top of page

Piotr Czerkawski - Najbardziej ekskluzywny jarmark świata

  • 11 mar
  • 8 minut(y) czytania



„Nie ma nic bardziej niemoralnego niż otrzymanie Oscara”

Luis Bunuel, komentując nominację do Oscara dla jego filmu „Tristana”


„I’m Oscar!”

Zbig Rybczyński


Na pierwszy rzut oka może to wydać się zaskakujące, ale najlepszy film w historii Oscarów powstał w 1983 roku, jest koprodukcją polsko-amerykańską i trwa niecałe siedem minut. Pozornie spełnia definicję dokumentu, ale w rzeczywistości miesza ze sobą wszystkie możliwe gatunki: thriller polityczny, dramat społeczny o różnicach kulturowych i absurdalną komedię w stylu przeniesionego w hollywoodzkie realia „Rejsu”. Tajemnicza produkcja nosi tytuł „Short Film Winners 1983”, a główną rolę brawurowo odgrywa w niej Zbigniew Rybczyński. W pierwszych sekundach Polak wychodzi na scenę w towarzystwie tłumaczki o – wymyślonym chyba przez Thomasa Pynchona – nazwisku Yola Czaderska–Hayek. Poinstruowany przez nią żołnierską komendą „Podziękuj Akademii”, stosuje się do rozkazu, ale chwilę później dezerteruje i zaczyna szarżę, ruszając z szabelką na hollywoodzki czołg. Gdy wypowiada zdanie: „Zrobiłem film krótki, więc będę mówił krótko, ale w przyszłości chciałbym z tego miejsca przemawiać trochę dłużej”, prowokuje salwy śmiechu i ma Amerykę u swoich stóp. To jednak dla niego za mało. W romantycznym uniesieniu całuje Hayek w policzek i ignorując jej kategoryczne „Skończ”, pragnie perorować dalej. Wręczający nagrodę Matt Dillon i Kristy McNichol są skonsternowani i nakłaniają nieokiełznanego outsidera z Europy Wschodniej, by zszedł ze sceny. Tajemniczy przybysz dezorientuje jednak Dillona uściskiem dłoni, a McNichol kolejnym całusem w policzek. Czaderska–Hayek stara się ratować sytuację, mówiąc, że to taki słowiański zwyczaj, a Słowianie są bardzo ciepłymi ludźmi. Konsternacja sięga zenitu, goście niemal spadają z foteli ze śmiechu, a Rybczyński korzystając z zamieszania serwuje nieoczekiwaną puentę i tonem jakby miał zaintonować „Rotę”, deklaruje, że marzy, by nakręcić film w stylu „Gandhiego” o Wałęsie i „Solidarności”. Choć już teraz brzmi to jak fragment zaginionego scenariusza autorstwa Janusza Głowackiego, czeka nas jeszcze scena po napisach. Gdy Rybczyński wraca na miejsce, zostawia Oscara w rękach Hayek i idzie na zewnątrz zapalić papierosa, ochroniarze nie rozpoznają go i nie chcą wpuścić z powrotem. Sfrustrowany Polak, krzycząc „I’m Oscar”, zaczyna kopać bodyguardów po kostkach, ale przegrywa tę heroiczną walkę i kończy wieczór w areszcie.


Film z Rybczyńskim w roli głównej stanowi autonomiczne dzieło sztuki i pamiątkę swoich, w gruncie rzeczy niewinnych, czasów. Dziś główny bohater zamiast skromnej reprezentacji ochroniarzy miałby najpewniej na głowie potężny oddział ICE. Jednocześnie jednak w całej tej historii jest coś zadziwiająco uniwersalnego. Wszyscy dopuszczeni na hollywoodzkie salony przybysze spoza USA nadal są w pewnym sensie Rybczyńskimi – gośćmi zaproszonymi niby na równych prawach, ale jednocześnie traktowanymi nie do końca serio, naznaczonymi piętnem egzotyki i nieadekwatności. Liczby w końcu nie kłamią. Choć filmy spoza Stanów Zjednoczonych rzeczywiście coraz częściej bywają nominowane w kategoriach innych niż „Najlepszy film międzynarodowy”, nadal zwyciężają w nich od święta. W tej sytuacji rodzi się zasadne pytanie, czy jest w ogóle sens, by emocjonować się tym ustawionym przetargiem, sprzedanym meczem i grą, w której przeciwnik ewidentnie posługuje się kodami?


