top of page

Dóra Elekes - Matula i dżinny, przeł. Łukasz Frynia

  • 20 cze
  • 7 minut(y) czytania
Sara Szendera, Madách Imre tér
Sara Szendera, Madách Imre tér

Dżinny porwały matulę. Mieszkają w butelce pod jej łóżkiem i zawsze je słychać, gdy stamtąd wychodzą, wydają wtedy taki charakterystyczny syczący dźwięk, jak dziurawy gumowy materac na wodzie. Gdy dżinny porywają matulę, zmuszają ją do robienia różnych śmiesznych rzeczy. Jest tak od wielkiego BUUUM, czyli odkąd tatulo pewnego razu, gdy wracaliśmy znad morza, nagle zatrzymał samochód na środku drogi. A zatrzymał go dlatego, bo matula rąbnęła go w głowę, no więc zatrzymał się i powiedział matuli, żeby wysiadła, matula wysiadła i wyciągnęła mnie z tylnego siedzenia, i potem tatulo odjechał, matula rzuciła jeszcze za nim grillem i krzyknęła BUUUM!, i zaczęła się strasznie śmiać i trochę też płakać, i ja też się śmiałam, bo to był taki piękny, wesoły wieczór i matula tak zabawnie się śmiała i zataczała na tych swoich obcasach i w swojej krótkiej, kwiecistej sukience na środku drogi.


Potem przestaliśmy się śmiać i pomogłam matuli iść prosto, wystawialiśmy nasze kciuki do przejeżdżających samochodów, bo tak robią prawdziwi autostopowicze, i potem jakiś pan się zatrzymał i wziął nas, i był bardzo miły dla matuli, dużo rozmawiali, i pan podwiózł nas aż pod samą furtkę, nawet poprosił matulę o numer telefonu, i matula ani razu nie rąbnęła go w głowę.


Gdy weszliśmy do domu okazało się, że tatulo się wyprowadził. Odkąd tatulo się wyprowadził nie mieszka z nami, tylko przychodzi co weekend i zabiera mnie do wesołego miasteczka lub do teatru lalkowego, lub do zoo, lub do kina, lub do restauracji, lub do babci, lub nad kąpielisko, i jak przychodzi, to zawsze miło rozmawia z matulą o moich ocenach, o babci i o pięknej pogodzie, matula nie wali go już w głowę, tylko tatulo patrzy na matulę lekko zmartwiony, ale możliwe, że tylko mi się tak wydaje.

Gdy dżinny porywają matulę, wszystko jest możliwe. Na ten przykład jestem właśnie z tatulem u babci i jemy kolację, i dzwoni telefon, i odzywa się matula i pyta, co się dzieje, i tatulo mówi jej, że właśnie jemy, i matula pyta ze złością, czemu dziecko nie jest w szkole, skoro już jest ósma. Potem tatulo mówi, o jakie dziwne rzeczy pytała matula i ja chichoczę, ale tatulo nie chichocze, tylko patrzy zmartwiony, a babcia mówi, widzisz synku, trzeba było zostać z Ilonką. Nie rozumiem, co tu robi jakaś Ilonka, i to to w ogóle jest. No wszystko jedno, ja już wiem, że matulę porwał dżinn czasu, którego zadaniem jest poplątanie poranka z wieczorem, dnia z nocą, nocy z dniem, jak wtedy, gdy jest całkowite zaćmienie słońca, i wszystko jest takie wyraźne, mrówki chodzą w tę i wewtę i psy zaczynają wyć.


Dżinn czasu sprawia też, że czasami matula zapomina odebrać mnie ze szkoły. To nie jest tak śmieszne jak wtedy, gdy dzwoni przy kolacji, bo pani Zosia się wtedy denerwuje, że powinna już iść do domu i sprawdzać wypracowania, i biega, i coś załatwia, a ja muszę czekać sama w klasie. Nie ma tego złego, przynajmniej z punktu widzenia mojej ścieżki edukacji, ponieważ gdy pani Zosia biega i załatwia jakieś sprawy, ja znajduję swoje nazwisko w dzienniku i przerabiam swoją jedynkę z geografii na czwórkę.

Potem pani Zosia wraca do klasy i wychodzimy razem przed szkołę, aby czekać na matulę i gdy przychodzi, to pani Zosia zaczyna coś do niej szeptać, coraz bardziej zdenerwowana, ja słyszę tylko urywki zdań, jak „w takim stanie” czy „moim obowiązkiem jest” albo „wypraszam sobie, jestem kierowniczką działu”.


To ostatnie mówi już matula, a pani Zosia próbuje wyciągnąć jej z dłoni kluczyki. Ale matula jest bardzo silna i zręczna i nie daje się pani Zosi, więc dajemy nogę i biegiem do samochodu, i auto wystrzeliwuje jak z procy, opony aż piszczą, przejeżdżamy na czerwonym, zygzakiem wymijamy jadących z naprzeciwka, bo matula umie prowadzić jak prawdziwy wyścigowiec, umie nawet skręcać na ręcznym.


