Małgorzata Kolankowska - Wenezuela


zdj. Jagoda Malanin



Viva Wenezuela

Dla Deisy


Kamień był zimny. Przyglądała się uważnie bryle budynku. Zastanawiała się, jak żyli jego mieszkańcy, co jedli na śniadanie. W myślach zobaczyła pokojówkę ze srebrną tacą i ją samą: rozbija jajko na miękko. A może było zupełnie inaczej? Pudrowała cienie pod oczami i patrzyła w lustro? Przechodziła z jednego pomieszczenia do drugiego: w Sali Jadalnej uśmiechała się widząc stół zastawiony porcelaną z Sèvre. Dumne lwy z Sali Tronowej patrzyły krzywo, tam jest ciemno, mimo wielu świateł.


-Co to kurwa jest? Splunął, patrząc na to małe w kolorze czekolady. Skóra i ciemne kudły w niczym nie przypominały jego dzieci.


-Dziecko. – odparła matka.


Wyszedł, trzaskając drzwiami. Wszystkie kolejne dzieci były białe. To jedno się nie udało. Ale na pewno nie jemu. Jakiś kutas mu ją zerżnął. Nogi z dupy by wyrywał. W końcu co jego, to jego.


Odrzucało go od Mulatów. Na sam widok chciało mu się rzygać. A ta krowa urodziła mu bękarta. Brudną sukę. I nie mógł tego znieść.


Miała wtedy jakieś cztery lata. Porządkował lodówkę. Coś mu wypadło i rozsypało się po podłodze. Deisy biegała wtedy po domu. Kiedy ją zobaczył, wydarł się: Zbieraj z podłogi! Nie chciała. Chwycił ją za kark i przydusił.


Podłoga miała smak kamienia. Plecy piekły. W ustach sól i piach. Drobne kamyki zazgrzytały między zębami.


Najpierw kazał nazbierać, później równo ułożyć.


-Przeklęta czarnucha! Jebana suka!


Matce też się należało. Ta dziwka nie potrafiła ani dobrze gotować, ani dobrze mu zrobić. Musiał ją czasem ustawić do pionu, bo się zdzirze zachciało pomalować usta albo użyć perfum. Zapomniała się szmata i wystroiła. Jak ją zdzieli po pysku, od razu staje na swoim miejscu, kurwie jedne. Wziął ją, jak miała dwanaście lat. Świeża mu pasowała. Po dziewięciu miesiącach urodziła syna. Siostra suszyła mu głowę, że poleciał na taką bez posagu i nazwiska.


Gdy skończyła dwadzieścia cztery lata, wyglądała na czterdzieści pięć. Postanowiła odejść. Już wynosiła siedmioro dzieci. Potem jeszcze czworo.


Pewnego dnia, kiedy szła z najmłodszą, podbiegł jakiś typ i wyrwał dziecko z ramion. Szukali jej wszędzie. Zgłosili na policję. Mówili o tym w telewizji. To były lata osiemdziesiąte. W Wenezueli dobrze się zarabiało na organach. Dzisiaj miałaby dwadzieścia cztery lata.


-Nigdy nie pozwól podnieść na siebie ręki!


Deisy przypomniała sobie te słowa, kiedy torero przydusił ją mocno do ściany i wziął od tyłu. Wtedy wcale tego nie chciała.


Maracay. Sewilla. W grudniu chciała zostawić torero. Dwa tygodnie chodził i błagał. W końcu zarządził:

-Pakuj się, wyjeżdżamy do Madrytu.


Ustąpiła. Jej dotychczasowy świat kończył się na Wenezueli. Innego nie było. Wyjechali. Twierdził, że z tą drugą łączy go jedynie konto bankowe. Miesiąc w Madrycie, a później Sewilla, codziennie walki.


Matka miała wypadek 20 listopada, zmarła 31 grudnia 2009. To było najgorsze, co jej się przytrafiło w życiu. Wszystko inne mogła znieść. Nadal trzyma wszystkie jej ubrania. Kiedy idzie na trudną rozprawę, żeby bronić jednej z tych, które cierpią tylko dlatego, że nie urodziły się chłopcami, wybiera coś z matczynej szafy, żeby mieć ją przy sobie. Znajomi mówią, że czas już wyrzucić te rzeczy, ale ona nie potrafi.


W Wigilię i sylwestra Deisy zostaje sama w domu. Robi to dla mamy. Czuje, że nie ma czego świętować i płacze. Córka spędza ten czas z ojcem. Właściwie można powiedzieć, że żyją w zgodzie. Z jego nową żoną nawet się zaprzyjaźniły. Deisy zostaje sama, włącza ulubioną muzykę mamy. Teraz musi być matką dla młodszego rodzeństwa. Siostra jest w wieku jej córki. Ojca nie dopuszcza do żadnej z nich. Pracuje na dwie zmiany: w dzień w kancelarii, wieczorami pozuje do zdjęć, bo to dobry zarobek.



 

Tekst oparty na faktach. red. Agnieszka Wolny-Hamkało