top of page

L., Teksas - rozmowa z Michałem Krzyczkowskim

  • 20 cze
  • 5 minut(y) czytania


Rozmowa Marcina Zimmermanna z Michałem Krzyczkowskim, reżyserem filmu Epitafium dla psiego detektywa. 



Tańczące gwiazdy z neonu flagi, konfederatów nad przydrożnym barem oraz rozpływające się w kałużach odbicia baneru na stacji benzynowej – światła najbardziej amerykańskiego ze stanów łączą główną postać filmu Wima Wendersa Paryż, Teksas, cierpiącego na amnezję włóczęgę, ze szczątkami pamięci. 


W Epitafium dla psiego detektywa głównemu bohaterowi – wrażliwemu chłopakowi z małej miejscowości – żółte światło potężnego logo lokalnego supermarketu nie sprzyja poczuciu lokalności, za to ingeruje w jego przestrzeń, świecąc po ścianach pokoju. Całe osiedle jest tu zresztą dziwaczną infrastrukturą złożoną z niepasujących do siebie elementów. Wszystko jest blisko siebie, a mimo to nie tworzy systemu połączeń – zamiast przybliżać mieszkańców, pogłębia ich alienację. 


Michał Krzyczkowski, reżyser filmu, wzorował topografię terenu w animacji na swoim rodzinnym miasteczku. Natomiast poczucie zagubienia zdecydował się oddać za pomocą dziecięcej pierwszoosobowej perspektywy. Dzięki temu widzimy świat oczami młodszego twórcy. 


Artysta opowiada o swoich miejscach granicznych w prowincjonalnej Polsce, które znalazły odzwierciedlenie w jego debiutanckim krótkim metrażu – o terenach z sąsiedztwa tak przyjaznego i bliskiego, że intruzywnego dla lokalnej społeczności. 



Marcin Zimmermann: Jakie jest to twoje L.? W jakim jego okresie oraz w jakich miejscach dzieje się twój film? 


Michał Krzyczkowski: Prawa miejskie zostały odebrane L. po powstaniu styczniowym, przywrócone w PRL-u, a kolejne reformy terytorialne rzucały tę miejscowość między województwami, aż w końcu w 1999 roku trafiło do województwa, z którym nie ma historycznie nic wspólnego. Za Gierka, działała tutaj ciepłownia. Dzisiaj, pozostały po niej tylko puste hale. 


Centralnym punktem dla społeczności stał się zaś żółty market. Akcja filmu dzieje się w moich pierwszych latach podstawówki, w okresie między 2006 a 2010 rokiem. Najważniejszymi miejscami w filmie są „pokój z telewizorem” w moim domu oraz osiedlowa wypożyczalnia kaset VHS. Ta wypożyczalnia jest dla mnie powidokiem dzieciństwa. Myślę, że jako dziecko mogłem być zafascynowany tym miejscem. W domu nie mieliśmy kanałów z bajkami, a tu wybór kilkunastu bajek – czego więcej można chcieć? 

Bardzo dobrze pamiętam schodki, po których trzeba było się wspiąć, żeby trafić do sekcji VHS-ów z filmami animowanymi. W tamtym pomieszczeniu na każdej ścianie stał wysoki po sam sufit regał wypełniony kasetami. Z prawie każdej strony było się otoczonym przez olbrzymie szafy pełne filmów, z perspektywy dziecka to robiło wrażenie. Do tego można było wziąć każdą kasetę do ręki, przyjrzeć się okładce, sprawdzić, czy jest gładka czy chropowata, z jakiego plastiku została zrobiona – niezliczona ilość nowych bodźców. 


Potem przechodzimy do „pokoju z telewizorem”, który dorastał wraz ze mną. Ciężko mi odnieść się do niego bez tego bagażu doświadczeń, ale w czasach, kiedy rozgrywa się akcja filmu, było to miejsce, gdzie spędzałem dużo czasu. Tam w rogu, tak jak w filmie, stał kineskopowy telewizor Panasonic i magnetowid, który mama kupiła ze swojej pierwszej wypłaty. Jako małe dziecko próbujesz ogarnąć jak uruchomić ten cały sprzęt – jak się kasetę wsadza, gdzie się naciska, żeby leciało, po wielu próbach ci się udaje i to jest jakieś magiczne. Ciepło wspominam to pomieszczenie z tamtych lat. 


M.Z.: Jest jeszcze korytarz do pokoju telewizyjnego. 


M.K.: Tak, od zawsze pokryty boazerią, na podłodze długi dywan „perski”, a na ścianach obrazki z pejzażami górskimi. Kiedy nie mogłem zasnąć, wychodziłem na korytarz i na deskach boazerii obserwowałem odbijające się od nich światło telewizora. 


M.Z.: Twój bohater nie może spać, będąc pod wrażeniem obejrzanego wcześniej filmu z osiedlowej wypożyczalni. Do tego jeszcze przeszkadzają mu odgłosy rzeźni. 


M.K.: Odkąd pamiętam w domu słyszałem ryki świń. W wiosenne poranki śpiewowi ptaków akompaniowały odgłosy rzeźni. Dopiero teraz, kiedy już rzadziej bywam w domu, zacząłem to bardziej zauważać. Wcześniej był to dźwięk jak każdy inny. Kiedyś, przy okazji wycieczki, znalazłem się w środku tego budynku, oczywiście w pomieszczeniach biurowych. Pamiętam, że trzeba było przejść przez śliską fabryczną posadzkę i, rzecz jasna, unosił się charakterystyczny zapach. 


