Eliza Kącka - Sojusznik




Dobry jest mrok w terenie na uśmierzanie wewnętrznych ciemności. Dobra stęchła wilgoć z betonu i ziemi, dobra bylejakość pobocza niechlujnie odciętego koślawym krawężnikiem, dobra brzydota trawników sczepionych z masywem domów rzadką fastrygą śmiecia, ptasich trucheł, sfatygowanych maseczek. Krajobraz, że tylko wdepnąć. W słuchawkach końcówka rozmowy o Golemie, czego tam się nie udało złowić. Idziesz. Mijasz niski kościół zmartwychwstańców, budynek bez cienia zdolności metafizycznej, bez sugestii głębi w prowizorycznym, garażowatym organizmie. Jedna z tych brył, co to brzydko się starzeją po krótkiej, tandetnej młodości. Idziesz sobie dalej w park przy jeziorku, żywego ducha. Ciemność się robi cierpka, podbita bajorkowatą wilgocią. Dwoje nastolatków z papierosami w zębach, jakiś gość z psem desperacko próbującym ściągnąć sobie obrożę. Zbliżasz się do brzegu, nikogo, poza zimnym powiewem, twoim jedynym rozmówcą. A jednak nie, jest ktoś. Stoi sobie przy brzegu akwenu na miarę naszych skromnych możliwości. Zauważasz go, gdy stajesz przy brzegu. Napięciem w skroniach się na kilkanaście metrów wyczuwacie.

– Nu, pani droga – zagaduje, omiatając wzrokiem park – to wszystko się nie udało.

– Znaczy że infrastruktura? – odbijasz.

– Y? - pyta gość. – Mnie chodzi, że wszystko jest nie takie.

– Aaa - dopowiadasz.

– Rozumie? – pyta wyczekująco. A rozumiesz, owszem.

– Ja to bym normalnie lepszych ludzi ulepił z dna tego bajora.

– U – mówisz. – to są poważne rozrachunki.

Macha ręką:

– Ględzicie.

Nie zaprzeczam.

– Jak byłem mały, to nawet jak mnie ktoś pilnował, musiałem. Te stawy, czasem kałuża, mokry grunt po deszczu. Lepiłem.

– Co?

Zdziwiony:

– No co, człowieka. Potem dostawałem w domu za brudne portki, ale i tak bym dostał. Przeciw ojcu lepiłem. Sojusznika.

– Aha.

– Tak sobie wyobrażałem, że go ożywiam i idziemy.

– Piękne.

– Nie wiem, chciałem ich nastraszyć. Kilka lat mnie to trzymało, tylko w zimie wariowałem, bo ze śniegu ni można lepić. – przerwał, bo mimowolnie śmiejesz się. – Sojusznika nie można, no.

– I co dalej?

– Ojciec zmarł, przestałem. Ale niezupełnie. Tam – wskazał przeciwny brzeg. – zrobiłem jeszcze jednego.

– Przeciw komu?

Tu zatrzymuje się na chwilę, smutnieje:

– A przeciw niemu. To on spaprał. Bo mój ojciec, no, co on tam wiedział... Trzeba było od razu lepić przeciw niemu, bo to on spaprał. Nas spaprał, proszpani. A teraz już po ptakach, stary jestem, nie umiem.

Żachnął się, pożegnał, wracasz.