Gdy docieramy pod dom matula znajduje sobie trochę miejsca i parkuje, potem wysiada, ale znowu jest w tych butach na okropnie wysokich szpilkach, więc kręci się jej w głowie, bo są tak wysokie, więc siada na jezdni, żeby troszkę odpocząć. Rozłożyła się wygodnie i wpatruje się w asfalt, ale ja już bym poszła do domu, bo jestem głodna, i samochodom też nie pasuje, że muszą ciągle wymijać matulę. Podchodzę więc do niej i pomagam wstać, a potem wejść po schodach. Witam sąsiada, ale on mnie nie zauważa. Gdy docieramy do mieszkania, kładę matulę do łóżka, aby mogła przespać zaklęcie dżinna, robię sobie kanapkę i pędzę na dół, jeżdżę na desce chyba ze sto na godzinę.

Gdy wracam do domu jest już ciemno, matula już nie śpi i ogląda w kuchni telewizję. Dżinn czasu już odleciał, teraz jest smutna, bo za nim tęskni – tak dobrze było im razem. Trochę jej tego zazdroszczę, bo ja też mam przyjaciół, z którymi dobrze się bawię, ale nie na tyle dobrze, żebym była smutna, gdy nie ma ich w pobliżu.


Bo przecież są rzeczy, które dobrze robi się tylko samemu. Na przykład jazda na desce po sąsiedniej ulicy, włażenie na czubek drzewa tak wysoko, że człowiek się boi, jeśli mocno wieje, albo gra w szklane kulki tak, żeby na pewno wygrać. I rozpuszczanie plastiku na żarówkach. Zwłaszcza flamastrów, one rozpuszczają się najładniej, a potem zostaje po nich piękna, kolorowa plama, która zaczyna bulgotać i robi się w końcu czarna, a w międzyczasie unosi się z niej miły, uspokajający zapach.


Uspokaja mnie również to, jak zdejmuję skarpetki i nacinam sobie żyletką zostawioną przez tatulę skórę na stopie, między kostką a piętą. Lekko tylko zadrapuję, nawet bardzo nie boli, i nawet nic na początku nie widać, dopóki na skórze nie pojawi się piękny czerwony pasek. Ślinię palec i rozsmarowuję ten pasek, i spokój rozchodzi się po moim ciele na wszystkie strony, jak rozrzucone szklane kulki.


Matula siedzi w kuchni, ogląda w telewizji film dla dorosłych. Piękna aktorka o imieniu Łendi drze się wniebogłosy. Matula się nie odzywa, ja też nie, bo bardzo nie lubi, jeśli coś mówię, gdy w telewizji drą się piękne aktorki. Kiedy nie było mnie na świecie matula też była piękna, ale przeze mnie jej przeszło. Nie umiem jej tego wynagrodzić, bo okazało się, że ja też nie jestem ładna.


Film leci dalej, schowałam się za drzwiami i też go stamtąd oglądam. Łendi zamknęła się w łazience, ma w ręku bardzo długi nóż, i jakiś pan, który ma na imię Dżek, robi za drzwiami głupie miny. Przewraca oczami i porusza brwiami, i jednocześnie mówi do Łendi śmieszne rzeczy, na przykład: 

mała świnko, mała świnko, wpuść mnie,

ale Łendi na pewno zna dalej wierszyk, więc go nie wpuszcza. W filmie jest też chłopiec, dziecko Łendi i Dżeka, i on powtarza REDRUM, pisze to też szminką Łendi na drzwiach, żeby o tym nie zapomnieć. Redrum to po angielsku, to znaczy czerwony rum i marynarze bardzo go lubią.


Matula ogląda film i powtarza oho i aha, i ojacie. Przy jej nodze stoi butelka, czasami zagląda do niej i sprawdza, czy nie ma w niej nowego dżinna.

Nigdy nie wiem, kto będzie następny, dżinn czasu już dziś był, więc już nie wróci, ale może przyjść dżinn przestrzeni.


Dżinn przestrzeni jest też spoko, tak swoją drogą. On zazwyczaj prowadzi matulę w różne niesamowite miejsca, a potem zapomina ją stamtąd zabrać i trzeba jej szukać.

Ostatnio, gdy dżinn przestrzeni wywabił matulę, właśnie byli u nas Hela i Janek. To są przyjaciele matuli, mili i zabawni ludzie – Hela na przykład prawie nie ma zębów i nosi śmieszne czapki z pomponami i śmierdzi klejem, a Janek, który jest przyjacielem Heli, zna mnóstwo dowcipów o policjantach i umie bardzo głośno bekać, ale nie wolno mówić, że jest przyjacielem Heli, bo jego żona, którą nazywa swoim babsztylem, nie chce, żeby się przyjaźnili.


Słowem byli u nas, konkretnie w dużym pokoju, oglądali jakiś film w telewizji, obejmowali się i śmiali. A potem zrobiło się późno, film się skończył i matula wciąż się nie pojawiała, a nie było nic na kolację, więc Hela powiedziała mi chodź, poszukajmy matuli.


I ja powiedziałam że dobrze, chodźmy.