Pyrrusowe zwycięstwa


Odpowiedź wcale nie jest taka oczywista. Choć transmisje oscarowej gali z roku na rok obchodzą coraz mniej ludzi, nagrody wciąż pozostają najmocniejszą branżową marką. O sile rażenia hollywoodzkich reflektorów może świadczyć fakt, że są w stanie objąć blaskiem nawet polskich krytyków filmowych. Nie ma co ukrywać, że okres przedoscarowy to dla nas spóźniona Gwiazdka – wygaszeniu ulegają środowiskowe spory, a świat raz w roku przypomina sobie o naszym istnieniu i w ramach prezentu hojnie rozdaje zaproszenia do mediów. Poza tym każda okazja jest dobra, żeby pójść na imprezę, a tych, połączonych najczęściej z transmisją ceremonii, organizuje się w branży bez liku. Pamiętam, że w trakcie jednego z takich wieczorów prominentny polski reżyser wielkodusznie wybaczył mi negatywną recenzję, a potem podzielił się anegdotą, która dotyczyła wprawdzie festiwalu filmowego, a nie Oscarów, ale zdecydowanie pasowała jako preludium do wieczoru pełnego wielkich zwycięstw i sromotnych porażek. Leciała mniej więcej tak: „Widzisz, zrobiłem fabułę, całkiem spodobała się w centrali. Prawie tak bardzo jak film Kieślowskiego. Zebrała się komisja, żeby zdecydować, który film wysyłają do Cannes. No i co zrobić, wysłali Krzyśka, dostał nagrodę, zrobił karierę. A ja zostałem takim sobie, kurwa, bułgarskim reżyserem”.

Jako wielbiciel książek Gospodinowa, poczułem się tym aktem bułgarofobii nieco urażony, ale nie chcąc na nowo niszczyć cudownie odbudowanej relacji, postanowiłem siedzieć cicho. Żeby zabić niesmak, pomyślałem o reżyserze polskim, a przecież absolutnie międzynarodowym, a więc Pawle Pawlikowskim. Kiedy kilka lat wcześniej na podobnej imprezie całym środowiskiem trzymaliśmy kciuki za „Idę”, odczuwaliśmy wzmożenie porównywalne ostatnio może tylko z oglądaniem reprezentacji Nawałki. Mam nadzieję, że Pawlikowskiemu – jako fanowi piłki, któremu przypisuje się wspaniałe zdanie „Mając do wyboru przeciętny mecz i przeciętny film, wybieram mecz, bo jest w lepsza dramaturgia” – to porównanie przypadłoby do gustu. Tym bardziej, że w jego przypadku cisną się na usta kolejne. Choćby to, że ze wszystkich polskich piłkarzy Pawlikowski najbardziej przypomina Piotra Zielińskiego – jeden i drugi wydają się zawdzięczać sukcesy temu, że odpowiednio wcześnie wyjechali z ojczyzny i pozostali nieskażeni „polską myślą szkoleniową”.


Reżysera „Idy” nie da się nie lubić także dlatego, że pod pewnymi względami przypomina Rybczyńskiego 2.0 – choć posługuje się nienaganną angielszczyzną i w ogóle ma tonę klasy, wciąż nie boi się mówić tego, co myśli. Dał zresztą temu wyraz odbierając Oscara za „Idę”, gdy bezceremonialnie wyznał, że jego współpracownicy najpewniej są już ze szczęścia bardzo pijani. Jeszcze bardziej spodobał mi się jednak parę miesięcy później, gdy wprost stwierdził, że oczywiście bardzo cieszy się z Oscara, ale tak w ogóle to marzy przede wszystkim o Złotej Palmie w Cannes. W identyczne tony nieco wcześniej uderzał zresztą Paolo Sorrentino, laureat Oscara za „Wielkie piękno” i autor innej pięknej przemowy, w trakcie której – hołdując zasadzie „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”, podziękował najpierw Diego Maradonie, a dopiero potem żonie i dzieciom.



Superbohaterowie z neurozą


W tej sytuacji powraca pytanie, czy da się autentycznie emocjonować nagrodami, które nie budzą ekscytacji nawet u niektórych laureatów? Wygląda na to, że wszystko jest kwestią dobrania odpowiedniej narracji. Tegoroczną odsłonę oscarowej serii łatwo opisać w kategoriach hollywoodzkiego blockbustera o walce dobra ze złem. Osobiście w rolach pozytywnych bohaterów obsadziłbym Paula Thomasa Andersona i Josha Safdiego, a jako złoczyńców Chloé Zhao i Ryana Cooglera. Zacznijmy od postaci negatywnych. „Grzesznicy” spełniają w pewnym sensie pożyteczną rolę, bo zadają kłam lansowanej przez część krytyki teorii, zgodnie z którą Akademia w ostatnich latach zaczęła odważniej stawiać na kino artystyczne. Teza ta automatycznie traci przecież rację bytu w sytuacji, gdy rekord oscarowych nominacji bije dzieło, które przypomina „Od zmierzchu do świtu” wyreżyserowane przez Janusza Józefowicza. 

