Karolina Krasny - Ściany pękną z tęsknoty
- 22 cze
- 3 minut(y) czytania
Pstrokate blachy – kropkowany wagon – drgająca kolorowanka. Latem, przy oknie, w przedziale bez głośników i chłodu, każda z trudnych tekstur kończy się plamą. Otwieramy okno i głaszcze nas hałas. Jajko, kawa, kwaśne złoto. Mamy mokre czoła i mrużymy oczy. Roztapiam czekoladę przednimi zębami, obracam w palcach sreberko. Podaje je dalej, śmiejesz się, bo nic cię nie ogranicza. Postanawiasz zaśmiać się do końca.
Wjeżdżamy do tunelu, wysiadamy na dworcu. Sreberko wyrzucasz do kosza.
Trudność martwych miast jest następująca: odbijają twój śmiech, gdy jesteś dopiero w połowie.
Nie idzie się zgubić, więc nie idzie się odnaleźć. Miasto ma cię na oku, gdy kreśląc linie podobne do wszystkiego, trafiasz z dworca do pracy, z pracy przed ladę, z karuzeli do domu, z domu do snu. Nie cierpisz się budzić, więc przyjdzie dzień, gdy przestaniesz zasypiać.
I nie dowiesz się, że brud bez czystej ściany jest bajką w kilku aktach; że zabili ulicę, żeby zniechęcić ciebie, mnie do ucieczki.

(zrobili to, żeby uciąć już temat śmierci)

Wszystkie materiały użyte na elewacji są ponadczasowe. Bardzo ważnym czynnikiem był wybór takich materiałów, które będą wyglądały tak samo za 20–25 lat. |
Boję się ponadczasowości. Boję się tego, co opiera się starości, zamiast zacząć się i skończyć na moich, lub kolejnych oczach.
Panele umożliwiają bezproblemowe wypięcie uszkodzonego elementu i wstawienie nowego bez niszczenia reszty fasady. |
Nie da się uciec bez zmiany w czasie. Rdza nie ociepli oka, które się nie ściga.
Wetkniesz języczek w ceglany ubytek? |
A zatęsknisz?

O twojej tęsknocie wiedzą więcej, niż ty, niż ja.
W soboty chodzę do zimowego ogrodu. Zamawiam kawę z ciastkiem na spodku i siadam przy stoliku w rogu. Cień i wiklinowe krzesło mówią mi o tym samym, o niebieskim. Odkształcają się razem ze mną. O dwunastej w południe do ogrodu przychodzi gość: duży pan z brodą, teczką i cappuccino. Całuje piankę i nigdzie nie patrzy. Z teczki wyciąga klaser i lupę, na monety spogląda powoli, jak na żywe owady, które mogą wzlecieć i ukąsić go w twarz. Gdy wychodzi, stolik znów zaczyna czekać, a my, pozostali w środku, pachniemy jak on, chrustem i kakao.
Trudność martwych miast jest następująca: panowie i ich klasery żyją tu bez przeszłości.

Rozchodzą się i więdną. Smucą ich tępe momenty rozpoczynania:
sznury domków w nienazwanych polach
buldożery prasujące kioski
blacha corten udającą rdzę
bycie skończonym
nie dawanie się odkształcić
koniec targowisk budowanych jak domy: w ciemno, powoli.
To cappuccino jest ze styropianu. Jak mam je całować?

Zagrajmy w grę. Będziemy ścigać się pociągami / Gdzie jest meta? / Meta to liczba, meta to 36 zdziwień.
Otwieramy okno i głaszcze nas nieznajome. Ciebie oblewa rumieniec. Dziwisz się wszystkiemu, co widzisz za oknem, jeszcze zanim mignie za szybą. Wkładasz landrynkę do ust. Wiśniowa. Czekasz, aż zniknie, przełykasz ślinę i odklejasz z dna pudełka drugiego cukierka. Cukierka mango. Kocham cię jak cukierka mango, mówisz. Sklejone litery przestają układać się w słowa.
Patrzymy na krajobraz, cięty wzrokiem takich jak my. Nie daje się pojąć. Jest środek lata, a nic w krajobrazie nie jest pośrodku; każda rzecz jest największa, każda rzecz jest najmniejsza. Chmury gęstnieją na ramionach światła. Mrużę oczy. Bukiet białych wybrzuszeń zlepia się w człowieka. Duży pan z brodą, teczką i cappuccino rozkłada się nad cudzym polem, rzuca cień na zwierzęta i na złote plamy rzepaku. Rozchlapuje piankę na niebieskiej tapecie.
Oglądasz podłużne zgrubienie na horyzoncie. To nasze miasto i jego trudności. Duży pan chwyta je między palce, podnosi do ust i zbliża drugi koniec do słońca. Skwierczenie. Popiół spada krowom na karki. Pękaty dymku z okazji niczego, kocham cię jak cukierka, i tęsknię.