M.Z.: Równie przerażający, co rzeźnia, jest dla bohatera, popularny żółty market z niekończącymi się rozświetlanymi korytarzami i świecącym logo. 


M.K.: Do dzisiaj wizyty w supermarkecie mnie przestymulowują, a dla dziecka taka przestrzeń jest zupełnie jak labirynt. Pusto, tylko jakieś regały wypełnione rzeczami, wielki wózek sklepowy, leci jakaś muzyka, ktoś proponuje darmowe próbki kiełbasy – za dużo bodźców na raz. 


kadr z filmu Epitafium dla psiego detektywa
kadr z filmu Epitafium dla psiego detektywa

M.Z.: W twoim filmie nie widać na ulicach miejscowej społeczności. Co się z tymi ludźmi dzieje, gdzie są? 


M.K.: Z jednej strony, chciałem dotrzeć do tego, w jaki sposób widziałem świat jako dziecko, kiedy rozpoznawałem znajome tylko sobie punkty i postacie. Z drugiej zaś – problemem małych miejscowości, również mojej rodzinnej, jest brak przestrzeni, w której lokalna społeczność mogłaby budować relacje. Życie toczy się tu od pracy do domu, zahaczając ewentualnie o zakupy. 


M.Z.: Wspomniałeś o żółtym świetle na horyzoncie, ale w Epitafium... używasz też symboli religijnych, m.in. obrazu z Jezusem przy telewizorze oraz krzyża w wypożyczalni kaset. Co one dla Ciebie oznaczają w kontekście tych miejsc? 


M.K.: Pochodzę z wierzącej rodziny, w moim życiu zawsze było pełno religii, a tym samym symboli religijnych. W domu w większości pomieszczeń były obrazy religijne. Jednym z nich był obraz Jezusa, który w filmie wisi przy telewizorze. Nie pamiętam dokładnego momentu, w którym pojawił się na ścianie, ale jest to obraz po mojej prababci. Od lat jak się oglądało telewizję albo po prostu siedziało, to było się obserwowanym przez Jezusa. 


Wykorzystując te symbole w filmie, chciałem przedstawić zmianę, która nastąpiła wraz z pojawieniem się „żółtego światła”. Nie chodziło mi jednak o religijne znaczenie tych symboli, lecz o moją relację z nimi i ze światem mojego dzieciństwa. Zresztą, te symbole wciąż mnie otaczają, ich obecność jest dla mnie istotna ze wszystkimi tego negatywnymi i pozytywnymi aspektami. 


M.Z.: Wspominałeś o braku przestrzeni w małych miejscowościach do wzmacniania więzi. Wydaję mi się, że taką przestrzenią jest właśnie salon w mieszkaniu. Nie dochodziło w nim może do nowych spotkań, ale umacniano w nim stare relacje pomiędzy znajomymi czy członkami rodziny, a w centrum tych spotkań był właśnie magnetowid, odtwarzacz DVD, następnie komputer. Mam wrażenie, że ograniczony dostęp do rozrywki nadawał osobie, która ją umożliwiała – koledze, sąsiadowi lub panu z wypożyczalni – istotną rolę. Jak to wyglądało w twoim otoczeniu? Kino bądź gry wzmacniały relacje? 


M.K.: Dom jest zawsze pierwszym miejscem. W przypadku dziecka drugim miejscem jest szkoła, a trzecim? Teoretycznie trzecią przestrzenią powinno być miejsce poza domem i szkołą, jednak jeżeli miałbym je umiejscowić w domu, to najbliżej chyba byłby pokój z komputerem, ale to tak sporadycznie. Nie pamiętam dokładnego momentu, kiedy komputer pojawił się w moim życiu, ale pamiętam, że kilka razy do roku starsi kuzyni przywozili mi płyty CD z różnymi grami, o których w inny sposób nigdy bym nie usłyszał. Był to m.in. jeden z pierwszych Tomb Raiderów. Epitafium jest zrobione w stylu grafiki low-poly 3D właśnie przez te gry i skojarzenia z tamtymi czasami. 

Lata później rzeczywiście te gry był coraz ważniejsze dla moich kolegów. Wraz z pojawieniem się Metina, a potem Minecrafta, spędzało się coraz więcej czasu przed ekranem, ale każdy oddzielnie – u siebie, w swojej prywatnej „trzeciej przestrzeni”. 


kadr z filmu Epitafium dla psiego detektywa
kadr z filmu Epitafium dla psiego detektywa

M.Z.: W jaki sposób przez lata zmieniła się twoja społeczność oraz miejsca z filmu? 


M.K.: Większość moich znajomych wyjechało. Niektórzy wracali na chwilę, a potem znowu wyjeżdżali – jakoś tak to się kręci. Nie jest to do końca zamknięta społeczność, za pracą przyjeżdżają tu mieszkańcy okolicznych wiosek, czasami decydują się tu zamieszkać. 


Nawet nie pamiętam, kiedy wypożyczalnia z mojego dzieciństwa przestała być wypożyczalnią. Potem był w tym miejscu sklep o sugestywnej nazwie „Tania moda”. Co ciekawe, handel detaliczny odzieżą zaczął się już za czasów wypożyczania kaset VHS, przy ladzie były wywieszone szaliki i czapki. Pamiętam, jak byłem tam też z mamą, nie po kasety, a po beret. Teraz, jest tam weterynarz. 


Żółte oślepiające światło z logo marketu zostało przysłonięte przez gałęzie drzew. W markecie, zmieniają się tylko, co jakiś czas układy alejek. W moim domu zmieniły się meble, zmienił się telewizor, ale Jezus wciąż wisi. 



ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo
bottom of page