Jeszcze ciekawszy jest przykład filmu Zhao, która dożywotnio zapracowała sobie na tytuł villaina już parę lat temu jako reżyserka „Nomadland”. Naprawdę jestem zdania, że za realizację tego romantyzującego egzystencję prekariuszy i przedstawiającego utratę pracy jako fantastyczny pretekst do odzyskania wewnętrznej wolność filmu, trybunał rewolucyjny powinien skazać reżyserkę na oglądanie w zapętleniu najbardziej hermetycznych soc-agitek Godarda. Przewiny „Hamneta” są może nieco lżejszego kalibru, ale i tak nie poprawiają sytuacji reżyserki. Najnowsze dzieło Zhao to w końcu – fakt, że imponujący wizualnie i ofiarnie zagrany przez duet Paul Mescal–Jessie Buckley –wyciskacz łez. Najlepsze podsumowanie charakteryzującej Zhao wrażliwości stanowi scena, w której William Shakespeare wpatruje się w płynącą rzekę, mrucząc pod nosem słowa „Być albo nie być – oto jest pytanie”. Dodajmy do tego jeszcze nieznośnie pompatyczną muzykę Maxa Richtera, a stanie się jasne, że jedyna Szekspirowska fraza, która wydaje się na miejscu w kontekście „Hamneta” brzmi: „Wiele hałasu o nic”.


Na szczęście istnieje nadzieja, że z oceanu kiczu i nudy wyłowi nas któryś z dwójki superbohaterów. Mniejsze szanse na dopuszczenie do tej szlachetnej misji ma Josh Safdie. Reżyser „Wielkiego Marty’ego” został w praktyce zdyskwalifikowany z oscarowego wyścigu, gdy wyszło na jaw, że kilka lat temu pracując – razem z bratem Bennym – nad filmem „Good Time” przymknął oko na niewłaściwie zachowanie, jakiego dopuścił się jeden ze zbyt zaangażowanych w rolę nieprofesjonalnych aktorów wobec nieletniej aktorki. Żeby było jasne: postawa Safdiego była bez wątpienia naganna, ale powinna zostać oceniona przez sąd, a nie oscarowy trybunał, który w założeniach przyznaje nagrodę za film, a nie Order Uśmiechu czy Pokojowego Nobla. Zgodnie z logiką hollywoodzkich inb, sytuację z Safdiem środowisko będzie roztrząsać akurat tak długo, by zdążyć nie zagłosować na niego w oscarowej rywalizacji. Później zapomni o niej dokładnie tak, jak puściło w niepamięć skandale i skandaliki, które rozgrzewały plotkarskie portale niedługo przed zeszłoroczną galą. Wystarczy wymienić głupawe, rasistowskie wpisy i skecze sprzed lat wyciągnięte nominowanym aktorkom - Karli Sofi Gascón i Fernandzie Torres  z otchłani Twittera. Równie dużo emocji wzbudził podrasowany przez AI akcent Adriena Brody'ego w kwestiach wygłaszanych w "The Brutalist" w języku Ferenca Puskása i Lászla Krasznahorkaia. 


Ktoś mógłby powiedzieć, że to marne pocieszenie, ale przecież Safdie w pewnym sensie przewidział własną przyszłość. W „Wielkim Martym” opowiedział historię nieokrzesanego, palącego za sobą wszystkie mosty bohatera, który przegrywa najważniejsze starcie w karierze. Właśnie ta klęska pozwala obdarzonemu niezwykłym talentem sportowcowi zejść z piedestału i stać się jednym z nas – często przebodźcowanych i wymagających od siebie zbyt wiele zwykłych ludzi, których wielkie nadzieje bywają boleśnie weryfikowane przez kapryśną rzeczywistość. 


