Kamila Janiak - Myślę o mieście
- 22 cze
- 4 minut(y) czytania

I wtedy pojawia się zajazd, nagrywam Marcie, między skupem traktorów a producentem betonowych rur się pojawia, między trasą w górę a trasą w dół, jak pieczątka z ziemniaka, ale pojawił się. Starsze krzyczy, że siku i wyrywa się z pasów, my krzyczymy, stój! Hamować jeszcze musimy, zjechać, parkować, nie teraz, nie teraz, ale w nicość to trafia, tam gdzie frytki i warzywa z kanapek, bo pasy już odpięte i dupina z fotelika poderwana. Młodsze, mimo pieluchy, też drze się siku, jakby pęknąć miało, wylać się i nie wiadomo, czy uda nam się całą tę sytuację na sucho opanować. Mówię ci, nagrywam dalej Marcie, starsze w jęk, że przez wrzaski młodszego to już na pewno nie wytrzyma, a młodsze, chcąc postawić na swoje nieszczęście, zaczęło skandować, że: kamień kupa! Czekaj, przerywam nagrywanie, bo kamień wymacałam w kieszeni dresów i poczułam, jak ktoś wchodzi do mojego hypogeum i że zmartwychwstałam.
Pisałam o mieście i potykałam się o wystające płyty. Kamienie, kamienie były myślą łączącą dinozaury z auchan. Dnem rzek, lodowcem i gwałtownie hamującymi rowerzystami bolt food.
mieliśmy kamienie, ale nie mieliśmy historii,
chowaliśmy się, władcy much, przed komarami,
pokonywaliśmy blok po bloku.
Pisałam o mieście i blok po bloku szukałam w pamięci mieszkania obu Zająców. Bliźniaków, którym nigdy nie mogłam dopasować odpowiednich uszu. Pod dredami ukrywali rowery, didżejskie miksery i literaturę. Ścigali mnie za książkę, której nie pożyczyłam.
mieliśmy literaturę, ale nikogo w zasięgu ręki.
czekaliśmy przy trzepakach, z których nie spadały dzieci.
ktoś był w ursusie, ktoś na skarbka z gór,
ktoś pojechał na wakacje do łomianek.
Dobra, wznawiam nagranie specjalnie przeznaczone dla Marty. To wyskoczyłam ze starszą, w biegu łapię temu kłębuszkowi kolorowej bawełny z włosami, spodnie, żeby nie zabiło się w pędzie, bo spodnie zaraz po pasach rozpięte zostały. Tłumaczyła mi potem, że to ból był i przez ból ten, postąpiła tak radykalnie. Może i tak, myślę, jeszcze oglądając się za siebie na samochód, bo czułam, że młodsze nie odpuści i nie odpuściło. Kamień kupa! Krzyczy i łapiąc się za dupinę biegnie za nami. W tle szary samochód i ojciec dzieci, gdyby mogli objęliby się i klepali po plecach. Zwycięstwo, mruczałby jeden do drugiego, jakby właśnie z trebusza ustrzelili uciekającą toaletę. Czekaj, czekaj, ja tylko dopiszę, mówię do Marty, której nie ma po drugiej stronie i obracam słowo trebusz w ustach, jakby był małym sześcianem z opłatka.
Pisałam o mieście i przypomniałam sobie ludzi, którzy spinali osiedla, prostowali ulice, podawali świeczki, gdy gasło światło. Nie ma nic gorszego niż całkowita ciemność tam, gdzie powinny się świecić latarnie. Tam, skąd powinny oglądać nas posprzątane pokoje. Kiedy my idziemy nocą, bo nikt nas nie trzyma za rękę.
mojemu kamilowi mówiłam patrz,
nasikam tu, i tu, a potem napiszę parę wierszy.
mówiłam patrz, tu za przystankiem, bo umiem,
tu na tamce i tu, na pradze, pod salką.
jestem damą, ale mieszkam daleko, nie chcę sikać w kebabie,
bo nie chcę jeść kebaba,
w kebabie nie chcą mnie w ogóle,
za klucz jak do szafy nie zapłacę piętnastu złotych,
patrz, mówiłam mojemu kamilowi.
w tamtych czasach żyliśmy na sumieniu pracodawców,
rynek był ciężki, całą warszawę wbiło w ziemię na calutki metr,
a zamiast wody piliśmy wiarę w koleżanki i kolegów.
