Eliza Kącka - dwie prozy



sen 2


śnił mi się las dziś. las bez ludzi, złowrogi. podobny do przeciętnych polskich lasów mieszanych, zwykłość zupełna, jeśli idzie o krajobraz, a jednocześnie niezwykłość, bo stężony niepokój. patrzę, a tu ściółkę zaczyna podmywać czarna smoła. sunie, sunie, anektuje poszycie. nie jest wezbraną falą, ale pełzającą magmą, z którą lepiej się nie zadawać. ja w tym śnie jestem wzrokiem, wyłącznie, ale mimo tego i tak wiem, że nie można nurkować w tę czerń, nie można postawić w niej (umownej) stopy widzenia. zaczynam się bać, że nie da się wytrzymać w tej lewitacji nad smołą, że las się zapadnie, że drzewa. ale zaraz, nad ziemią widzę kilka ogni. nie spalają, a dają światło. światło mocne, ciepłe, rosnące - tym bardziej, im bliżej jest smoła. gdy czarna tafla dociera do nich, nie gasi ich, ale musi je ominąć - a mija je łukiem, pozostawiając przy nich pola wąskie, ale suche, bezpieczne. jeden z tych ogni, mam pewność, jest bardziej mój. i wiem, że muszę się do niego przedrzeć, trzeba tylko trochę wysiłku skoncentrowanego w mięśniu widzenia. i mimo chłodu tego lasu robi mi się ciepło. i z taką nadzieją się budzę.



gwiazda


Śni mi się, że siedzę w kucki na podłodze mojego pokoju, ale pozbawionego mebli, oskórowanego do gołej podłogi i ściany. Wiem, że kiedyś były w nim rzeczy, ale strawił je stopniowo ciemny płomień, wędrujący ognik, który nie spala, ale liże i rozkłada wszystko bezwonną, półprzezroczystą śliną. Siedzę twarzą do okna i patrzę, jak kończy posilać się krzesłem, jak dolizuje, dotrawia je do podłogi. Bezzębny, bezforemny drapieżnik pulsujący na drewnianej nodze, wnikający w organizm przedmiotu, w niedojedzoną pęcinę, w resztkę. Natężam wzrok, łowiąc drobiny czerni w ciele płomienia. I są, krążą w nim jak białe punkty w poruszonej śniegowej kuli. To oznacza, że najadł się, trawi. Już się nauczyłam metabolizmu płomienia, fizjologii utraty tego, co było moje, rytmów oczyszczania pola. Tymczasem skończył i wspiął się na ścianę, pozostawiając przede mną ciemną kupkę z fragmentów okleiny. Patrzę na to, czym wzgardził i nie opłakuję końca kolejnego przedmiotu. Przeciwnie, czuję się lżejsza. Zajmuję się czekaniem, a w porządku śnienia odpowiada za to dodatkowy mięsień, obejma pępka. Im dłużej czekam, tym mocniej pracuje. Opuszczam wzrok i widzę bez zdziwienia, że mój brzuch kurczy się i otwiera wokół miejsca, które z pępka staje się przy rozkurczu wejściem. Nie mogę tam zajrzeć, choć próbuję, pierścień od razu zaciska się przede mną jak autonomiczne, niezależne ode mnie stworzenie. Podnoszę wzrok, bo raptem nad lewą skronią powietrze zaczyna mi ciążyć, gęstnieć. Na lewej ścianie, bliżej sufitu, pojawia się gwiazda. Płaska, jakby wycięta z kartonu, wieloramienna, a mimo tego, co we śnie nie dziwi, żywa. Bezoka, ale wiem, że mnie śledzi. Świeci słabym, matowym, niebieskawym światłem, ale jej obecność wprowadza napięcie, którego - myślę - ściana może nie wytrzymać. Kątem oka wypatruję pęknięć, pyłu, ułomków sufitowego naskórka, które mogłyby z podłogi zlizać płomienie. Nic takiego jednak. Nie poruszam się i gwiazda też się nie porusza, ale powietrzny dukt między nami trzyma się na ciasnej niewidocznej szpuli. Trwamy, a ona rośnie, z pozoru niedostrzegalnie, ale w pewnym momencie konstatuję, że jednym ramieniem dotyka sufitu i że zaczyna się uwypuklać, wyginać ku mnie jak żagiel, który wybrzusza się pod presją wiatru. I rozumiem, że to już. Obejma pępka zaczyna kurczyć się i rozwierać gwałtowniej. Nie mogę już siedzieć prosto, a gwiazda zbliża się, jakby sunęła po sznurze. W niebieskie światło wdziera się żółć, chłodną poświatę przejmuje złoto. Gdy znajduje się na wysokości mojego brzucha, kurczy się w pulsującą kulę wielkości ludzkiej głowy i czeka pytająco. Lękam się otworzyć, a jednocześnie wiem, że to nieuchronne. Droga ze ściany prowadzi we mnie i po mnie światło musi się rozejść. Zamykam oczy i czuję rozpieranie, weszła. Dziwię się sobie, że przestaję się bać, gdy świetlna materia toruje sobie drogę wzdłuż kręgosłupa w górę. Odkrywam wewnętrznym zmysłem, że mam w ciele puste korytarze, które teraz wypełniają się szczelnie świetlnym sztyftem. Im jest go więcej, tym mniej się boję. Gdy gwiazda we mnie zaczyna podchodzić do przegubów, zaczynam się unosić. Sufit nadpęka i wypiętrza się w strop. Stary, drewniany, potężny. Wiem, że podtrzymuję go sobą, ale nie boję się, że spadnę, bo złączone ze mną światło trzyma mnie pewnie. Ściany rozsuwają się, podłoga opuszcza i pokój połyka przestrzeń solidnej kamienicy. Obracam głowę i widzę, że tam, pode mną, toczy się życie. Kobiety, których nie znam, siedzą i rozmawiają. Dzieci, których nie znam, bawią się. Jest późny wieczór, ale nie jest ciemno. Nie ma nocy. bo świecę. Nie sobie, im. Zaczynam płakać ze wzruszenia, i to wzruszenie wyprowadza mnie ze snu.