Adam Kaczanowski -Wykończę was wszystkich (2)




Koniec z pracą


Po latach spędzonych w większych i mniejszych przedsiębiorstwach zarówno na kierowniczych jak i podrzędnych stanowiskach – byłem m.in. zawodowym kłamcą, profesjonalnym manipulatorem, niewolnikiem, nadzorcą niewolników, autorem modlitw do telewizorów i podnieconym influencerem – postanowiłem aplikować na stanowisko zombie.


Nie chodziło mi o kasę, prestiż czy jakąś misję. Zgłosiłem się do tej rekrutacji nie z myślą o zniszczeniu całego bezmyślnego świata bezdusznych stacji benzynowych, komisariatów ludzkości, sklepów z tanim gównem i sklepów z drogim gównem, ale by przeżyć chwilę zmartwychwstania. Tak, egzystencja rozpadającego się, gnijącego zombie jest żałosna i krucha, ale daje jednak świadectwo istnienia „czegoś więcej”. Jest o jeden kulawy krok bliżej wieczności.


Karierę w nowym zawodzie rozpocząłem latem, na dzikiej plaży. To było w Chorwacji, na plaży wieczorem stało jedno, samotne auto, Volkswagen California na austriackich blachach. Niedaleko, w morzu nogi moczyła sześćdziesięcioletnia kobieta. Zagadałem, zapytałem o temperaturę wody, gościnność miejscowych, prognozę pogody na przyszły tydzień. Chciała, żebym najpierw zjadł jej starego, zapragnęła widzieć, jak pożeram jej męża, powiedziała, że to może być nawet lepsze niż seks. Nie zgodziłem się, nie chciałem zostać jakimś czułym, empatycznym zombie, wolałem, żeby wszystko było w miarę klasycznie. Kiedy ją żarłem, stary wylazł z Californii na chwilę, zrobił dwa czy trzy zdjęcia wielkim smartfonem i wrócił do Volkswagena. Nie byłem w stanie zjeść wszystkiego, ale ogryzłem ją dokładnie od kolan w górę. Pomyślałem, że wygląda to teraz trochę jak jakiś kawał niezłej sztuki, taki szkielet z łydkami. Położyłem ją na kamieniach i zasnąłem obok. W nocy obudziło mnie szturchanie. Stary pytał, czy nie chcę do środka, że widzi, że nie jestem już najmłodszy a noce na dzikiej plaży są cholernie chłodne.


Zamieszkaliśmy ze sobą. Nogi starej dokończyłem następnego wieczora, bo wkurzały mnie krzyki dobierających się do niej mew czy innych dużych ptaków. Nie znam się na ptakach. Wkrótce wiadomość o nas rozniosła się po okolicy. Zaczęły się wizyty, pielgrzymki, pierwsze propozycje.


To była z pozoru łatwa praca i łatwy pieniądz. Stary zbierał opłaty, ja robiłem swoje. Turyści płacili mi za każde ugryzienie, niektórzy chcieli tylko spróbować i podawali jeden, najmniejszy palec, ale potem wracali prosząc, bym pożarł całą rękę. Moje ugryzienia stały się szybko popularne jak tatuaże. Płacili mi za każdy gryz. Dzieciom odmawiałem. Dzieciom sprzedawaliśmy małe kamyki obtoczone lukrem. No i niektórzy chcieli mieć ze mną tylko zdjęcie. Czasami prosili, bym do fotki udawał, że ich gryzę, że odgryzam im powiedzmy ucho albo członka. Czasami się trochę zapominałem i odgryzałem naprawdę, ale wtedy kasowałem ich tylko za samą fotkę, więc w sumie nie czuli się oszukani.


Nasza California nie miała łazienki. Myć się i załatwiać chodziliśmy do pobliskiej restauracji. Codziennie rano, w łazience patrzyłem w lustro i obiecywałem sobie: „koniec z pracą”. Każdy dzień kończyłem jednak klęską.