I potem zaczęliśmy łazić po okolicy, zaglądaliśmy do barów, gdzie siedzieli sami rozweseleni goście i z ciekawością na mnie patrzyli, pewnie dlatego, że nie było tam innych, bardziej ekscytujących dzieci. I wszędzie mówili, że aaa, Ilonci tu nie ma, nie widzieliśmy jej już od kilku dni, no rzeczywiście,

GDZIE MOŻE BYĆ

ILONCIA.

I potem szliśmy dalej, i to było superowe, że w każdym barze przyłączali się do nas coraz to nowi ludzie, i tak szliśmy od jednego miejsca do drugiego razem z gośćmi, i było nas ciągle więcej i więcej, i wszędzie mówili, że aa, Ilonci tu nie ma, no rzeczywiście, gdzie może być Iloncia, poszukajmy jej.


I szliśmy ulicą, i był nas już spory tłum, i wszyscy głośno rozmawiali i śmiali się, i śpiewali, i na zmianę łapali mnie za rękę, a kiedy się zmęczyłam sadzali mnie na barana, a ja mówiłam wio! i rozglądałam z góry, czy gdzieś nie ma matuli, nie siedzi sobie może w którymś rowie, za którymś oknem, albo gdzieś na jezdni.


I nieśli mnie na ramionach, trzymali za nogi, żebym nie spadła, i mówili, że taka mała dziewczynka powinna już dawno być w łóżku, i panowie się śmiali, a panie odpowiadały im, że zamknij się, bo dam ci po głowie, a ja byłam szczęśliwa i dumna z matuli, że ma tylu wspaniałych przyjaciół, którzy tak ją lubią.


Odwiedziliśmy wszystkie bary w okolicy, ale matuli nie znaleźliśmy w żadnym z nich, w końcu poszliśmy do domu, całe towarzystwo, i matula była już w domu, i zastanawiała się, gdzie się podziewam. Kiedy dotarliśmy na miejsce krzyczała różne rzeczy, ale Hela powiedziała, że tylko jej szukaliśmy, a matula na to odpowiedziała, żeby weszli do środka, i wszyscy weszli, ja poszłam się położyć, ale nie bardzo mogłam zasnąć, bo nie zjadłam żadnej kolacji, a goście zostali u nas do rana, musiałam przechodzić nad nimi, gdy szykowałam się do szkoły.


Jak wracam ze szkoły i w domu jest cicho, to już wiem, który dżinn ma swój dyżur. Niezbyt go lubię, bo to dżinn snu, najnudniejszy dżinn na świecie – gdy przychodzi jego kolej, matula nie robi nic ciekawego. Patrzy na mnie tępo, jakby musiała się zastanowić, kim w ogóle jestem i nie pyta nawet, która jest godzina. Wszystko jej jedno, bo i 

 tak zaraz zasypia. Kiedyś spróbowałam przechytrzyć dżinna i obudziłam matulę, ale to nie był dobry pomysł. No więc teraz jej już nie budzę, tylko przykrywam kocem, żeby nie zmarzła, a potem zostawiam swoje rzeczy i idę pojeździć autobusem.


Lubię jeździć autobusem, bo można tam spotkać różnych ciekawych ludzi, i można zgadywać, jak im się żyje, czy na przykład mają dzieci, a jeśli tak to jak żyje się też im. Bawię się też z ludźmi w autobusie. Na przykład tak, że wybieram sobie kogoś i tak długo się na niego gapię, aż tego nie zauważy i się nie zmiesza. Wszyscy bardzo zabawnie się zawstydzają, każdy trochę na inny sposób, notuję sobie w myślach i dzielę sobie ludzi według sposobu zmieszowania. Czasami bawię się też tak, że wybieram sobie jakiegoś pasażera, powiedzmy jakąś kobietę, i gdy wysiada, wyobrażam sobie, że idę za nią i odprowadzam ją do domu. Trzymam jej torebkę, gdy szuka kluczy. Wsadzam do tej torebki nos i wciągam zapach skóry i tajemnicy. Potem, już w mieszkaniu, pomagam jej ugotować i zjeść kolację, potem oglądamy razem film albo lepiej dwa, jeden o księżniczce dla niej, drugi o wampirach dla mnie. Potem, gdy już skończymy, odprowadzam ją do łóżka, przykrywam, żeby nie zmarzła i gaszę światło.

ZAKŁAD
magazyn społeczno-poetycki

Projekt elementów strony internetowej:
Kinga Bartniak

Kontakt:
zaklad.magazyn@gmail.com

  • Instagram
  • Facebook
  • Youtube

Wydawca:
Towarzystwo Aktywnej Komunikacji
Adres: ul. Hermanowska 6A, 54-314 Wrocław
KRS: 0000045825 NIP: 894-25-67-840 REGON: 931998437

ISSN: 2956-7173

logo_MKiDN__na_ciemnym_tle

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury

i Dziedzictwa Narodowego pochodzących

z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego"

logo 0_logo_TAK
WIK_logo-pelne-bez-ramki_czarne

Partner Wydawniczy w ramach Wrocławskiego Programu Wydawniczego: Wrocławski Instytut Kultury

logoWRo
bottom of page