Przepraszam, już jestem, nagrywam Marcie, muszę to dziś skończyć, bo chciałabym żyć z pisania, wiesz? Zadaję to głupie pytanie, a potem słuchaj, dobiegamy do toalety, ja, starsze, już całe we łzach i młodsze, ściskające swoją kamień kupę obiema rączkami. Zajazd był duży i w rozkładzie pomieszczeń nielogiczny. Zanim dotarliśmy do toalety, minęliśmy dwa dziecięce kąciki i stół rybny. Marta, mówię zajazd, bo wyglądał ten ziemniak jak zajazd góralski, trochę w stylu ożarowsko-mazowieckim, a trochę jak sztuczny śnieg w leroy merlin. Scenografia, statyści, wibracje płaszcza ziemi i pałac kultury z czerwonym okiem zwróconym w naszym kierunku. No i otwieram drzwi, no i wbiegamy i starsze w ryk, że jej łzy są już na pewno z tych wstrzymywanych sików i co ona teraz zrobi, bo przecież te łzy połyyyyyyka. Młodsze kontrolnie oderwało rączki z dupiny i wsadziło do oczu. Kamień koko! Kamień koko! Marta, myślałam już, że zdrowie mnie opuściło psychiczne, bo po chwili piosenka o kamień bąku powstała, co trafił w kamień koko i starsza wpadła w taki śmiech, że nie byłam w stanie zdjąć jej majtek. Nie śmiej się teraz, to poważna sprawa, próbuję opanować sytuację autorytetem, wiekiem i bezradnością wynikającą z doświadczenia, a w tym czasie młodsze zdążyło otworzyć śmietnik i już, już wsadza rączkę. Nie! Krzyczę, nie wolno, dyszę, i puszczam straszą i jej majtki. Łapię młodsze, zamykam śmietnik, a w tym czasie starsza już usiadła na deskę i zanim w ogóle spróbowała zrobić, co zrobić miała, wpadła do środka. I we łzy wpadła ponownie, i w płacz. I ten płacz wpadł w echo, a to echo wypadło szparą między sedesem a podłogą. Sikam, sikam, wyła starsza, płaczę i sikam, i sikam, płacząc! Rwę się do pomocy, wyjmuję dupinę, pytam włosów brązowych i oczu brązowych, a nakładka? Wisi, błyszczy, a nakładka? Łzy zasłoniły, mamo! Jęczy starsza, a młodsze w tym czasie znów otwiera śmietnik. Mamo, stop! Woła do mnie, bo widzi już, że matka konnicą gotowa ruszyć, mamo, kamień kupa! Woła tryumfalnie i wrzuca coś do kosza, próbuje wrzucić, ale to nie chce się od ręki odkleić i spada mi wzrok niżej, gdzie nie ma pieluchy, nie ma nic, golizna goła i pytam się, jak? Kiedy? Marta, ja nie mogłam uwierzyć w szybkość, znakomitość ruchową, nagrywam, która doprowadziła do zdjęcia pieluchy i wygrzebania kamienia. Nagle puk, puk słyszę. Puk, puk? Pyta młodsze. Puka, ktoś puka, mamo!
– Wszystko w porządku? – słyszymy głos zza drzwi. Jak tylko głos skończył zadawać pytanie, zrobiło się cicho. Woda ciurkała w sedesie, jakby dopiero wczoraj zabrali ją z leśnego strumyka. Jakby ledwie wczoraj poiły się nią sarny i borsuki. Pod naszymi stopami zaczęła prawie wyrastać trawa, a kafle puściły korzenie. Udawaliśmy grzyby.
– Tak, tak – przerwałam spokój lasu, a starsze i młodsze, jak gdyby nigdy nic, jak gdyby żadne płacze, wycia i kamień kupy nie wydarzyły się, stanęły obok mnie, wsłuchane w szmer rur i posykiwanie odświeżacza powietrza.
Piszę o mieście, a i tak na koniec wszystko zarasta.
nie patrz w przyszłość, mówiłam do siebie,
gdy jechałam granatową furgonetką w kierunku wiskitek.
nie będzie tego miasta.
gęsta soplica stawiała tarota,
astygmatyzm tasował karty.
toalety na mop baranów jak albino nocą.
kto był kierowcą? kiedy się obudzisz,
mówił przez radio, nie będzie tego miasta.