Pozwalając Marty’emu na porażkę, reżyser wybudza go z amerykańskiego snu i wrzuca w sam środek żydowskiego szmoncesu o człowieku nieustannie potykającym się w swoim pędzie do wielkości. Idę o zakład, że gdzieś na głębokim poziomie sprzeniewierzenie się hollywoodzkiemu dogmatowi narracyjnemu spod znaku „the sky is the limit” skreśliło Safdiego w oczach Akademików w większym stopniu niż jego nieetyczna postawa z przeszłości. Nie bez powodu na oscarowej giełdzie wyżej stoją akcje Paula Thomasa Andersona. Zrealizowana przez niego „Jedna bitwa po drugiej” to film, który pod wieloma względami przypomina „Marty’ego”. Ze względu na równie zawrotne tempo i formalne rozedrganie jednakowo dobrze korespondujące z rozbałaganionym życiem protagonisty – oba tytuły mogłyby zostać uznane za fundamenty założycielskie nurtu zwanego „kinem nowej neurozy”. Różnica polega na tym, że „Jedna bitwa…” ma w sobie więcej ambiwalencji. Jej główny bohater, jedyny w swoim rodzaju Batman z piwnym brzuszkiem, okazuje się jednocześnie uśpionym rewolucjonistą i przykładnym ojcem, który może i na co dzień zaniedbuje swoje obowiązki, ale w godzinie próby staje na wysokości zadania. Konstruując tego rodzaju postać, Anderson umie jednocześnie nie stracić wyrazistości i stworzyć film akceptowalny właściwie dla wszystkich – może z wyjątkiem najtwardszych radykałów z prawa i lewa, których planety i tak dawno już straciły kontakt z Ziemią.


Koktajl w Babilonie


Andersonowski pokaz dramaturgicznej zręczności z całą pewnością zasługuje na cały worek Oscarów, ale jeśli ich nie zdobędzie, nic wielkiego się nie stanie. Nie tylko dlatego, że w historii nagród zdarzały się już niespodzianki znacznie większego kalibru. Chodzi raczej o to, że choć lubimy wyciągać z werdyktów Akademii daleko idące wnioski dotyczące branżowych trendów i panującego w środowisku klimatu politycznego, nie powinniśmy zapominać, że w Oscarach liczy się przede wszystkim jarmarczne show. Właśnie dlatego filmem, który w najbardziej przenikliwy sposób opisywał hollywoodzkie paradoksy wciąż wydaje mi się – co ciekawe niemal zupełnie zignorowany przez Akademię –„Babilon”. Szczególnie dobrze widać to w trakcie oscarowych ceremonii, na których – inaczej niż na imprezach sfilmowanych przez Damiena Chazelle’a – miłość do kina nie zostaje może unurzana w słonich odchodach i tonach wciąganego bez żenady koksu, ale brawura w mieszaniu rejestrów wydaje mi się równie imponująca. Na każdej gali krindżowe musicalowe pląsy i czerstwe dowcipy są przecież bez składu i ładu przedzielane płomiennymi politycznymi manifestami i patetycznymi odwołaniami do przeszłości. Ktoś może poczuć się tą mieszanką zniesmaczony, ale osobiście nie znam lepszego guilty pleasure. Zwłaszcza, że w prawdziwym życiu doświadczyłem podobnego kontrastu tylko raz, gdy na festiwalu Dwa Brzegi wyszedłem z pustawego kina po seansie po skandynawsku surowego, klasycznego „Słowa” Dreyera i trafiłem w sam środek tłumu kłębiącego się na spotkaniu z Jarosławem Kretem.


Mam przy tym wrażenie, że wzniosłość i banał mieszały się na Oscarach od zawsze, a bogata tradycja stanowi ważny składnik związanego z nagrodami fenomenu. Przekonałem się o tym na własnej skórze, gdy na potrzeby tego tekstu, zagłębiłem się w youtube’ową króliczą norę i przez półtorej godziny oglądałem filmiki z podziękowaniami laureatów. Przemowy zwykle okazywały się doskonale spójne z wizerunkami osób, które je wygłaszały. Szczególnie utkwiły mi w pamięci dwa filmiki. Na pierwszym z nich Roberto Benigni wierzgał nogami i dokazywał, celebrując Oscara przyznanego mu za infantylizujące doświadczenie Holokaustu „Życie jest piękne”. Na drugim, o kilka lat wcześniejszym, mentor Benigniego, Federico Fellini z wdziękiem opowiada o swoim podziwie dla amerykańskiej kultury i prosi żonę Giuliettę Masinę, by przestała płakać, przez co wielka aktorka oczywiście zaczyna  szlochać jeszcze bardziej. Cała ta scena staje się wzruszająca tym bardziej, jeśli przypomnimy sobie, że Fellini zmarł kilka miesięcy po ceremonii, a Masina dołączyła do niego niewiele później.


Świadomość, że na każdego wydurniającego się Benigniego przypada jeden poruszający Fellini, bardzo mocno określa moje własne, ambiwalentne podejście do Oscarów. Czasem szala przechyla się na jedną lub  drugą stronę, ale cykliczny charakter ceremonii pomaga uwierzyć, że żadne zwycięstwo ani porażka nie są definitywne. Hollywood od dawna stanowi przecież krainę sequeli, rimejków i rebootów.

ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle.png

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK.png
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne.png

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo.jpg
bottom of page