweloperzy nie mają twarzy, mają nazwy. Osiedla nie mają pamięci, mają claimy. „W kontakcie z naturą”, „Zielona ostoja”. Wędrujemy przez dawne Szopy Polskie, ostatni pas traw ciągnie się wśród jednolitej zabudowy. Pamiętałem przestrzeń, a ostał się labirynt. Mała drewniana chatka z gołębnikiem stoi między działkami trzech różnych deweloperów, wygląda jak błąd systemu, jak ostatnia wioska Galów, jak ktoś, kto nie podpisał zgody na przyszłość.
Aleja Wilanowska wybucha nagle. Światło, dźwięk, metal. Auta idą przez ciało, jedno po drugim, jak stado bez sierści. Sygnalizacja mruga jak aparatura przy łóżku chorego miasta. Po godzinach w krzakach cywilizacja nie wygląda jak powrót. Wygląda jak napaść.
Pies szarpie.
Ja szarpię.
Uciekamy.
Na chwilę tracę pion. Nie jestem przechodniem, jestem sarną przy ekspresówce, psem podczas fajerwerków, kretem wyrzuconym spod ziemi. Uciekamy w ciemność, w stronę zapachu wody.
Otacza nas bagno. Kościół św. Katarzyny góruje nad nim jak dowód, że wciąż jesteśmy u podnóża cywilizacji. W wodzie czapla. Siwa, cienka, nieruchoma. Przez sekundę wszystko ustaje. Słyszę tylko własny oddech. Potem rusza: owad, trzcina, pies, serce, aglomeracyjny szum. Na drodze przez moczary wyrasta zagłębie budowlane. Ciężarówki, żwir, blacha, tablice ostrzegawcze, płot. Nie zawracamy, bo zawrócić to znaczy uznać mapę. Czołgamy się pod płotem, pies głupieje, ale idzie za mną.
Rozciągamy ogrodzenie. Ruszamy wałem.
Ściemnia się.
Idziemy przez wyschnięte trawy, zaglądamy w okna porzuconych drewnianych chatek. Słup wysokiego napięcia góruje w panoramie. Mijamy Arbuzową i rozlewisko pod Skarpą Ursynowską. Wśród pól stoi kapliczka. Matka Boska ma twarz spokojną. Pies pije wodę.
Dalej ścieżkę wyznacza Rów Wolicki. Z tej perspektywy miasto wygląda jak scena teatralna widziana od tyłu. Nie ma kostiumów i scenografii, są pręty, śmieci i betonowe konstrukcje. Zamiast aktorów – Wiechlina, Perz i Nawłoć.
Pod obwodnicą przechodzimy jak pod śpiącym zwierzęciem. Nad nami jadą ludzie w kapsułach światła, pod nami cień, piasek i oddech rzeki uciekającej pod ziemię. Jesteśmy mieszkańcami niższego piętra. Miasto ma kondygnacje, a my dotarliśmy w głąb jego warstw.
Za obwodnicą są już tylko pola i Las Natoliński. Powinienem zawrócić. Wrócić do laptopa, kościoła i pracy w usługach. Ale nie potrafię, bo słyszę już tylko zew. Taki nie z zewnątrz, lecz ze mnie samego. Prowadzi mnie dalej w ciemność, która robi się większa od miasta. Są w niej już tylko świerszcze i rozgwieżdżone niebo. Warszawa świeci za plecami jak ekran, którego nie zamknąłem. Pod Lasem Kabackim nagle rozumiem, że można nie wracać.
I to tak naprawdę.
Można zrzucić imię, kalendarz, telefon, login, trzydziestkę. Można wyjść z arkusza. Pies patrzy przed siebie, ale jego oczy świecą inaczej. Jakby widział wejście, którego ja jeszcze nie widzę.
Robię krok w trawy. Potem drugi.
Skóra zaczyna pamiętać sierść. Kolana pamiętają ziemię. Dłonie robią się lżejsze, niepotrzebne, potem przydatne inaczej. Kręgosłup odkleja się od krzesła i układa poziomo.
Przez chwilę jeszcze mam na sobie człowieka, ale źle leży. Zsuwa się z ramion jak mokra kurtka. Warszawa maleje, aż jest tylko jasnym prostokątem między drzewami. Potem gaśnie.
W trawie otwiera się przejście.
Basset rusza pierwszy. Ja za nim.
Wychodzimy.




